Taniec

Uwielbiam patrzeć, jak tańczysz. Siedzę przy stoliku kilka metrów od ciebie i cię obserwuję. Dopijam twoje piwo, bo moje już się skończyło, i myślę, czym jest dla ciebie ten występ. Choć na parkiecie jest jeszcze kilkanaście osób, które kołyszą się w rytm muzyki, ty nie zwracasz uwagi na nikogo i tańczysz tylko ze swoim odbiciem w tym wielkim lustrze. Wyglądasz na niedostępną, niezależną, osobną, ale przecież nie poruszałabyś się tak, gdybyś była tu całkiem sama. Potrzebny jest ci mój wzrok - i wzrok tego łysiejącego faceta po czterdziestce, co ubrał się w skórzaną kurtkę wykradzioną synowi z szafy i myśli, że dzięki niej jest mniej żałosny w tym miejscu z całą swoją desperacją.

Patrzysz w lustro, rzucasz sobie długie spojrzenie spod rzęs, kołysząc przy tym łagodnie biodrami. Twoje lekko rozchylone usta wyglądają jak zaproszenie. Wodzisz spojrzeniem po odbiciu swojego ciała, podziwiając jego piękno i harmonię. Po chwili odrzucasz głowę w tył i pokazujesz lustru, sobie i nam swoją kobiecą szyję i bujne rude loki. Niespiesznie przeczesujesz palcami obu rąk włosy i pozwalasz swoim dłoniom delikatnie spłynąć po twoim karku, biuście, brzuchu, biodrach. Uwielbiasz tańczyć, jak patrzę.

W tym momencie patrzysz na siebie męskim wzrokiem. To dla niego tańczysz. Patrzysz na siebie tak, jak patrzę na ciebie ja, jak patrzy ten łysiejący facet w skórzanej kurtce. Widzisz to, co widzimy w tobie my - jesteś dla siebie piękna, jesteś zgrabna, harmonijnie i seksownie się poruszasz. Twój wzrok jest naszym wzrokiem, dlatego napawasz się swoim wyglądem. Odczuwasz przyjemność z patrzenia na siebie i bycia obiektem pożądliwego spojrzenia. Twoje dłonie są naszymi dłońmi, więc dotykasz się nimi tam, gdzie ten podstarzały erotoman i ja chcielibyśmy cię dotykać. Przejeżdżasz opuszkami palców po policzku, ustach, między piersiami, po swym odsłoniętym pępku i po tej tak wspaniale ciepłej, wewnętrznej stronie uda. Masz władzę nad każdym swoim ruchem, masz władzę nad tym, jak wyglądasz, nad tym, jak na ciebie patrzymy.

W tej właśnie chwili role są odwrócone. Codziennie musisz słuchać się surowego ojca i surowego Boga, co dzień mężczyźni mówią ci - choćby i kobiecymi ustami - że musisz być pokorną żoną i pracowitą kurą domową, a w tym momencie to ty rządzisz nami. Teraz jesteś sobą, tym, kim chcesz być. To ty ustalasz zasady. Wiesz, że na ciebie patrzymy i że cię pragniemy. Wiesz, że gdybyś podeszła do tego śmiesznego gościa w skórze, nachyliła się nad nim i - po prostu mu pachnąc - szepnęła jedno słowo, muskając przy tym ustami jego ucho, on dałby ci się zaprowadzić za rękę (choć chętniej za penisa) na koniec świata.

Podoba ci się ta władza - ale to nie wszystko. Jasne, jak wszyscy jesteś próżna, więc rozkoszą jest dla ciebie nasze pożądanie. Ale nie chodzi tylko o bycie seksowną dla mężczyzny, a więc spełnianie podstawowego zadania kobiety. W tej chwili cieszysz się z tego, że możesz być piękna dla siebie, nie dla nas. Kochasz swoje ciało i widzisz, że ono jest przede wszystkim twoje, że nie musi być zależne od naszego recenzującego wzroku. Właśnie teraz akceptujesz się w pełni. Czujesz, że twoja seksualność może być wolna od ocen moich czy katechetki z wąsem, czyli tego, co feministki nazywają patriarchatem, a jedno z czasopism - męskim punktem widzenia.

Piosenka się kończy i zaczyna następna, szybsza. Rzucasz mi spojrzenie, które ma być zaproszeniem na parkiet, a ja mam nadzieję, że jest też zaproszeniem do łóżka. Dołączam do twojego tańca, do tej twojej wysublimowanej masturbacji. Obejmuję cię, ale ty odsuwasz się i kiwasz z dezaprobatą głową. Tańczysz ze mną na dystans, żebym mógł na ciebie popatrzeć, żebyś ty mogła patrzeć mi w oczy. Przez twoje ramię widzę tego nieszczęsnego gościa, który wciąż ciebie - teraz już nas - obserwuje. Wiem, że oddałby rok życia, żeby być teraz na moim miejscu. Ale skoro on nie może, to ja muszę zrobić za nas obu to, na co mamy ochotę. Choćby miał mnie za to znienawidzić.

Jesteś piękna, kiedy zdajesz sobie sprawę z własnej władzy. Tylko w takich chwilach cię pragnę - gdy hipnotycznie kołyszesz biodrami, patrzysz mi w oczy z tą siłą, bez uśmiechu na twarzy. A potem zbliżasz się do mnie, ocierasz piersiami i obracasz nagle wkoło, a twoje pachnące włosy uderzają w moją twarz. Uwielbiam z tobą tańczyć, mówię. Patrzysz na mnie zdziwionym wzrokiem: Szkoda, że tylko tańczyć.

No tak, chciałabyś rozciągnąć to moje zniewolenie, to moje uwielbienie na inne dziedziny. Chciałabyś, żebym cię obdarowywał kwiatami i był twoim facetem. Żebym wspierał cię, gdy ci smutno, chodził z tobą na zakupy i zabierał cię w walentynki na romantyczną kolację. Żebym to ja wybierał knajpę albo film, na który pójdziemy do kina. Tracisz wszelki urok, gdy wchodzisz w swoją normalną rolę i mnie w moją chcesz wsadzić. Piękna jesteś tylko teraz - jako silna i pewna siebie, niedostępna kobieta - nie wtedy, gdy stajesz się uległą żonką.

Gdy wychodzimy, patrzę na łysiejącego w skórze. Sączy kolejne piwo i wygląda jeszcze starzej i żałośniej. Idziemy do ciebie, a tam znów stajesz się piękna, kiedy droczysz się ze mną, kiedy muszę niemal siłą wydzierać ci pocałunki, kiedy nie chcesz dać mi się rozebrać, a potem łapczywie rozbierasz mnie, kiedy bez słowa prowadzisz mnie do łóżka, kiedy kładziesz się na nim i patrząc mi z uśmiechem prosto w oczy, rozkładasz nogi.

A gdy wstrząsa mną tych kilka słodko-gorzkich dreszczy, po których osuwam się na ciebie bez sił, mówisz: Uwielbiam ten moment. Tuż po. Po raz drugi tego wieczoru triumfujesz, a ja po raz drugi jestem bezbronny. Ale rano znów powrócimy do swych ról, kiedy przyniesiesz mi do łóżka jajecznicę i kawę.

Pod prysznicem myślę o tym gościu w skórze, który tak na ciebie patrzył. Pewnie wypił w knajpie jeszcze parę piw, pijany i smutny wrócił do domu i w kiblu próbował zwalić gruchę, ale mu nie stanął. Czas chyba zacząć przyzwyczajać się do tego, że za dwadzieścia lat będę taki sam. Może tylko bardziej łysy.

Phnom Penh
phnom@go2.pl