| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji nie uwzględniamy |
Święta Bożego Narodzenia na szczęście za nami. Bodaj nigdy nie wróciły! - chciałoby się zakrzyknąć. Niestety, każdy zdrowy psychicznie człowiek (a do takich, o dziwo, mam zaszczyt jeszcze się zaliczać) aż za dobrze zdaje sobie sprawę, że już za niecały rok czeka nas powtórka tych wszystkich koszmarów.
Rok to tylko trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Minie jak z bicza strzelił. Trzeba obmyślić plan. Plan, jak przeżyć kolejne święta i nie zwariować. A najgorszym problemem świątecznym są kolędnicy. O, ci to potrafią wkurzyć człowieka!
Przedstawiam więc niniejszym wyczerpującą klasyfikację kolędników wraz ze wskazówkami, jak najłatwiej ich spławić (o ile jest to w ogóle możliwe).
Jak większość podmiotów opatrzonych słowem "zwyczajny", jest to grupa najczęściej spotykana. Charakteryzuje się niezbyt wyrafinowanymi przebraniami (stare prześcieradła plus kosa zrobiona ze szczotki), miernym talentem wokalnym i luźnym podejściem do całego tego przedstawienia. Oddział kolędników zwyczajnych, liczący sobie zwykle od pięciu do siedmiu jednostek operacyjnych, rozpoczyna akcję od zrobienia wielkiego zamieszania, budzącego od razu połowę domowników ze świątecznego rozleniwienia oraz wszystkie zwierzęta w promieniu pięciu mil (ze szczególnym uwzględnieniem psów, które na swoje nieszczęście odznaczają się wyjątkowo dobrym słuchem). Następnie odśpiewują (że tak powiem) kilka pierwszych wersów trzech najbardziej znanych kolęd, przerywanych wybuchami chichotu, po czym wyciągają łapska po zapłatę i śpiesznie ulatniają się, odprowadzani ujadaniem psów (czasem i kłami psów, jeśli właściciele odwiedzonego domostwa mają słabe nerwy).
Sposoby pozbycia się: Ponieważ ta grupa kolędników jest najpowszechniej występująca, a zatem i najlepiej znana, istnieje wielka mnogość sposobów i sztuczek, zmuszających ich do gwałtownego odwrotu jeszcze przed przystąpieniem do wykonywania kolęd (jest to moment kulminacyjny każdego występu kolędników). Pierwszy z tych sposobów zasugerowano już w poprzednim akapicie (na końcu), pozostałe obejmują między innymi: kanonadę z dubeltówki w kierunku pośladków kolędników, przywołanie na pomoc teściowej zbrojnej w wałek do ciasta, atak ręcznym mioteczem ognia (każdy powinien taki posiadać - nigdy nie wiadomo, kto ci wejdzie do domu), atak kosiarką (niech do czegoś się przyda, także w zimie!), atak świątecznymi wypiekami (szczególnie skuteczny, gdy autor/autorka wypieku dopiero uczy się trudnej sztuki kucharzenia), atak choinką (w przypływie poczucia skrajnej desperacji). Jest jeszcze wiele innych sposobów, a niemal każdy z nich równie dobry - kolędnik zwyczajny nie pragnie kłopotów i oddali się natychmiast, jeśli tylko poczuje, że - jak to się kolokwialnie określa - przegiął pałę.
Występuje w liczbie 2-3 osobników, bez przebrania, klepiących z wyraźnym znudzeniem za każdym razem tę samą formułkę, najczęściej coś w rodzaju "Szczęść Boże" etc. Nawet nie próbują czegokolwiek śpiewać (co zresztą jest ich jedyną zaletą), a od razu domagają się haraczu. W sumie niczym nie różnią się od meneli zbierających na wino (ciekawe dlaczego). Niespecjalnie przejmują się, kiedy zamiast spodziewanego grosiwa otrzymują pełne pogardy spojrzenie oraz retoryczne zapytanie "Chyba se młody jaja robisz?". Odchodzą potulnie, ale zdarza im się wracać po kilka razy do tego samego domu, bez względu na to czy ktoś z mieszkańców zlitował się nad nimi, czy też poszczuł ich psami lub teściową.
Sposób pozbycia się: "Nie mam pieniędzy".
Na trzecią z kolei uprzejmą odmowę gospodarza domu ("Nie, do k***y nędzy i sp********ć mi stąd!") pyta po raz czwarty: "Czy możemy panu zaśpiewać kolędę?".
Sposób pozbycia się: artyleria ciężka, moździerze, haubice, działka przeciwlotnicze, bombowce strategiczne, wysokokalibrowa broń maszynowa, miotacze rakiet, miotacze ognia, miotacze czegokolwiek (byle szybkostrzelne).
