Recenzje

 

Każdy z nas chciał być kiedyś członkiem mafii. Ale nie takiej podrzędnej, amatorskiej która zajmuje się sprzedażą wódki, handlem papierosami czy okradaniem tirów. Mam na myśli mafię włoską, symbol lojalności, władzy, siły, w której wszyscy członkowie są jak jedna wielka rodzina, każdy się szanuje i sobie pomaga, a wszelkie przejawy zdrady są szybko likwidowane. Eleganckie płaszcze i garnitury, stylowe kapelusze, pieniądze składane 'nominałem do góry' ['Donnie Brasco'], cywile kłaniający się w pas i zapewniający o swoim posłuszeństwie i służący pomocą - to działało na umysł małego dzieciaka. Taką właśnie mafię przedstawił nam najpierw Mario Puzo płodząc kultową książkę 'Ojciec chrzestny', a następnie Francis Ford Coppola ekranizując ją co zaowocowało - także kultowym - filmem o tym samym tytule. 

Nowy Jork. Miastem trzęsie 5 mafii, wszystkie potężne, silne. Jedną z nich jest włoska mafia nazywana rodziną Corleone. Kieruje nią Vito Corleone. Pierwszy rzut oka na jego postać może być mylący - starszy człowiek, elegancki o charakterystycznej wymowie. Osoby zainteresowane wiedzą jednak, że ten człowiek jest największym gangsterem w NJ, posiada wartościowe koneksje i największe wpływy, również wśród polityków. Ma on jednak marzenie aby działalność rodziny została za parę lat zmieniona na całkowicie legalną tak by jego dzieci i wnukowie mieli dostatnie, spokojne życie podczas gdy on sam będzie już wyczekiwał śmierci. 
Opisana przeze mnie fabuła jest tylko niewielką częścią ponieważ nie da się jej ogarnąć w jednym, dwóch zdaniach. Mogę jednak każdego z Was zapewnić, że zawiera w sobie wszystko to co najciekawsze w filmie gangsterskim. Muszę też dodać, że właśnie ten film wyznaczył drogę dla wielu innych podobnych filmów a to o czymś świadczy. Honor, szacunek, nienawiść, miłość, lojalność, władza, zemsta - podczas oglądania tego filmu natkniemy się na wszystkie te elementy, poczujemy wiele emocji. Tak wiele, że nawet sam Chuck Norris nam by ich nie zapewnił.

Jeżeli chodzi o porównanie filmu z książką... Ciężko to skonfrontować ponieważ film rządzi się swoimi prawami a książka swoimi. Wiadomo że książka bardziej działa na wyobraźnię, zmusza do ruszenia szarymi komórkami i można w niej upchnąć więcej wątków, film natomiast pozwala nam to wszystko ujrzeć na własne oczy. Osobiście przyjemniej czytało mi się książkę, nie mogłem się od niej oderwać a przerwy robiłem tylko wtedy gdy naprawdę musiałem [WC]. Film oglądałem w pozycji leżącej, z chipsami i jakimś piciem, całkowicie wyluzowany. Momentami tylko czułem jakieś napięcie, niekiedy poruszałem się zmieniając pozycję co obrazowało mój szacunek dla danej sceny. Ale te moje wygibasy pojawiały się rzadko. Może spowodowane to było tym, że po przeczytaniu książki wiedziałem co będzie dalej? Całkiem możliwe, być może i bardzo prawdopodobne. Mimo wszystko film trzyma równy poziom - przez większą część jest trochę ospały, spokojny by w jednej chwili wznieść się na wyżyny.

Mogę dodać także coś o kolejnych częściach 'Ojca chrzestnego'. Jeżeli miałbym swoją wypowiedź skrócić do minimum to napisałbym tylko 'katastrofa' ale że lubię sobie ponarzekać i trochę poznęcać się nad knotami to rozwinę myśl. Kupiłem całą serię książek o rodzinie Corleone i chwile poświęcone czytaniu wydarły mi z życiorysu całkiem spory kawałek mojego istnienia. Nadal lubię wziąć do ręki którąś część i na nowo przeżywać ich przygody. Kupiłem też trzy części filmu o mafii, miałem uzasadnione nastawienie na spędzenie przed telewizorem równie miłych chwil. A tu niestety nastąpił zonk... O ile 'jedynka' jest świetna, o tyle część II i III to już kompletna pomyłka która nie powinna była nastąpić. Moim zdaniem jest to jeden z większych upadków w historii kinematografii. I - Coppola robi film świeży, prawdziwy, któremu już po miesiącu zostaje nadane miano kultowego; II - porażka, zupełny misz-masz, wątek na wątku, którą obejrzą wytrwali; III - zachowana tendencja spadkowa, nawet wierni fani Corleone nie mogą na nim wysiedzieć. Część trzecią mogli sobie zwyczajnie darować. Końca filmu wyczekiwałem już po półgodzinie od momentu puszczenia filmu. Okropne nudy, brak klimatu, twórcy kompletnie pogubili się. Nawet muzykom nie chciało się popracować, wrzucili więc do filmu sławny z części pierwszej motyw i w kółko go odtwarzali. W trakcie ogladania II i III części myślałem o Mario Puzo. Szkoda mi go było, ponieważ ludzie po obejrzeniu filmów najpewniej zrazili się do książkowych odpowiedników. A to wielki błąd gdyż one, każda z części, jest fantastyczna. I w tym temacie w ogóle nie ma porównania.

