KOCHANIE, WRÓCIŁEM!

Czyli rzecz o całowaniu.


 

Powiedzmy, że jest wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z Dostojewskim, Flaubertem i Szekspirem; ściąga swetry i apaszki dziewczętom, odsłaniając ich krągłe ramiona i smukłe szyje. Po upaćkanych żółtymi mleczami trawnikach biegają dzieciaki z latawcami i buziami umorusanymi czekoladą. Koty prężą grzbiety na balkonach wśród kwiatów pelargonii, psy szczekają na motyle, a Słońce zdążyło się już nawet zbliżyć do Lolity Nabokova. 

Ciepłe popołudnie. Madame Margot siedzi przy stole i pozwala Słońcu pieścić swe odsłonięte ramiona. Dobry dzień.

Na uniwersytecie dziś same sukcesy; gorąco przyjęty referat o kulturze europejskiej, dziewięćdziesiąt minut wykładu o micie miłości oraz maksymalne skupienie całej sali, właśnie na jej postaci, na jej słowach, na tym, co ma do powiedzenia, i co w chwili owej mówi, o Chrystusie, Tristanie i Don Juanie. Sto dwadzieścia cztery pary oczu wpatrzone tylko w nią. Tak więc była zdolna do zatrzymania na sobie uwagi przez dziewięćdziesiąt minut. C’est beau, ma foi, Madame Margot.

Za oknem pisk dziewcząt. Tupot małych stóp na chodniku. I banda chłopców wymachujących szczurem bez ogona.

Madame Margot siedzi przy stole i pije waniliowe cappuccino. Kawka wirująca w filiżance i na wietrze. Brązowa emalia. Taki niesforny kosmyk opadający na czoło. Lekki ruch ręką. Przestrzeń poprzeplatana dźwiękami. Urocze popołudnie per se.
Sinatra potrafił uwodzić kobiety. Nju Jork, Njuuuuu Joooooo rr k.

Na lodówce wisi lista spraw, które musi załatwić w tym tygodniu. Lista, która wisi tam już od pół roku.

-    złożyć podanie o nowy paszport [- Margot moja droga, przecież w te wakacje chciałaś jechać do Rzymu i Bordeaux, musisz zanieść te druki, bo inaczej przyjdzie nam zostać tutaj. Est-il possible?];

-    zapisać się do Biblioteki Wojewódzkiej [- Nigdzie nie mogłam dostać tej książki, mam nadzieję, że to nie wpłynie na jakość referatu, -A byłaś w Wojewódzkiej?];

-    iść do banku [- Kochanie, znowu nie byłaś? – Pójdę jutro.];

-    przeczytać Kroniki włoskie Stendhala.

 

Z drugiej strony nie chce jej się czytać. Przeczyta jutro.

Warkot silnika na podjeździe. Wrócił.

Państwo to dobrze znają, prawda? Madame Margot także.

Szybko nastawia wodę na herbatę. Wybiega do przedpokoju, drzwi się otwierają [w tle F. Sinatra: Strangers In The Night] i do mieszkania raźnym krokiem wchodzi zadowolony z życia młody prawnik/lekarz/wojskowy/wykładowca francuskiego, rzucając takim filmowym, kurtuazyjnym gestem swoją teczkę i wtulając się miękko w olśniewającej urody małżonkę, która ma na sobie francuską garsonkę i perfekcyjny makijaż przez cały dzień. Znacie to Państwo, prawda? Wciąż z taką samą kurtuazyjną manierą łapie swoją połowicę w pół, ona ruchem pełnym gracji i kokieterii wygina delikatnie swoją kibić i unosi jedną nogę w górę [O tak, to Państwo znają na pewno doskonale, to nie może być tylko moja fantasmagoria.], podczas, gdy ten szarmancki Monsieur całuje ją na przywitanie w usta.

[Something in my heart, told me I must have Youuuu...]

I w tym oto miejscu owo urocze popołudnie zamienia się w jedno wielkie nieporozumienie.

 Państwo, tak samo dobrze, jak i ja wiedzą, że nasza Madame Margot nie piła dziś nic więcej poza owym waniliowym cappuccino, między jednym pomalowaniem paznokcia na brązowy kolor, a refrenem Sinatry, który połowę dzisiejszego popołudnia rozkoszował się Nowym Jorkiem; a tymczasem Monsieur prawnik/lekarz/wojskowy/wykładowca francuskiego zdaje się podejrzewać naszą Madame, o co najmniej jakieś alkoholiczne orgie na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej, wraz z innymi doktorami językoznawstwa i historii literatury w samym centrum miasta, właśnie w dniu dzisiejszym, lub co gorsza o poranek na miarę bohemy w ich własnym, przytulnym domku na ulicy Sadowej 302-A.

Tak, on ją ewidentnie sprawdza! Casus pascudeus!

