Maj 2006      


|:  RECENZJA  :|

Stephen King - Colorado Kid
Dusqmad

"Colorado Kid". Wiesz co to takiego i gdzie to można kupić? Tak, to książka - bystre spostrzeżenie. Ale jest coś jeszcze - to kryminał. Niby nic zaskakującego, zwróć jednak uwagę na autora. Jest nim nie kto inny, jak Stephen King, a ten niebywale szanowny pan debiutuje w tym gatunku. Co tym razem zgotował? Czy znów przez tego szalonego grafomana zapomnę o wszystkich innych czynnościach życiowych poza leżeniem z książką w ręku?

Takie, a nie inne pytania cisnęły się na usta przed nadejściem października roku pańskiego 2005. Ja stałem w cieniu. Nie sądziłem, że zabiorę się za tą książkę szybko, o ile w ogóle przed zaliczeniem całej twórczości Kinga to uczynię. A jednak... Podczas gdy najpopularniejsze twory Króla są wręcz wyrywane bibliotekarce z gardła, najnowsza 120 stronnicowa powieść leży na półce niczym jakaś potwora, chyba trudno jej ostatnio znaleźć swego amatora. Jak tu nie zaryzykować? Ostatecznie to ledwo ponad sto stron, nie postarzeję się za bardzo czytając - biorę! 

"Zdradzę ci tajemnicę znaną niemal każdemu, kto przez jakiś czas siedział w tym biznesie: w prawdziwym życiu ilość prawdziwych historii - tych z początkiem, środkiem i końcem - jest bliska zeru."

Na samym początku książki poznajemy trzech dziennikarzy. Dwóch spośród nich, Vince'a (lat 90) i Davida (lat 65) zaliczymy z pewnością do weteranów, trzecim, a raczej trzecią jest młoda kobieta imieniem Stephanie, którą stare wygi wprowadzają w tajniki zawodu. Jednym z etapów tego "kursu" jest opowieść o Colorado Kidzie - pierwszorzędny przykład niewyjaśnionej historii. Od tego momentu dowiemy się wszystkiego o ich prywatnym śledztwie, opowieść zostanie odtworzona godzina po godzinie.

Mający swoją premierę w październiku, o czym już zresztą prawiłem, "Colorado Kid" sprzedał się w naszym kraju nadzwyczaj dobrze. Już po tygodniu wydawnictwo Prószyński i S-ka musiało szykować dodruk. Oczywiście nie należy traktować tego jako wyznacznik jakości. Po pierwsze rzucili się na tą powieść fanatycy Kinga, których nie brakuje, po drugie zaś myślę, że sprzedawanie książki w pakietach ("Colorado Kid" + coś innego z repertuaru Króla) też zrobiło swoje. Skoro za przystępną cenę można nabyć dwie książki tak zacnego pisarza, to czemu sobie tego odmawiać?
Jeśli nie spieszno mi wkroczyć do właściwej części recenzji to wspomnę jeszcze o jednym, pobocznym zagadnieniu - King pisał tą książkę na zamówienie, aby znalazła się w jakiejś szerszej serii kryminałów.  Niby ciekawostka, a jednak w różny sposób można to odebrać.

Gdy po raz pierwszy ujrzałem "Colorado Kida" zwróciłem oczywiście uwagę na długość książki - jedynie 120 stron. King zwykł często pisać tasiemce, w których opisywał zupełnie nieistotne procesy, czasem wręcz lał wodę. Co by tu nie mówić tak skromna objętość była dla mnie nie lada zaskoczeniem. Nie liczy się jednak ilość, liczy się jakość - to określenie zdaje się w tym przypadku zupełnie chybione. Z jakością jest jeszcze gorzej, niż z ilością. Kończyliście kiedyś czytanie z cisnącym się na usta pytaniami - co mi to u licha wniosło do życia? Ja jeszcze nigdy dotąd. Zawsze książka przedstawiała sobą jakąś wartość. Miała przesłanie, sens, cokolwiek. A nowa historia Kinga? Kpina z gatunku, a zarazem kpina z czytelnika - tak to najprościej można określić. Gdyby coś takiego napisał Michał J. mógłby już śmiało szukać innego zawodu, nie mówiąc już o tym, że wydawcy prawdopodobnie następnym razem odwiedziliby jego dom i pobawili się w Czarną Mambę. Cała ta opowieść stawia przed dylematem - śmiać się, czy płakać. Dochodzenie w sprawie człowieka, który umarł poprzez udławienie się kawałkiem mięsa to zaiste interesująca sprawa, co gorsza autor stawia istotne dla fabuły pytania, ale nie otrzymujemy na nie odpowiedzi, poznajemy jedynie proste fakty. Czym to zaowocowało? Ano książka wciąga niczym zabytkowy odkurzacz. Ja sam czytałem ją przez tydzień, aż w końcu tylko na potrzeby tej recenzji, zmusiłem się, aby połowę, która mi jeszcze została, łyknąć w dużo krótszym czasie i za jednym zamachem.

