Recenzje

 

Za romansami szczególnie nie przepadam. Nudzą mnie, mają nieciekawe dialogi, fabuła kręci się wokół jednego i gdyby nie przyjemne dla oka aktorki to byłby to gatunek zupełnie nie do wytrzymania. Na "Apartament" skusiłem się, bo słyszałem o nim, że jest uwaga... thrillerem. Teraz mnie to stwierdzenie nieziemsko bawi, ale wcześniej tak nie było.

"Apartament" to remake filmu z 1996 roku z Vincentem Casselem i Monicą Bellucci pod podobnym, acz francusko brzmiącym tytułem "L'Appartement". Zatem za fabułę należałoby odciąć już punkcik z zakładki "oryginalność". Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Matthew to młody, przystojny (co kto lubi) mężczyzna. Pewnego razu w restauracji zauważa on swoją dawną miłość Lisę, która wystawiła go do wiatru, ale chłopak ciągle się z tym pogodzić nie może. Niestety zbieg okoliczności, przypadek sprawia, że kobieta mignęła mu tylko gdzieś między drzwiami i ślad po niej zaginął. Matthew odnajduje jednak klucze do jej hotelowego pokoju i zaczyna się akcja. Mężczyzna zrobi wszystko aby spotkać się z dawną ukochaną, co nie jest takie łatwe, bo jest ktoś kto do tego nie dopuści.

"Apartament" ma niezwykłą fabułę. W jej skład wchodzi czwórka bohaterów. Wspomniany Matthew, jego dziewczyna Lisa, przyjaciel Luke i dziewczyna Luke'a - Alex. Scenariusz jest jednak dość ostro zakręcony. Pomagają mu w tym retrospekcje. W określonych momentach w filmie poszczególni bohaterowie, a właściwie wszyscy oprócz Luke'a, wspominają to co działo się dwa lata wcześniej, czyli w okresie, gdy Matthew i Lisa byli razem. Ten zabieg sprawia, że można wypaść z rytmu oglądania i po prostu trzeba się w miarę pilnować podczas seansu.

W filmach romantycznych trudno, aby pominąć głównych bohaterów. Josha Hartnetta dość sporo osób nie lubi. Być może za jego rolę w "Pearl Harbor", a być może dlatego, że jest nijaki. Aktor ten zaliczył występ w innym znanym filmie - "Helikopter w ogniu", ale cała jego kariera dopiero się zaczyna rozkręcać. Niestety jego występu w "Apartamencie" do dobrych zaliczyć nie można. Hartnett się starał, ale jednak to za mało. Do tego potrzebny jest solidny warsztat, a tego mu brakuje.

Jego filmowa dziewczyna Diane Kruger również specjalnie nie nagrała się w tym filmie. Nadrabia zdecydowanie urodą. Z tego przecież słynie, a jeżeli nie słynie, to powinna bo jako filmowa Helena w "Troi" umiała przyciągnąć widza przed ekran. Jej bohaterka Lisa w filmie przez długi czas wydaje się dla odbiorcy filmu zupełnie niezrozumiała. Kocha Matthew, ale od niego odchodzi, znika na 2 lata i nie umie w dobie telefonów, komputerów i maili się z nim skontaktować. To sprawia, że przez naprawdę długi czas traktujemy ją jako typowego wampa, kobietę piękną, ale bawiącą się mężczyznami, co do konwencji romantycznej miłości pasuje jak kij... do sami wiecie czego.

W "Troi" miała okazję zagrać również Rose Byrne, zdecydowanie najciekawsza postać w "Apartamencie". Zapewne dlatego, że wbrew pozorom to ona kręci cała akcję i to o nią jest tu całe zamieszanie. Czy filmowa Alex jest w stanie odpowiedzieć na pytanie jak daleko jest w stanie posunąć się kobieta, która kocha? Z pewnością tak, a że jej postępowanie jest mocno kontrowersyjne, to i film ogląda się bardzo dobrze.

Z tej czwórki przyjaciół-kochanków zostaje nam tylko Matthew Lillard. Zdecydowanie najbardziej doświadczony z tego kwartetu, ale i nie mający roli w tak głośnych filmach, jakie mają jego koledzy. Jego bohater Luke, pełni w filmie rolę ofiary. Choć jest facetem zdecydowanym, pewnym siebie, to jednak to on wychodzi najgorzej z nich wszystkich. Tylko on nie wie o co tu tak naprawdę chodzi i szczerze mówiąc trochę go w końcówce żal.

"Apartament" pokazuje, że nie trzeba być Tarantino, żeby umieć zakręcić fabułą i zachęcić widza do odgadnięcia gdzie jest koniec, a gdzie początek. Choć to w "Apartamencie" jest jednak znacznie łatwiejsze. Niezwykle irytującą sprawą w filmie są jednak zbiegi okoliczności. Krew mnie zalewała gdy oglądałem sceny w których wystarczyło, aby ktoś z głównych bohaterów się na chwilę odwrócił, a cała historia skończyłaby się szczęśliwe. Takich irytujących scen w "Apartamencie" jest całe mnóstwo.

Film spodobał mi się głównie pod koniec, bo wtedy twórcy przyspieszyli, wrzucili wyższy bieg i zaczęła się zabawa. Tak naprawdę pierwsza godzina jest pioruńsko nudna, ale już końcówka potrafi sprawić, aby widz siedział jak na szpilkach.

Czy film polecić? Na pewno nie jest dla każdego. Trzeba mieć do jego oglądania odpowiednie nastawienie i pewną dozę rezerwy, gdy patrzy się na sceny w "Apartamencie". Jednak gdy wciągnięcie się w drugą godzinę filmu, to na końcu będą takie same emocje jak pod czas seansu "Esmeraldy" ;)

 

»Ocena: 6-/10

 

»Autor: Dishman