Maj 2006      


|:  RECENZJA  :|

Stephen King - Miasteczko Salem
Dusqmad

"Miasteczko Salem" - mówi Ci coś ten tytuł?
Retoryczne pytanie - wszakże odpowiedź jest mi dobrze znana. Tak, ja też wiele o tej powieści słyszałem. Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie to spotkanie, że nie pozostanę obojętny na oceny oscylujące w maksymalnych granicach i wymienianie tego tytułu w dziesiątce najlepszych powieści niejakiego Stephena Kinga. Ba, często nawet pytając o pierwsze skojarzenie z Kingiem otrzymywałem w odpowiedzi - "Miasteczko Salem". Zmusiło mnie to do typowej refleksji - coś w tym musi być...

"W blasku życia zawsze towarzyszą nam cienie śmierci."

Pewien średniej sławy, młody pod względem dorobku pisarz, Ben Mears wraca do tytułowego  miasteczka, w którym spędził lata swego dzieciństwa, targany koszmarami pochodzącymi z tego okresu i z zamiarem napisania tu swojej nowej książki. Intryguje go górujący nad miasteczkiem Dom Marstenów, miejsce straszne, przez wielu mieszkańców wspomniane z lekkim dreszczykiem, specyficznym nawykiem, który odzwierciedla makabryczność wydarzeń mających tam niegdyś miejsce. Wkrótce staje się jednak świadkiem czegoś, co byłoby skomplikowane nawet jak na literacką fikcję. W Jerusalem zaczynają się dziać dziwne, niewyjaśnione rzeczy. Miasto z biegiem czasu tonie w bezdennym oceanie śmierci, a ci, którzy utopili się w jego głębinach w niepojętych okolicznościach powracają pod osłoną nocy. Każda śmierć jest podobna co do objawów, każda sekcja przynosi podobne wyniki. 

"Życie w miasteczku i z miasteczkiem przypomina gwałtowny akt płciowy, trwający bez przerwy całą dobę, przy którym to, co robisz z żoną w skrzypiącym łóżku, przypomina zdawkowy uścisk dłoni"

Książki Kinga pod kilkoma względami zwykle są do siebie podobne, da się to zauważyć również na przykładzie "Miasteczka Salem". To co jak zwykle rzuca się w oczy to bardzo stopniowe i wolne budowanie napięcia. Konstrukcja jest tu dość ciekawa - na początku otrzymujemy dość intrygujący prolog, później akcja żółwim tempem zaczyna się rozkręcać, skala staje się coraz większa. Można to porównać do samochodu, z którym mordujemy się na parkingu przez pół godziny zanim zapali. Co prawda sytuacja trochę irytuje, ale gdy już słychać wyrazisty ryk silnika satysfakcja jest po stokroć większa. Dokładnie tak ma się sprawa w "Miasteczku Salem". Są chwile kiedy zapominamy, że wzięliśmy w ręce horror. Żyjemy miasteczkiem, a może to miasteczko żyje nami? Zdarzy się nam wpaść na kilka piw do Della, podziwiać biust pięknej sekretarki Lawrence'a Crocketta, strzelać do szczurów, wdać się w bujkę, romans... Słowem - stajemy się mieszkańcami Salem, żyjemy ich codziennością.

Zgadnij co będzie teraz. Czuję, że powoli domyślasz się na jaką mam zamiar wkroczyć ścieżkę. Wiedzie on przez bujny, gęsty, nocą wielce niebezpieczny las - jedni mówią o zboczeńcach, inni ruchomych piaskach, ale ciemności nie skrywają tak banalnych tajemnic. Tak, na ten akapit czekałem odkąd w ogóle "Miasteczko Salem" pojawiło się w moim życiu. Szykuj się na mały dreszczyk, staraj się pozostawić pięści jak najdalej od monitora. Jak zwykle nie słuchasz, trudno. Gotowy? No to idę swoja drogą, nie oglądam się za siebie, boję się utwierdzić w domysłach, że ktoś kroczy za mną - "Miasteczko Salem" wcale nie jest tak rewelacyjną powieścią jak prawi ogół, to straszni piewcy. Co zdaje się najbardziej to potwierdzać? Średni, oklepany pomysł na samą fabułę. Strasznie zalatuje tu "Draculą" Sam Stephen podobno z tej klasycznej powieści grozy czerpał inspiracje, do czego wszem i wobec się przyznaje, ale oprócz wizerunku wampira przeniósł klimat i styl bohaterów. Jak na mój gust to zdecydowanie za dużo. Poza tym zwróćmy uwagę na sam prolog. Ja szczerze mówiąc w pewnym momencie bardzo ironicznie się uśmiechnąłem, czując z jak mało oryginalną i niesłychanie podobną do wielu innych  rzeczą będę miał tym razem do czynienia. I owszem, przyznaję - jest tu kilka świeżych pomysłów, ale gdybym wymienił kilka z nich uznalibyście mnie za błazna, miast szanującego się recenzenta. Jako, że nie lubię przesadnej ironii przejdę do następnej sprawy - bohaterów. A Ci są niezmiernie klasyczni, ich charakter natychmiast przywodzi na myśl stare, niekoniecznie książkowe horrory. Nie mamy tu żadnych ekscentrycznych postaci, z którymi można by się identyfikować, czy z podziwem spoglądać na ich działania, marząc o byciu właśnie taką osobowością. Czy to wada? No, raczej nie. Skoro bowiem robi się klasyczny horror, warto pamiętać o zasadach jakimi się rządzi. No i jest jeszcze jedna rzecz - ilość owych bohaterów - drugi plan jest wręcz oblegany. Albo to wina tłumacza, albo po pewnym czasie sam autor plącze się w ich imionach (porównajcie stronę 76 z 233 - wydanie kieszonkowe Prószyński i S-ka). To jednak wpływa na stopień naszego zżycia z miasteczkiem - wiemy kto zazdrości, wiemy kto plotkuje, kto onanizuje się zasłaniając szczelnie wszystkie okna i umierając damską bieliznę - miasteczko wie wszystko.