Oddzielny akapit muszę napisać o obsadzie aktorskiej ponieważ jest ona wielkim atutem całego filmu. Kto wie jakby on wygładał bez Marlona Brando [Vito Corleone] i Ala Pacino [Michael Corleone]. Jest też Robert Duvall [Tom Hagen], który spodobał mi się odgrywając rolę 'obcego' we włoskiej mafii. Grają oni po prostu genialnie, zwłaszcza Brando zachowuje się jakby przesiedział parę miesięcy u boku prawdziwego dona mafii przygotowując się do tej roli. I te jego osławione waciki w ustach. Szkoda jeno, że na końcu 'się mu umiera' ale dzięki temu zabiegowi mamy emocjonalną końcówkę [która, moim zdaniem, pasowałaby do zakończenia filmu w ogóle, bez tworzenia kolejnych części filmu]. Pacino natomiast z prostego, pełnego miłości do kobiety jego życia chłopca nie chcącego brać udziału w 'działalności' rodziny, pod wpływem serii zdarzeń przemienia się w bezwzględnego mężczyznę. Michael to dosyć dziwna postać - miał narzeczoną w Stanach a po wyjeździe na Sycylię przygarnął i wziął ślub z inną. Nawet nie wiadomo czy była pełnoletnia [chociaż pewne jest, że była ładniejsza od Kay]. Ja rozumiem, samotność doskwiera ale to nie pasuje do filmu w którym dominuje 'włoska lojalność i przywiazanie'. Odmówić Michaelowi Corleone nie można jednak tego, że dostarcza wielu emocji. Brawa więc dla Pacino. 

Nie wiadomo na ile wizerunek rodziny Corleone pokrywa sie z rzeczywistością. Czy faktycznie byli tacy wspaniali, lojalni, oddani, czy stronili od narkotyków i głupich wojen o terytorium, czy umieli się tak dżentelmeńsko dogadywać we własnym gronie? Być może prawda jest kompletnie inna a Puzo stworzył książkę która by gloryfikowała i pochwalała ich działania [sprawiedliwa mafia jako odpowiedź na skorumpowany, włoski rząd]. W końcu Puzo - mimo że urodził się w Stanach - ma korzenie włoskie. Jeśli mam być szczery to mało mnie obchodzi czy faktycznie mafia była taka czy też może zupełnie inna - Corleone to dla mnie rodzina idealna [oczywiście jeśli wyłączyć zabijanie, krew itp].

'Ojciec chrzestny' to film stary, naprawdę stary. I każdy kolejny dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że my, w dzisiejszych czasach, już nie dostaniemy tak kompletnych, ciekawych, oryginalnych filmów jak ludzie sprzed kilkunastu/dziesiędziu lat. Owszem, mogą zdarzyć się wyjatki typu 'Matrix' czy 'Casshern' ale takie historie raczej nie zdarzają się w prawdziwym świecie. 'Ojciec chrzestny', 'Człowiek z blizną', 'Chłopcy z ferajny' - te historie odgrywały się naprawdę, inne były tylko nazwiska, działania. W dobie zapierających dech w piersiach efektów specjalnych, marnych fabuł, powielania schematów, komercjalizacji, 'Ojciec chrzestny' przeżyje. Przeżyje wszystkie te zjawiska, które rządzą w dzisiejszym świecie. Produkcja ta zaczęła historię i nadal będzie ją tworzyć. 

PS: Sorki za patos ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie przesadziłem. Ten film zasługuje na wszelkie ochy i achy.

 

»Ocena: 9/10

 

»Autor: Ryben