|
Zderzenie czołowe
Boginka
Słowacki wielkim poetą był! Na zielono zapisać i w ramkę wziąć... Istotą
konfliktu tragicznego jest... Czołowymi przedstawicielami tego kierunku byli...
W jego twórczości można wyróżnić trzy okresy... Sztandarowe dzieło epoki...
Znacząca większość z nas albo kiedyś przeszła takie literackie przystosowanie
bojowe, albo jest w trakcie. Jak to zwykle bywa z wiedzą wtłaczaną maszynowo do
głowy, dużo zależy od nauczyciela. Ale niezależnie od niego wiedza maszynowa ma
to do siebie, że musi być wystarczająco nieskomplikowana, żeby dawać nam jakieś
podstawy, które się nie sypią, jak się nad nimi za bardzo nie myśli.
W związku z tym dowiadujemy się co to był pakt Ribbentrop-Mołotow, gdzie płynie
Huang-Ho, co to są liczby pierwsze, jak działa wahadło i czym różni się
pozytywizm od młodej polski. Pomijając już to, że pewnie połowy z tych rzeczy
abiturient może nie pamiętać, to wszystko czego się dowiadujemy jest elegancko
skrojonym, uproszczonym modelem.
Nie mam nic przeciwko uproszczonym modelom, są bardzo przydatne. Tyle, że każdy
z nas idąc dalej w życie wybiera jakąś dziedzinę i specjalizując się w niej
dowiaduje się ,jak śmiesznie mały procent wiedzy posiadał wcześniej. To samo
dzieje się w przypadku naszych zainteresowań. Sami z siebie rozwijamy swoją
wiedzę, bo przecież interesując się np. fizyką nie możemy zostać na poziomie
trzech praw Newtona, prawda?
Tymczasem w przypadku literatury taki system zdaje się nie działać. Owszem
czytamy. Ale nie jestem pewna, czy wielu z nas obchodzi rozszerzenie sobie
wiedzy o literaturze, która była jeszcze na długo przed naszym urodzeniem. A
chyba jednak warto. Bo ze szkoły najczęściej wychodzimy z zestawem traum i
dogmatów. Tak już jest i to nawet nie z winy nauczycieli. Ot, wie się kto to był
Rej, może nawet pamięta się Safonę czy innego Baudelaire'a. Ale teraz to już
Tolkien, King i Masterton bardziej niż Dante, Ajschylos, czy Asnyk. A może
jednak byłoby warto do nich wrócić?
Bo jest jakaś taka satysfakcja w dowiadywaniu się rzeczy
nowych, w przemeblowywaniu sobie światopoglądu. Tego mnie nauczyli, a okazuje
się, że jest cokolwiek inaczej. Ta satysfakcja moim zdaniem jest na równi
elementem historii, francuskiego, biologii co literatury. Ba, z ciepłym
rozrzewnieniem wspominam kurs przygotowawczy na studia (na które zresztą potem
nie poszłam), którego elementem składowym było rozszerzenie wiedzy o
literaturze. Gdzie jest konflikt tragiczny w Edypie? Co pisał markiz de Sade?
Jak wyglądał Jezus według średniowiecznych pisarzy apokryfów? Jak to jest z
barokiem? Człowiek siedział, notował i tak mu jakoś fajnie było, że wie więcej,
krajobraz literacki robi się bardziej kolorowy. |
|
Jest jednak coś, co wgniotło mnie w podłogę jeszcze bardziej w tej materii.
Musiałam przeczytać "Don Juana" autorstwa Lorda Byrona. Na sam dźwięk nazwiska
robiło mi się zimno, bo romantyzm pozostawił tylko niesmak. Mesjanistyczne
rojenia polskich poetów i "Cierpienia Młodego Wertera", które były dla mnie
zupełnie niestrawne. A tu taka hucpa. Przeczytałam i okazało się, że się po
prostu zakochałam, bo tekst miał się do mojego wyobrażenia o romantyzmie jak
krowa do karety. Odkrycie. Zderzenie czołowe wyobrażeń z rzeczywistością.
Oczywiście nie twierdzę, że ludzkość ogółem musi cierpieć na alergię na
romantyzm. Ale coś mi podpowiada, że pewnie każdy z nas ma taki okres literacki,
lub takiego autora, który mu ością w gardle staje. Może warto trochę poszperać i
zafundować sobie właśnie takie zderzenie czołowe na własne życzenie? Przecież
cechą rozpoznawczą człowieka powinno być to, że rozwija się sam z siebie, bez
bata nad głową. Zaś dziedziną ze wszech miar godną uwagi ludzki, którzy
interesują się literaturą, jest literatura. Nie trzeba mieć doktoratu z
filologii polskiej, żeby się tak pobawić w berka z własnymi przekonaniami. To
jak, panie i panowie - czy ten Paryż wart jest mszy?
[dopisek chochlika: Tak wiem, to już kolejny tekst z serii dziwne koncepcje i
pomysły, na które nikt nie ma czasu... :-) Ale nie martwcie się, kończą mi się
te lepsze pomysły.]
|