N U M E R :
5
maj 2006


kontakt

| poprzednie - spis treści - następne |      
Strona - 21 - Robotobibok w Sanoku...

Robotobibok w Sanoku, 10.12.2005

Jest w Sanoku jeden klub, którym się można chwalić przed znajomymi. Do jego rozlicznych zalet zaliczyć należy nieprzeciętną nazwę (Pani K lub też, jak kto woli, Panika), niebanalny, minimalistyczny wystrój, ale przede wszystkim zapierającą dech w piersiach, jak na małomiasteczkowe warunki, ofertę koncertową.

Dotychczas gościli bowiem w Panice panowie Świetlicki, Maleńczuk i Waglewski junior, a z bliższych nam klimatem - zarówno muzyczni eksperymentatorzy z Pink Freud, jak i bardziej tradycyjne trio Mikołaja Trzaski.

Dlatego też niezwykle miłym, choć niezbyt zaskakującym było odkrycie przeze mnie faktu, że z inicjatywy wspomnianego klubu Sanok włączony został w poczet miast (te pozostałe to Lwów i Przemyśl) znajdujących się na trasie piątego już międzynarodowego festiwalu jazzowego pod wiele mówiącym tytułem "Jazz bez…". Oznaczało to ni mniej, ni więcej, niż serię trzech znakomitych koncertów, które zagościć miały na sanockich scenach i scenkach w dniach 9-11 grudnia roku pańskiego dwa tysiące piątego.

Jako że ograniczone zasoby wolnego czasu oraz gotówki pozwoliły autorce na uczestnictwo w jednym li tylko z owych trzech, wybór padł na drugi dzień festiwalu, kiedy to posłuchać można było rosyjskiego kwartetu saksofonowego "Sax Mafia" i, co ważniejsze, owianych ogólnopolską sławą i europejską renomą muzyków wrocławskiej formacji trip-jazzowej (jak ich zapowiedziano), Robotobiboka.

Dość szybko, bo już kilka minut po przybyciu na miejsce około godziny osiemnastej, dało się zauważyć niską raczej frekwencję, co jest jednak zupełnie usprawiedliwione po uwzględnieniu małomiasteczkowego, co tu kryć, charakteru lokalnej publiczności.

Następne dwadzieścia minut spędzano głównie na instalowaniu niezliczonych kabli i pozostałego sprzętu, aż wreszcie organizatorzy uznali, że dłużej trzymać widzów w pełnym napięcia oczekiwaniu zwyczajnie się nie da, po czym do powszechnej świadomości podano przykrą wiadomość, iż z przyczyn politycznych (a konkretnie - niewypuszczenia jednego z muzyków poza granice Rosji przez władze tego pięknego kraju) Sax Mafia, niestety, nie wystąpi. Jako zastępstwo zaproponowano zaś ukraiński band o ujmującej nazwie Szokolad, który swym repertuarem wypełnił kolejne półtora godziny wieczoru. Repertuar ów, choć momentami nierówny (absurdalne popisy wokalistki kontra wdzięk pianistki i kozacki błysk w oczach saksofonisty), posiadał w sobie wiele uroku oraz bezpretensjonalności. Jazzowe standardy pół na pół z własnymi kompozycjami zostały ciepło przyjęte przez publiczność i pozostawiły po sobie pozytywne raczej wrażenia.


Zaraz po zejściu ze sceny czekoladowi Ukraińcy ulokowali się na widowni, aby wraz z sanoczanami podziwiać muzyczne akrobacje panów ze stanowiącego główną atrakcję wieczoru Robotobiboka. Bo uwierz, Czytelniku, to, co zaprezentowali czterej młodzieńcy o awangardowych fryzurach i swobodnym, nazwijmy to, stylu bycia (wiązanie sznurowadeł na środku sceny), na podziw zasługiwało niezaprzeczalnie. Łącząc tradycyjne, akustyczne brzmienia (trąbka, kontrabas, perkusja, gitara basowa) z brzmieniami nieco mniej konwencjonalnymi (wibrafon) oraz analogową elektroniką (syntezatory o sympatycznie brzmiących nazwach MiniMoog i ARP Odyssey), wprowadzili słuchaczy w dwugodzinny niemal trans.

Cały występ, w znacznej części improwizowany (o czym najlepiej świadczy użycie w charakterze instrumentu opróżnionej chwilę wcześniej z wody mineralnej szklanej butelki), choć opierający się na trzypłytowym dorobku muzyków (Jogging, Instytut Las, Nawyki Przyrody), określić można spokojnie mianem hipnotyzującego. Sami zaś muzycy okazali się niezbyt rozmowni - poza krótkimi "dziękujemy" jeden tylko utwór poprzedzony został stosowną introdukcją: jak się dowiedzieliśmy, tytuł "100 000 lat gwarancji" zainspirowany był przez kolegę, który, kupując w Sanoku elementy wyposażeniowe do swego przydomowego szamba, zapewniony został przez sprzedawcę o tak komfortowym okresie wnoszenia reklamacji właśnie. Cóż, sympatyczna, trzeba przyznać, anegdota. Po niej jeszcze jeden krótki bis, ogłuszające oklaski, podziękowania wygłoszone przez konferansjerkę w inspirującej kreacji i powoli trzeba było kierować się ku wyjściu. Najbardziej rozentuzjazmowani widzowie mieli szansę nabyć nagrania Robota w wersji kompaktowej lub analogowej oraz udać się na całonocne jam session. Obu tych czynności niżej podpisana świadomie zaniechała - i do dziś owego nieprzemyślanego kroku żałuje.

Jeśli natomiast Ty, Czytelniku, będziesz miał okazję trafić na koncert wrocławiaków w swym mieście, nie wahaj się ani przez chwilę. Muzyka do tego stopnia absorbująca umysł ze wszystkimi zmysłami nie jest dziś bowiem zjawiskiem powszechnym.

Autor:Panna Nikt strawberry.fields@poczta.fm  

    | poprzednie - spis treści - następne |
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)