Otwarte zakończenie - jedni właśnie za to cenią najnowszą książkę Kinga, inni właśnie za to równają ją z ziemią. Z wcześniejszego nawału argumentów na 'nie' wynika chyba jednoznacznie, że należę do tej drugiej grupy. Ten typ zakończenia sprawdza się często i osobiście nic przeciwko stosowaniu takiej opcji, ale skorzystanie z niej w kryminale to istna głupota. Właśnie z tego powodu uważam, że tym razem obcując z Kingiem po prostu straciłem swój cenny czas. Po co tu zostawiać pole do popisu dla czytelnika, pozwolić mu stworzyć swoją własną wersję? To taki sam chwyt jak spytać mnie o imię, a po braku odpowiedzi przejąć jakieś założenia. Można, tylko po co? Autor ma się wykazać wyobraźnią, nie ja. To jest kryminał, a ten nurt za jeden z najważniejszych elementów uznaje porządne zakończenie, sensacyjne wyjaśnienie, które przeczy wszelkim domysłom. Stephen oszukał więc system. Zabawne zdanie, równie zabawne jak sens tego oszustwa.

  The Colorado Kid
  kryminał
 

 


Nie trudno oczywiście bronić "Colorado Kida". Wybaczcie jednak jeśli powiem, że argumenty "no wiesz, bo to taki eksperyment był", albo "King narzuca kolejnemu gatunkowi swoje zasady" zupełnie do mnie nie przemawiają i mam nadzieję, że jeśli takimi operujecie to nie planujecie kariery adwokata. W przeciwnym razie mam dla Was już dziś kiepską prognozę.

Co można tym razem powiedzieć o stylu Kinga? Niewiele dobrego, bowiem książka napisana jest w zasadzie średnio. Autor precyzyjnie ujął kilka myśli, ale cała reszta bezlitośnie igra z moimi przyzwyczajeniami. Gdybym nie znał w pewnym zakresie dorobku pisarza po przeczytaniu "Colorado Kida" jego chwytliwe nazwisko natychmiast wypadłoby mi z głowy. Wspomnę jeszcze, że na początku strasznie zirytował mnie dialogowymi wstawkami typu :Rozumiesz Stephanie?", "Nadążasz Steffi?", aż mi się przypomniała scena z "Pulp Fiction" dotycząca barwnej kwestii - 'co?'. Zresztą sama bohaterka została przedstawiona żałośnie. Wędrując przez karty powieści odniosłem wrażenie, że to robot - ma umysł, ale nie ma charakteru. Każda reakcja jest jakaś taka sztuczno-nienaturalna. Zresztą - kto przeczyta/ł ten zrozumie. 

Jak na razie nie byłem zbyt otwarty na wyliczanie zalet. Sądzę jednak, że mimo wszystko z takimi też możemy mieć tu do czynienia. Książka ma wiele do przekazania odnośnie dziennikarstwa i kilku spraw z nim związanych. Myślę, że garść spostrzeżeń Kinga możemy zaliczyć do wyjątkowo trafnych. O czym jeszcze warto wspomnieć, by uargumentować wstawienie oceny wyższej, niż niedostateczna? O okładce - niesamowicie mnie urzekła. Jest tylko jeden feler - gdy odwrócimy książkę na drugą stronę naszym oczom ukazuje się opis, który streszcza praktycznie całą fabułę. Tak więc ostrzegam - ostrożnie się z tym obchodzić. Zresztą po krótkiej przygodzie z Kingiem, której jakby nie było towarzyszyła różnobarwna paleta odczuć nie mogę wystawić aż tak złej noty. 

Kończę już to zrzędzenie, bo zapewne nikomu poza moimi poplecznikami nie chce się tego czytać. Drogi czytelniku jeśli chcesz posłuchać o tym, jak przechadzałem się wczoraj po supermarkecie to jest to pozycja wprost stworzona pod Twoje zapotrzebowania. Jeśli nie to daruj sobie czytanie "Colordo Kida". Sens opowieści jest ten sam, tyle tylko, że moja historia może się poszczycić zakończeniem.  

Aż żal serce ściska - tak mocna prezerwatywa (talent Kinga) pękła tu w trakcie tak krótkiego stosunku (120 stron). Bywa i tak, tyle że ten stosunek nie dostarczył chyba ani jednej (pisarz), ani drugiej (czytelnik) stronie zbyt dużej dawki podniecenia. Cóż, szkoda. Napaliłem się na więcej...

***

"A mały chłopiec, miotacz, wskazywał rękawicą jeden ze świetlistych kręgów, które zawisły w górze, tuż po chmurami, jakby chciał dotknąć tajemnicy, ściągnąć ją w dół, otworzyć jej serce i poznać całą historię."

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!