Rzecz o niespełnionych marzeniach

W tydzień po sporym koszykarskim wydarzeniu, jakim bez wątpienia był Mecz Gwiazd ligi NBA, przed oczami stanął mi obraz małego mnie, rozgrywającego zacięte pojedynki w przedpokoju, za kosz mając górną ramę drzwi wejściowych. Pamiętam jak z dumą mówiłem wszem i wobec, że kiedy dorosnę będę wielkim koszykarzem, pierwszym Polakiem w NBA
Teraz, gdy Maciek i Czarek* szaleją na amerykańskich parkietach, a ja w koszykówkę gram okazjonalnie, wiem iż to było jedno z dziecięcych, niemożliwych do spełnienia marzeń.
O dziwo, ten sentymentalny wstęp, a zarazem komercyjna zagrywka do czegoś prowadzą. Patrząc aktualnie na siebie wiem, że ten niespełniony sen mnie w pewien sposób ukształtował i po części dzięki niemu jestem kim jestem.
Ciężko tak pisać o dzieciaku, który dopiero co wyrósł z pieluszek, jednak właśnie takie chwilowe momenty oświecenia w najmłodszych latach, stają się pierwszym archetypem myślenia. Specyficznym stylem bycia. Kiedy z chłopakami myśleliśmy jakby tu zabić nudę, proponowałem koszykówkę. Jasne, że nie zawsze się zgadzali (nigdy nie byłem dobrym przewodnikiem), lecz z tych nieśmiałych propozycji i chęci gry coś zostało do dzisiaj. Wolę iść na boisko niż na piwo albo bezsensowną włóczęgę po mieście.
Pozwoliło to również zauważyć i zapamiętać pewne wzorce zachowań. Mój ówczesny autorytet (czyli Michael „Air” Jordan”), o którym pełno było wszelkich filmów i artykułów prasowych, uświadomił mi, że najważniejsza jest praca, ciągły trening. Oczywiście zaraz po wyłączeniu odbiornika, poszedłem ganiać się po dworze, jednak zapamiętałem to, co usłyszałem. Dlatego po pewnym czasie, kiedy schody zaczęły się piętrzyć, uaktywniła się lampka, powszechnie nazywana pamięcią i przed oczami znowu ukazał się Air lecący z linii rzutów osobistych oraz słowa „trening, trening, trening”. Kształtowało to moje myśli, moją hierarchię wartości, która była dopiero w powijakach. 
Teraz, gdy mogę już patrzeć na to z perspektywy czasu i z większym dystansem, stwierdzam, że niespełnione dziecięce marzenia sprawiły, iż nigdy tak naprawdę nie zbłądziłem. Wystarczyło sobie przypomnieć, jak to mały chłopiec chciał być koszykarzem i wiedziałem jak trzeba postępować.
Stąd dochodzę do dziwnej konkluzji – niespełnione marzenia są potrzebne, mimo bólu, jaki wywołuje prawdziwy sens tego epitetu. Nawet dzisiaj, bo wciąż nas kształtują. Sprawiają, że dostrzegamy pewne prawdy uniwersalne i możemy wykorzystać je później na rzecz kolejnych marzeń, tym razem spełnionych. Są drogą, którą należy przejść, aby dojść do pragnień właściwych, odpowiednich dla nas i możliwych.
Chciałem zakończyć „dlatego grajcie w koszykówkę”, ale byłby to zwrot akcji zupełnie nie na miejscu. Z tego powodu zakończę trochę patetycznie i paradoksalnie, lecz mam nadzieję, że prawdziwie – próbujcie się z niemożliwym, a osiągniecie możliwe.

* Mowa tu oczywiście o Cezarym Trybańskim i Macieju Lampe, którzy od kilku sezonów próbują swoich sił w NBA. (Ten pierwszy to raczej próbuje tam wrócić. - D.) 

Adam Adamkiewicz

AdamAdamkiewicz@interia.pl