Recenzje

 

Do tej pory byłem święcie przekonany, że w dziedzinie filmów wojennych nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć. Widziałem tyle obrazów ukazujących bolączki, troski oraz cierpienia żołnierzy, widziałem tyle bitew, wybuchów i brawurowych akcji, widziałem tak wiele wojennego chaosu i bezsensu... Myślałem, że widziałem już wszystko. I wiecie co - byłem w błędzie... 

"Wróg u bram" bowiem, jest filmem tak przejmującym, że nawet najwięksi weterani pogrążą się w zachwycie nad obrazem. Jest to jeden z tych filmów, po których obejrzeniu ciężko podnieść się z fotela. Nie dość, że historia w nim opowiedziana intryguje, mnogość zapierających dech w piersiach scen tylko potęguje w widzach uniesienie. Ale może zacznijmy od fabuły... 

Rok 1942. Armia niemiecka po zajęciu Polski, Danii, Norwegii, Holandii, Belgii, Francji i wielu innych mniejszych państw, wciąż napiera do przodu. Hitler postanawia uderzyć na ZSRR. Po przełamaniu obrony radzieckiej w Moskwie i Leningradzie, uderza na Stalingrad. Nie spodziewa się jednak, że ZSRR przejdzie do tak szybkiej kontrofensywy i będzie stawiać wściekły opór. Rozpoczyna się jedna z największych potyczek w historii... 

Bitwa Stalingradzka jest tu jednak tylko tłem dla opowiedzenia historii młodego snajpera - Wasilija Zajcewa. Jako że jest jednym z najlepszych strzelców w Armii Czerwonej, propaganda skutecznie to wykorzystuje. Wasilij staje się gwiazdą światowego formatu, wręcz symbolem dobrego żołnierza Armii Radzieckiej. Lud rosyjski czuje się dużo pewniej widząc w gazetach dokonania Zajcewa. Sielanka nie trwa jednak długo. Armia Niemiecka wysyła swojego najlepszego strzelca - majora Koniga, aby unicestwił Wasilija. Rosja straciłaby swojego bohatera, co skutecznie wpłynęłoby na morale państwa. Zapowiada się wielki snajperski pojedynek, którego siły nie zostały rozłożone równomiernie. Z jednej strony doświadczony i zaprawiony w bojach strzelec, z drugiej młody, aczkolwiek zdolny żółtodziób. 

Sytuacja plącze się jeszcze bardziej, gdy na horyzoncie Zajcewa pojawia się piękna kobieta - Tania. Jest rozdarty pomiędzy miłością, a wojną, zaczyna mocno odczuwać zagubienie i chaos wojenny. Na dodatek major Konig znajduje sobie młodego informatora, który zdradza mu pozycje Wasilija. Walka staje się jeszcze bardziej niesprawiedliwa. Czy Wasilij wyjdzie z niej obronną ręką? Tego dowiecie się już sami... 

Film bardzo starannie próbuje odtworzyć realia bitwy stalingradzkiej, co widać już od samego początku. Rozmach oczywiście zachwyca, jednak równie ważną rolę odgrywają drobne smaczki, które skutecznie podbudowują klimat. Owszem, zdawałem sobie sprawę, że Armia Czerwona była uboga w zasoby militarne, jednak to co zobaczyłem przeszło wszelkie pojęcie. Na każdego żołnierza walczącego za matuszkę Rosję przypadało pół karabinu! Bezsens wojny ciągle o sobie przypomina. 

Jako że film skupia się na rywalizacji dwóch strzelców - Wasilija i Koniga, esencją obrazu są przede wszystkim pojedynki snajperskie. Jest ich kilka, lecz na szczęście ich ilość przekłada się również na jakość - wykonane są perfekcyjnie. Nowatorskie sposoby przedstawienia akcji oraz emocje tętniące z ekranu podczas ich trwania poruszą wszystkich bez wyjątku. Wiele scen po prostu zapiera dech w piersiach, jak chociażby przestrzelenie sznurka, czy błyskawiczna reakcja Koniga na pojawiającego się nagle żołnierza. Jednym słowem, majstersztyk. 

Andrzej Wajda powiedział kiedyś świetną myśl - 'Mam aktorów, to mam film'. Słowa te świetnie odnoszą się do dzieła Jeana-Jacquesa Annauda. Reżyser wrzucił do jednego kotła dwie grupy aktorskie - z jednej strony Jude'a Law i Rachel Weisz reprezentujących młodą stronę kina, z drugiej Eda Harrisa i Boba Hoskinsa, którzy są już aktorami sprawdzonymi i mają za sobą wiele udanych ról. Obie grupy pokazują to, co w aktorstwie najlepsze, a przy okazji świetnie się uzupełniają. Ci wypróbowani pokazują to co potrafią robić najlepiej, młodzi zaś wyciskając siódme poty wtórują im. 

Zwłaszcza kreacja Jude'a Law, jako zagubionego żołnierza przeobrażającego się w pewnego siebie strzelca z pewnością na długo zapadnie nam w pamięci. Nie dość, że scenariusz świetnie pokazywał przemianę bohatera, aktor ów, zachowując oryginalny obraz dodał do roli coś od siebie. Wyszła z tego mieszanka, którą trudno się nie zachwycić. 

"Wróg u bram", mimo tego, iż ma dopiero cztery lata, już powoli przechodzi do historii kina. Nie przesadzę, jeśli powiem, że kilka scen jest wartych postawienia ich obok takich klasyków, jak nalot helikopterów przy dźwiękach "Walkirii" Wagnera ("Czas apokalipsy"), czy lądowania na plaży Omaha ("Szeregowiec Ryan"). Nie wierzycie? Po prostu obejrzyjcie. A potem zagrajcie w grę komputerową "Call of duty". Podobieństwa do "Wroga u bram" znaleźć nietrudno, gdyż autorzy gry inspirowali się filmem tak bardzo, iż niemalże balansowali na granicy plagiatu. 

Niestety, w filmie znalazło się również miejsce na jeden, za to rażący błąd. Dla niektórych może on nie stanowić żadnego problemu, jednak miłośnicy realizmu z pewnością będą zawiedzeni. Do czego zmierzam? Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy armia niemiecka poczęła mówić nie w swoim ojczystym języku, lecz posługując się angielskim! Czy nie można było pokusić się o pozostawienie oryginalnego języka, zaś tłumaczenie pozostawić napisom? Ale, tak między nami - przecież to tylko drobnostka... 

Przyszedł czas podsumowania, więc... "Wróg u bram" to świetny film. Każdy szanujący się widz nie powinien przechodzić obok niego obojętnie, gdyż jest to kino na najwyższym poziomie, w dodatku mogące z powodzeniem konkurować z klasykami filmu wojennego. Bez zbędnego przeciągania - gorąco polecam

 

»Ocena: 9/10

 

»Autor: Mariusz 'Koklet' Łucyk