  Salem's Lot
  horror
 

 


Skoro poruszyłem już burzliwą kwestię wad wspomnę o zaletach. Wcześniejsza część mogła Was utwierdzić w przekonaniu, że jestem gorliwym przeciwnikiem "Miasteczka Salem", ale sprawa ma się inaczej. Po prostu strasznie lubię wytykać błędy i pokazywać całej populacji, że jej książkowy Bóg jest niczym w porównaniu ze mną.
Przede wszystkim zwróćmy uwagę na pełen gracji styl Kinga. Błahe wydarzenia, z pozoru nudne początkowe perypetie, autor opisał tak, że pozostawił czytelnika z zapartym tchem. Zachwyca też samymi opisami. Budzi grozę historią oraz specyficznym przedstawieniem tytułowego miasteczka. Widać tu jednak wyraźnie początki i narodziny Króla - to nie ten sam pisarz, którego świat będzie znać po kilku następnych powieściach. To właśnie wpływa na fakt, że ta tajemnicza, świetnie wyważona opowieść jest w stanie mimo swoich ciężkich grzechów naprawdę wciągnąć. Po kilku tygodniach spoglądamy na nią ze zdziwieniem i zadajemy sobie pytanie - "czy ja naprawdę tak szybko to przeczytałem?"

Nie, nie zapomniałem o najważniejszym. Straszy, czy też nie? - oto jest pytanie. Straszy, straszy, ale znów nie zgadzam się z większością. Nie jest to jedna z najstraszniejszych książek, ani w całej historii literatury grozy, ani w całym dorobku Kinga. Uczucie napięcia wzbudza u nas wiele czynników, a wśród nich niepewność o losy bohaterów. Autor pokazuje, że nie łączy go z nimi żadna szczególna więź, a my na chwilę zapominamy o braku przywiązania do owych postaci i z niepewnością śledzimy ich losy, zastanawiając się w którym punkcie czeka na nich śmierć. Nigdy nie wiadomo, kto tym razem będzie banknotem, ceną za odwagę. A każda osoba w tej walce jest na wagę złota. Stosunek dobra do zła w opowieści jest jak stosunek ilości odcinków "13 posterunku" do "Mody na sukces". Nic dziwnego więc, że czytelnik tak ceni tu tych, którzy wypowiadają walkę mrocznym siłom.

Pozostawię jeszcze jedną sprawę - zakończenie. Żadnego mrugnięcia okiem, żadnej zabawy ze strachem czytelnika, wszystko zdaje się iść praktycznie zgodnie z planem - negatywne zaskoczenie na pełnej linii. Poza tym nie wiemy nic o tym, co po rozwiązaniu całej tej zawirowanej sprawy stało się z jednym ważnym bohaterem. Może to zabieg celowy? W każdym razie furtka została otwarta tak szeroko, że bez problemu przeciśnie się przez nią stały bywalec McDonalda. Bardzo długo pisarz rozbudzał oczekiwania czytelników, by wreszcie orzec, że minęło już zbyt dużo czasu i nie mamy na co liczyć. Jak to skomentować? Strasznie niegodziwe zagranie, ot co.

Zmierzamy ku końcowi... Jeszcze wczoraj zamierzałem pozostawić tą książkę bez mojej osobistej rekomendacji. Dziś jednak w bólach dochodzę do wniosku, że chyba lepiej tą książkę, przeczytać, niż odłożyć na wieki. Jeśli jednak macie zamiar mieć wobec niej takie oczekiwania jak ja to sens zostanie lekko zachwiany. Książka jest bowiem niedaleko kreski oddzielającej powieść dobrą od przeciętnej, nie mówiąc już o tym, że w czytelniczym życiu zagra rolę epizodyczną, a wspomnienia wieczorów poświęconych "Miasteczku Salem" zaginą już po kilku dniach, odkąd powieść osiądzie na półkach waszej biblioteczki.  No chyba, że nie czytacie wampirycznej literatury i macie kiepskie pojęcie odnośnie czegoś takiego, jak dobry horror. Nie chcę tu nikogo obrażać, ale wydaje mi się, że ten cały fenomen zrodził się z odczuć takich właśnie niedzielnych czytelników.

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!