O procesie wytwórczym
(czyli o artach, o Was, a już najmniej o mnie samym)
Sentymentalny autor nie jest wiele wart. Nie rozśmieszy, nie zdenerwuje, nie pobudzi. Może co najwyżej wzbudzić politowanie i, o ile oczywiście dysponuje w miarę dobrym warsztatem, jakiś tam gram przemyśleń wymusić od czytelnika. Ten z kolei do refleksji nazbyt skory nie jest. Można mu rzucić otwarcie jakiś bluzg, taki wirtualny - wtedy może się nawet uśmiechnie pobłażliwie i będzie czytał dalej. Można czytelnika zwabić zręcznym tytułem czy szybko (najdalej w połowie pierwszego akapitu) i zgrabnie umiejscowionym dowcipem. Można wreszcie zaciekawić, tak, by nie zrozumiał i zrobiła się z tego sprawa honorowa dla jego własnej inteligencji: „cholera, o czym ten gość pisze? Co, JA nie kumam? Poczekaj, cwaniaczku, niech no ja tylko skończę czytać...”
Różne triki różni autorzy stosują od wieków i chyba nikt nie oczekuje, że będę je teraz wymieniał i, o zgrozo! - oceniał. Nie, to tylko z pozoru jest błahy i banalny tekst, w którym wstęp był jedynie preludium do tak zwanej „szajby”. Bo czytelnicy powinni wiedzieć, że w swoich artach jestem albo wkurzony na świat, albo refleksyjny, albo właśnie ową „szajbę” przejawiam. Takiego podziału dokonał ostatnio pewien writer (pozdro Andrzej :-)) i muszę powiedzieć, że jestem mu bardzo wdzięczny. Oto wyszła cała płytkość mojej pisaniny. Już sam fakt, że zawarło się to w jednym zdaniu, musi budzić obrzydzenie. No bo jak to tak: tyle tych jego tekstów przeczytaliśmy, tyle zdań, tyle słów (a ile liter!) - a teraz nam mówią, że to takie proste?
Okazuje się, że tak. Wybór, ten mój własny, jak najbardziej prywatny, ogranicza się do wskazania jednego z trzech szablonów tworzenia, a potem to już leci. Na jedno kopyto, o niczym, o tym, czego i tak nikt nie zinterpretuje we właściwy (czytaj: mój) sposób. Teraz bliżej o tej ważącej decyzji:
- refleksja - właściwie najprostsza do wywołania i uchwycenia, zwykle jest mi wtedy bardziej smutno, jestem przygnębiony i rozczarowany. Właściwie wszystkim, więc i temat dość szybko powinien się znaleźć. Dalej już tylko fioletowe tło, solidna czcionka, w tle Myslovitz i powinno wykluć się już samo, do końca.
- wściekłość - tu nie ma jakiejś ostrzejszej granicy, właściwie wynika z refleksyjności, można by rzecz, że jest jej bardziej zaawansowanym stadium. A więc matematycznie: refleksyjność + złość na tych, którzy ją wywołali. Czyli znowu: na wszystko.
- szajba - w zasadzie to stadium numer trzy... kiedy już jest tak źle, że gorzej być nie może, pojawia się ona. Najpierw leciutki, niezauważalny błysk w oku, następnie coraz wyraźniejszy, złośliwy uśmieszek i ta iskra człowieka opętanego, wolnego i prawdziwie „szajbniętego”. Teksty napisane w tym stadium zwykle publikę mają najszerszą, bo w nich nie ma zbyt wiele do rozumienia. Elokwencja, dowcip i ironia leją się strumieniami, a niezaspokojeni wielbiciele chłoną kolejne zdania.
Zaraz po wylaniu hektolitrów wody na wybrany temat pojawia się kolejny problem: layout. Nie mam żadnego stałego lay’a, szczerze powiedziawszy nawet nie wiem, jak go zrobić. Każdy twór kopiuję z Worda do OpenOffice.org i zaczynam zabawę w kolorki, literki i marginesy. Jakiekolwiek linie czy ramki odpadają, tak samo jak grafika czy bardziej wymyślne niż jednolity kolor tło.
Teraz pytanie za sto punktów: co czuję po zakończeniu pracy i zapisaniu efektu końcowego na pulpicie? Ano jedną, wielką ulgę. Ulgę, bo nie wyłączyli mi w tym czasie prądu. Ulgę, bo po raz kolejny udało mi się nie przerwać pracy w środku i nie wywalić dokumentu do kosza. I wreszcie ulgę najważniejszą - bo kolejny raz nie zabraknie mnie w AM.
Właściwie to ja się brzydzę takimi tekstami. Po raz kolejny autor zamiast poruszyć jakiś ważny problem, robi innym na złość i pisze o pisaniu. Idąc dalej, za miesiąc pewnie stworzy coś o pisaniu o pisaniu o pisaniu, możemy brnąć dalej, komponując wielopoziomowe konstrukcje, w których na samym początku będzie śmiesznie, a pod koniec to już tylko straszno. Ale ludzie to kupią, bo w końcu gość jest klasykiem i nie wypada nie czytnąć.
A że gdzieś po drodze umknie sens? Nie pierwszy i nie ostatni raz.