|
Stephen King - Miasteczko Salem
Dusqmad
"Miasteczko Salem" - mówi Ci coś ten tytuł?
Retoryczne pytanie - wszakże
odpowiedź jest mi dobrze znana. Tak, ja też wiele o tej powieści słyszałem.
Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie to spotkanie, że nie pozostanę obojętny na oceny
oscylujące w maksymalnych granicach i wymienianie tego tytułu w dziesiątce
najlepszych powieści niejakiego Stephena Kinga. Ba, często nawet pytając o
pierwsze skojarzenie z Kingiem otrzymywałem w odpowiedzi - "Miasteczko Salem".
Zmusiło mnie to do typowej refleksji - coś w tym musi być...
"W blasku życia zawsze towarzyszą nam cienie śmierci."
Pewien średniej sławy, młody pod względem dorobku pisarz, Ben Mears wraca do
tytułowego miasteczka, w którym spędził lata swego dzieciństwa, targany
koszmarami pochodzącymi z tego okresu i z zamiarem napisania tu swojej nowej
książki. Intryguje go górujący nad miasteczkiem Dom Marstenów, miejsce straszne,
przez wielu mieszkańców wspomniane z lekkim dreszczykiem, specyficznym nawykiem,
który odzwierciedla makabryczność wydarzeń mających tam niegdyś miejsce. Wkrótce
staje się jednak świadkiem czegoś, co byłoby skomplikowane nawet jak na
literacką fikcję. W Jerusalem zaczynają się dziać dziwne, niewyjaśnione rzeczy. Miasto z
biegiem czasu tonie w bezdennym oceanie śmierci, a ci, którzy utopili się w jego
głębinach w niepojętych okolicznościach powracają pod osłoną nocy. Każda śmierć
jest podobna co do objawów, każda sekcja przynosi podobne wyniki.
"Życie w miasteczku i z miasteczkiem przypomina gwałtowny akt płciowy,
trwający bez przerwy całą dobę, przy którym to, co robisz z żoną w skrzypiącym
łóżku, przypomina zdawkowy uścisk dłoni"
Książki Kinga pod kilkoma względami zwykle są do siebie podobne, da się to
zauważyć również na przykładzie "Miasteczka Salem". To co jak zwykle rzuca się w oczy to bardzo stopniowe i wolne budowanie
napięcia. Konstrukcja jest tu dość ciekawa - na początku otrzymujemy dość
intrygujący prolog, później akcja żółwim tempem zaczyna się rozkręcać, skala
staje się coraz większa. Można to porównać do samochodu, z którym mordujemy się
na parkingu przez pół godziny zanim zapali. Co prawda sytuacja trochę irytuje,
ale gdy już słychać wyrazisty ryk silnika satysfakcja jest po stokroć
większa. Dokładnie tak ma się sprawa w "Miasteczku Salem". Są chwile kiedy
zapominamy, że wzięliśmy w ręce horror. Żyjemy miasteczkiem, a może to
miasteczko żyje nami? Zdarzy się nam wpaść na kilka piw do Della, podziwiać
biust pięknej sekretarki Lawrence'a Crocketta, strzelać do szczurów, wdać się w
bujkę, romans... Słowem - stajemy się mieszkańcami Salem, żyjemy ich
codziennością.
Zgadnij co będzie teraz. Czuję, że powoli domyślasz się na jaką mam zamiar
wkroczyć ścieżkę. Wiedzie on przez bujny, gęsty, nocą wielce niebezpieczny las -
jedni mówią o zboczeńcach, inni ruchomych piaskach, ale ciemności nie skrywają
tak banalnych tajemnic. Tak, na ten akapit czekałem odkąd w ogóle "Miasteczko
Salem" pojawiło się w moim życiu. Szykuj się na mały dreszczyk, staraj się
pozostawić pięści jak najdalej od monitora. Jak zwykle nie słuchasz, trudno.
Gotowy? No to idę swoja drogą, nie oglądam się za siebie, boję się utwierdzić w
domysłach, że ktoś kroczy za mną - "Miasteczko Salem" wcale nie jest tak
rewelacyjną powieścią jak prawi ogół, to straszni piewcy. Co zdaje się
najbardziej to potwierdzać? Średni, oklepany pomysł na samą fabułę. Strasznie
zalatuje tu "Draculą" Sam Stephen podobno z tej klasycznej powieści grozy
czerpał inspiracje, do czego wszem i wobec się przyznaje, ale oprócz wizerunku wampira przeniósł klimat i styl
bohaterów. Jak na mój gust to zdecydowanie za dużo. Poza tym zwróćmy uwagę na
sam prolog. Ja szczerze mówiąc w pewnym momencie bardzo ironicznie się
uśmiechnąłem, czując z jak mało oryginalną i niesłychanie podobną do wielu
innych rzeczą będę miał tym razem do czynienia. I owszem, przyznaję - jest tu
kilka świeżych pomysłów, ale gdybym wymienił kilka z nich uznalibyście mnie za
błazna, miast szanującego się recenzenta. Jako, że nie lubię przesadnej ironii
przejdę do następnej sprawy - bohaterów. A Ci są niezmiernie klasyczni, ich
charakter natychmiast przywodzi na myśl stare, niekoniecznie książkowe horrory.