Skąd takie przypuszczenie? Proszę Państwa, przecież on ją całuje w usta! A po tym pocałunku, zapewne podejdzie do barku i sprawdzi, czy aby jego podejrzenia nie są słuszne. My wiemy, że nie są. Ale do niego to nie dociera. Może nawet nieświadomie, Monsieur ów sprawdza swoją żonę, ową femme incomprise, czy aby nie piła, gdy go nie było w domu.

W tym miejscu pragnę go trochę usprawiedliwić.

Wszak wina w rękach kobiety należy bać się tak samo, jak i miłości.

* * *

Starożytny Rzym. Najwyżej rozwinięta cywilizacja czasów starożytnych, która osiągnęła niebywały poziom w sztuce inżynierskiej, w planowaniu miast, architekturze, nauce, medycynie i literaturze. Wiek II. Cesarze umierają śmiercią naturalną po stosunkowo długim okresie panowania, gospodarka przeżywa rozkwit, a granice wydają się być bezpieczne pod czujnym okiem strzegących je legionów. Ich obronę wspomaga cały system umocnień i warowni nazywanych limesem rzymskim. Całe państwo stoi na wysokim poziomie kulturalnym. Szereg znakomitych twórców: Tuliusz Cycero, boski Wergiliusz, Horacy, Owidiusz, Tytus Liwiusz czy Publiusz Korneliusz Tacyt.

Śmietankowo.

I pomyśleć, że w czasach owych, pełnych wybitnych artystów, szalenie uzdolnionych architektów, boskich cesarzy i jeszcze bardziej boskich literatów, na porządku dziennym zaraz po powrocie z pracy, jest całowanie własnej kobiety w usta, ot, na przywitanie.

Państwo się ze mną zgodzą, że to jest nienormalne.

Zabobonne całowanie.

Kto by pomyślał, że ten nasz, czasem nawet niedostrzegalny i zupełnie banalny gest na przywitanie ma nota bene swój rodowód w Starożytnym Rzymie.

Ot, wszystko przez kobiety. Westalki, kurtyzany, żony.

Westalki otaczano wielkim szacunkiem. Gdy wychodziły na ulice, towarzyszyli im liktorzy jak najwyższych urzędników; dawano im zaszczytne miejsca w teatrach i cyrkach, a w sądzie ich świadectwo miało znaczenie przysięgi. Kurtyzany kochały się w barwnikach i migdałowych olejkach. Chłopcy i mężczyźni kochali się w kurtyzanach. Albo z nimi. Żony. Żony kochało się najbardziej. Państwo wiedzą o czym mówię...

* * *

Powiedzmy, że jest ot sobie, takie właśnie wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z glinianymi miskami i posążkami Westy; ściąga tuniki i opaski. Po upaćkanych kamieniami drogach biegają dzieciaki. Na forum Rzymianie dyskutują o bieżących sprawach.

Ciepłe popołudnie. Rzymianin Marek wraca do domu po całym dniu pracy w miejskiej łaźni. Pierwsze, co robi gdy przekracza próg domu, to woła:
”Kochanie, wróciłem!” [Państwo, oczywiście idealnie to sobie wyobrażają.], po czym chwyta swoją współmałżonkę w ramiona i miękko przywiera do jej ust swoimi wargami.
Oczywiście kocha ją nad życie, szanuje i dba o jej zdrowie oraz dobre samopoczucie, zresztą jak wszyscy ówcześni mężczyźni w starożytnym Rzymie. Państwo się ze mną zgadzają. Dziękuję. Całuje ją z rozkoszą, bo zatęsknił do niej niesamowicie, gdyż wielbi ziemię, po której stąpa jego oblubienica, prawda?

No cóż, nic z tych rzeczy. Dominus Marcus sprawdza żonę!

Bo pocałunek na przywitanie, to mimo wszystko nie jest jakiś tam erotyczny zwyczaj, który przetrwał nam szczęśliwie do czasów dzisiejszych. Co to, to nie.

W starożytności mężczyźni w taki to właśnie niecny sposób sprawdzali, czy ich kobiety nie piły wina. Bo wina w rękach kobiety bano się tak samo, jak i miłości.

 

Wszak zarówno jedno, jak i drugie czyni kobietę nieobliczalną.

* * *

 

Madame Margot z uśmiechem przytuliła się do swojego męża, zadowolonego z życia młodego prawnika/lekarza/wojskowego/wykładowcy francuskiego, po czym głaszcząc go pieszczotliwie po brodzie pochwaliła się powodzeniem referatowym, oscylującym wokół mitycznych miłości i zwyczajów erotycznych.

Jej mąż zaśmiał się kurtuazyjnie i przytulił ją mocniej, gratulując sukcesu.

Po chwili, ledwie dostrzegalnym ruchem dłoni wytarł kącik ust Madame skąpany w waniliowej otoczce cappuccino. Corpus delicti.

 


Co? Ty nie umiesz już całować?

Wszak tak niedawno ze mną się rozstałeś,

A już całować zapomniałeś?

 Małgorzata, „Faust” J.W. Goethe

 

 

nZorka <jaskolkaja@tlen.pl>