Dajdajdajdajdaj!
czyli rzecz o żebractwie

Kolejny chory tekst (c) by Pewien GośćReklamacji nie uwzględniamy

Czemu nas tam nie ma, gdzie za darmo wszystko dają?" - zapytuje retorycznie zespół Lady Pank w piosence "Wędrówka" (soundtrack do filmu "O dwóch takich, co ukradli księżyc", wracającego ostatnio do łask). Ano, niestety. Mimo iż niejednemu z nas marzą się półroczne wczasy na Hawajach i manna z nieba, świat nasz jest tak skonstruowany, że większość z nas w pewnym okresie swego życia musi ciężko zap...racowywać się, ażeby było co włożyć do przysłowiowego garnka.

Powyższe prawidło dotyczy w równym stopniu pracowników fizycznych, takich jak na przykład stereotypowy robol z łopatą, jak i umysłowych, np. w warsztacie tokarskim (ulubione powiedzonko mojego taty: "To nie biuro, tu trzeba myśleć"). Co więcej, dotyczy ono również zawodów otoczonych powszechną pogardą, jak choćby zawód biznesmena. I to bez względu na to, czy robiony przez biznesmena biznes to uczciwe wzbogacanie się kosztem innych czy też zwykła, nikczemna kradzież. Aha, żeby nie było niedomówień - bycie złodziejem to oczywiście też praca, wcale nie najłatwiejsza ani nie najlżejsza zresztą.

Tak - i wszyscy pracujemy, by nie pracować mógł ktoś. Tym kimś są oczywiście emeryci (także ci 40-letni), są nimi bezrobotni (także bezrobotni z przekonania), są nimi żebracy. Bycie emerytem to dość niefajna sprawa i ci mogą się czuć usprawiedliwieni. Bezrobotni, jak by się mogło laikowi zdawać, to mają klawe życie - ale też nic bardziej mylnego! Gdybyś przypadkiem, mój skazany na pracę czytelniku, mógł zamienić się rolą z typowym polskim bezrobotnym, to wnet byś poznał, że żywot jego bynajmniej nie jest różami usiany, ani nawet nie goździkami. Typowy bezrobotny musi bowiem tyle energii poświęcać wynajdowaniu coraz to nowszych powodów, dla których nie może się imać żadnego pożytecznego zajęcia, że później nie starcza mu tej energii na czynności znane ogólnie jako cieszenie się życiem. Tak więc, moi drodzy, bezrobotny też nie ma lekko.

A więc wszyscy mają porządnie przej...ane. Wszyscy, za wyjątkiem ostatniej z wymienionych grup społecznych. Okazuje się bowiem, że wbrew zdrowemu rozsądkowi wśród tych wszystkich ciężko pracujących ludzi zawsze znajdzie się paru na tyle miłych (i głupich), żeby swe ciężko wypracowane pieniądze ni stąd ni zowąd podarować bliźniemu będącego akurat w większej niż oni potrzebie egzystowania. Podarować - za nic.

Tak jest - żebrak to zawód marzeń! Nie trzeba się bawić w rejestrowanie działalności gospodarczej tudzież inne formalności. Nie płaci się żadnych podatków. Nie trzeba brać kredytu na inwestycje. Nie trzeba biznesplanu. Nie trzeba wiedzieć, co to amortyzacja albo menedżer średniego szczebla. Po prostu siadasz sobie na ulicy z puszką na pieniądze i ewentualnie jakąś wzruszającą historią wypisaną flamastrem na kartonie, ze spojrzeniem mówiącym tylko jedno: daj!

Żeby tak absurdalne zjawisko mogło zaistnieć, musi być spełniony przynajmniej jeden z dwóch warunków. Pierwszym jest litość. Każdy żebrak stara się wyglądać jak siedem nieszczęść. Gdyby któryś zechciał nam udzielić wywiadu (nie zechce, bo interesuje go jedynie to, czy mu coś damy czy nie), to pewnie by powiedział, że los go z sadystycznym wyrafinowaniem prześladuje; że żonie się zmarło, że dzieci się go wyrzekły, że nigdzie go nie chcą, że choruje na dziesięć różnych nieuleczalnych chorób (wszystko to zazwyczaj jest pieczołowicie wyszczególnione na wspomnianym kartonie, wbrew pozorom żebraka niespecjalnie raduje zwierzanie się ze swoich klęsk życiowych każdemu napotkanemu przechodniowi). Pominie skrzętnie, że nigdy w życiu nawet nie próbował pracować, że żadnej szkoły nie skończył, bo mu się nie chciało, że w sumie to mu się wcale wygodnie żyje, bo przez dwie godziny żebrania uzbiera tyle, że spokojnie wystarczy mu na pozostałe dwadzieścia dwie.

Drugim warunkiem jest chęć pokazania innym, jacy jesteśmy dobrzy chrześcijanie. Nie wiedzieć czemu utarło się, że wspomaganie nierobów poczytywane jest za wielki akt miłosierdzia; gdyby ktoś z najlepszymi nawet intencjami podszedł do takiego "biednego" człeczyny i spróbował namówić go do uczciwego zarabiania na życie, to zapewne zostałby ogłoszony człowiekiem bez serca i w dodatku skąpcem, a niechybnie - bezczelnym cynikiem. Z kolei fundowanie takiemu komuś (żebrakowi, nie cynikowi) życia bez konieczności pracowania (przypomnę, że bardzo niewielu z nas ma ten luksus) jest akurat dobre. Świat stanął na głowie?

No, świat to w sumie nigdy nie był do końca normalny. Niemniej jednak mam poczucie, że miło byłoby przejść choć raz obok kościoła, nie słuchając zawodzenia jakiejś Rumunki. Bo ogólnie spacery po mieście bywają przyjemne. Jestem skłonny z całym spokojem zignorować fakt, że w mieście nie ma ani metra chodnika, którego pokonanie nie wymagałoby zdolności akrobatycznych (chodzenie po takich chodnikach ma nawet swój urok), ale nie zniosę nagabywania przez osobników, którzy uważają, że cokolwiek im się od świata tak po prostu należy. I doprawdy, niech wszyscy rumuńscy żebracy w okolicy dziękują bogom (o ile mają jakichś), że obecne prawo nie za bardzo pozwala strzelać do ludzi na ulicy.

Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl

20.12.2005


Tylko dla dorosłych! Nie klikać - www.darkcult.republika.pl