Zamiast sięgać po stary i sprawdzony repertuar, zaśpiewa ci kolędę, jakiej w życiu nie słyszałeś, a uczyni to z emfazą a la Edyta Górniak i najprawdopodobniej po francusku lub portugalsku. Ponieważ jego umiejętności dotyczące użycia strun głosowych nie przekraczają poziomu kolędnika zwyczajnego, jego obecność stanie się przykra już po dziesięciu sekundach koncertu.
Sposób pozbycia się: "Kiepsko śpiewasz". W razie gdyby nie uwierzył - patrz: kolędnik zwyczajny.
Można się po takich spodziewać wszystkiego, tylko nie tego, czego można się spodziewać po kolędnikach zwyczajnych. Maria Dziewica w ich wykonaniu będzie ucharakteryzowana na Dodę, trzej królowie będą wszyscy wyglądać jak Neo z "Matriksa", a św. Józef będzie ubrany w krótkie spodenki w kwiatki. Odśpiewają w kanonie "La Bambę" przy akompaniamencie jakiegoś bliżej nieznanego psychodelicznego utworu puszczonego z komórki, a następnie, wykorzystując osłupienie domowników, zmyją się nie żądając wynagrodzenia.
Sposób pozbycia się: jeśli akcja potoczy się tak, jak opisano powyżej, to nie potrzeba chwytać się żadnych specjalnych sposobów. Zmywających się kolędników awangardowych można jednak poszczuć psami lub potraktować ręcznym miotaczem ognia - ot tak, dla czystej frajdy.
Występuje solo (gdyby dobrze się przyjrzeć, jego koledzy siedzą w okolicznych krzakach). Ma stare prześcieradło niedbale zarzucone na wytarty prochowiec i aureolę zatkniętą na charakterystyczny tajniacki kapelusz. Na przywitanie mówi: "Jestem kolędnikiem. Naprawdę.", po czym raczej deklamuje niż odśpiewuje "Jingle Bells", jednocześnie wnikliwie obserwując otoczenie. Zamiast spytać o dobrowolny datek, wypytuje po kolei wszystkich członków rodziny o wszystko.
Sposób pozbycia się: "Zaśpiewaj, proszę, jeszcze jedną kolędę".
Zielony, dwa cale wzrostu, z antenkami na głowie i dużymi, czarnymi oczkami. W gruncie rzeczy to raczej nie zamierza kolędować, ale ponieważ jego statek kosmiczny akurat trafił na świąteczny czas, on wydaje z siebie mnóstwo niezrozumiałych dźwięków, a wszystkie psy w promieniu pięciu mil namiętnie go obszczekują, więc - jak mówią - wsio rawno.
Sposób pozbycia się: rozdeptać.
Wygląda jak kolędnik bezczelny, ale wydaje się nieco bardziej oderwany od ziemi (choć może nie tak bardzo, jak kolędnik z innej planety) i w sumie trudno powiedzieć, czy w ogóle zdaje sobie sprawę, że są święta. Podkrążone, rozbiegane ślepia, niezdrowa cera, nienaturalne ruchy, bełkotliwa mowa, głupawy uśmieszek, często jeszcze dymiący skręt w łapie - to jego znaki rozpoznawcze. Oczywiście nie śpiewa kolęd, bo kto by mógł w takim stanie. Za to gdy z przyzwyczajenia wręczy się mu gotówkę, ze zrozumieniem kiwa głową i może jeszcze nawet podziękuje.
Sposób pozbycia się: każdy jest skuteczny.
(żartowaaałem)
Przybywa dokładnie wtedy, gdy spodziewasz się kolędników. Ubrany, jakby właśnie wrócił prosto z planu "Pasji". Czystym głosem odśpiewuje przy delikatnym akompaniamencie lutni akurat tyle z dość rzadko słyszanych i mało hałaśliwych kolęd, ile masz cierpliwość wysłuchać, a potem grzecznie opuszcza twoje domowe pielesze nie domagając się zapłaty i nie trzaskając drzwiami. Psy w promieniu pięciu mil zaczynają mówić ludzkim głosem.
Sposób pozbycia się: brak - tacy kolędnicy oczywiście nie istnieją.
* * *
Gdy tylko drzwi z hukiem zamknęły się za ostatnim w tym roku (miejmy nadzieję) kolędnikiem, siadam do przygotowań. Najpierw strój - ani zbyt wyrafinowany, ani zbyt banalny, ale w każdym razie zrobiony starannie. Prawdziwa, świeżo naostrzona kosa (na wszelki wypadek). Potem repertuar - jakieś trzy oklepane kolędy, z tych, które najłatwiej sfałszować. Wreszcie plany ewakuacji z zagrożonego terenu, gdyby zrobiło się nań zbyt gorąco. Oto jak przeżyję następne święta.
Zostanę kolędnikiem. Zemsta będzie słodka.
Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl
PS. Zamiast słuchać chrypienia kolędników, posłuchajcie tego:
Queen - Thank God It's Christmas
28.12.2005