Nie mamy tu żadnych ekscentrycznych postaci, z którymi można by się
identyfikować, czy z podziwem spoglądać na ich działania, marząc o byciu właśnie
taką osobowością. Czy to wada? No, raczej nie. Skoro bowiem robi się klasyczny
horror, warto pamiętać o zasadach jakimi się rządzi. No i jest jeszcze jedna
rzecz - ilość owych bohaterów - drugi plan jest wręcz oblegany. Albo to wina
tłumacza, albo po pewnym czasie sam autor plącze się w ich imionach (porównajcie
stronę 76 z 233 - wydanie kieszonkowe Prószyński i S-ka). To jednak wpływa na stopień naszego
zżycia z miasteczkiem - wiemy kto zazdrości, wiemy kto plotkuje, kto onanizuje
się zasłaniając szczelnie wszystkie okna i umierając damską bieliznę -
miasteczko wie wszystko.
|
|
|
|
| Salem's Lot |
|
| horror |
|
| |
|
|
 |
|
|
Skoro poruszyłem już burzliwą kwestię wad wspomnę o zaletach. Wcześniejsza część
mogła Was utwierdzić w przekonaniu, że jestem gorliwym przeciwnikiem "Miasteczka
Salem", ale sprawa ma się inaczej. Po prostu strasznie lubię wytykać błędy i
pokazywać całej populacji, że jej książkowy Bóg jest niczym w porównaniu ze mną.
Przede wszystkim zwróćmy uwagę na pełen gracji styl Kinga. Błahe wydarzenia, z
pozoru nudne początkowe perypetie, autor opisał tak, że pozostawił czytelnika z
zapartym tchem. Zachwyca też samymi opisami. Budzi grozę historią oraz
specyficznym
przedstawieniem tytułowego miasteczka. Widać tu jednak wyraźnie początki i
narodziny Króla - to nie ten sam pisarz, którego świat będzie znać po kilku
następnych powieściach. To właśnie wpływa na fakt, że ta tajemnicza, świetnie
wyważona opowieść jest w stanie mimo swoich ciężkich grzechów naprawdę wciągnąć.
Po kilku tygodniach spoglądamy na nią ze zdziwieniem i zadajemy sobie pytanie -
"czy ja naprawdę tak szybko to przeczytałem?"
Nie, nie zapomniałem o najważniejszym. Straszy, czy też nie? - oto jest pytanie.
Straszy, straszy, ale znów nie zgadzam się z większością. Nie jest to jedna z
najstraszniejszych książek, ani w całej historii literatury grozy, ani w całym
dorobku Kinga. Uczucie napięcia wzbudza u nas wiele czynników, a wśród nich
niepewność o losy bohaterów. Autor pokazuje, że nie łączy go z nimi żadna
szczególna więź, a my na chwilę zapominamy o braku przywiązania do owych postaci
i z niepewnością śledzimy ich losy, zastanawiając się w którym punkcie czeka na
nich śmierć. Nigdy nie wiadomo, kto tym razem będzie banknotem, ceną za odwagę.
A każda osoba w tej walce jest na wagę złota. Stosunek dobra do zła w opowieści
jest jak stosunek ilości odcinków "13 posterunku" do "Mody na sukces". Nic
dziwnego więc, że czytelnik tak ceni tu tych, którzy wypowiadają walkę mrocznym
siłom.
Pozostawię jeszcze jedną sprawę - zakończenie. Żadnego mrugnięcia okiem,
żadnej zabawy ze strachem czytelnika, wszystko zdaje się iść praktycznie zgodnie
z planem - negatywne zaskoczenie na pełnej linii. Poza tym nie wiemy nic o tym,
co po rozwiązaniu całej tej zawirowanej sprawy stało się z jednym ważnym
bohaterem. Może to zabieg celowy? W każdym razie furtka została otwarta tak
szeroko, że bez problemu przeciśnie się przez nią stały bywalec McDonalda.
Bardzo długo pisarz rozbudzał oczekiwania czytelników, by wreszcie orzec, że
minęło już zbyt dużo czasu i nie mamy na co liczyć. Jak to skomentować?
Strasznie niegodziwe zagranie, ot co.
Zmierzamy ku końcowi... Jeszcze wczoraj zamierzałem pozostawić tą książkę bez
mojej osobistej rekomendacji. Dziś jednak w bólach dochodzę do wniosku, że chyba
lepiej tą książkę, przeczytać, niż odłożyć na wieki. Jeśli jednak macie zamiar
mieć wobec niej takie oczekiwania jak ja to sens zostanie lekko zachwiany.
Książka jest bowiem niedaleko kreski oddzielającej powieść dobrą od przeciętnej,
nie mówiąc już o tym, że w czytelniczym życiu zagra rolę epizodyczną, a
wspomnienia wieczorów poświęconych "Miasteczku Salem" zaginą już po kilku
dniach, odkąd powieść osiądzie na półkach waszej biblioteczki. No chyba,
że nie czytacie wampirycznej literatury i macie kiepskie pojęcie odnośnie czegoś
takiego, jak dobry horror. Nie chcę tu nikogo obrażać, ale wydaje mi się, że ten
cały fenomen zrodził się z odczuć takich właśnie niedzielnych czytelników.
|
|