CHWILA ŚWIRA

 

Właśnie minął mi kolejny dzień w szkole. Po zrzuceniu kurtki i butów udałem się do mojego przytulnego, ciepłego, pełnego wspomnień i wielu pierwszych doświadczeń pokoju. Rzucenie okiem po jego wnętrzu potwierdziło moje podejrzenie: wszystko stoi na swoim miejscu, tam, gdzie zawsze. I dobrze.
Bo zamierzam sobie ulżyć.

Miałem zły dzień. Nie tylko w szkole, choć to głównie jej zasługa, ale generalnie dzień zaliczam do wybitnie pokręconych ciągów zdarzeń, które potwierdzają efekt domina - jeżeli jedno padnie, reszta też. I tak właśnie się stało. Szczegóły tej ciemnej sraki, będącej odzwierciedleniem aktualnie minionego dnia, pozostawiam sobie, bo taki jest przywilej wodolejnego tekstwrajtera. Zresztą i tak byście nie zrozumieli.
Za to zrelacjonuje to, co zrobię teraz.

Mianowicie dokonam cudownie rozkosznego aktu rozładowywania emocji. Zacznę od wyjątkowo beżowego monitora z jeszcze bardziej wyjątkowo ciemnym kineskopem. Chwytam dziada oburącz i rozpieprzam go. O ścianę. Ale fajnie, nie ma nic bardziej uspokajającego niż rozpiździć w mak coś drogiego, przydatnego, coś, co jest efektem wysiłku wielu ludzi.
Co najmniej uszkodzony monitor spoczywa pod ścianą i widocznie nie przejął się faktem, że właśnie przeżył bliskie spotkanie trzeciego stopnia z moją żółtą ścianą, więc siekam go nogą. Dwa razy. Potem znowu. Każdy kopniak (po siódmym przestałem liczyć) powoduje mocniejsze rozklejanie się obudowy. Gdy skończyłem, poczułem lekkie pulsowanie w nodze, które po szturmie mojego afektu pulsować będzie zajebiście pięknym bólem.
Ale... o, jaka ładna półka na książki. Łapię ją za krawędzie i zwalam na podłogę. To samo robię z szafką nafaszerowaną ciuchami, na której stoi wieża Thomsona mojego brata, niewielki zestaw higieniczny (dezodoranty, woda po goleniu, pasty i elektroniczna szczoteczka do zębów) oraz dwie pamiątkowe figurki z mojej osiemnastej rocznicy. Rany, nie wiedziałem, że własnoręczna destrukcja swoich rzeczy może bawić. Mój dziki wzrok dopada drugą, tym razem moją, komunijną wieżę. Yeah, kill this motherfucker! Chwytam jej górną część i trzaskam o podłogę. I kopniak. Odwracam się i łapię w kleszcze drugą, dolną część Thomsonica, by huknąć ją o drukarkę.
Próbowałem w życiu wielu rzeczy, od miękkich narkotyków (bez oczekiwanego rezultatu), poprzez najbliższe kontakty z płcią przeciwną, a na wielu równie rajcujących rzeczach kończąc. Wszystkie wypasione, ale żadna, podkreślam, żadna nie dostarczyła mi tyle radości i szczęścia, co dawkowanie sobie ulgi na rzecz tych straconych mebli i elektroniki. Ale zaraz, zaraz... przecież ja jeszcze nie skończyłem.
Już nieco ostygłem, z lekka się zsapałem, ale już wyrywam klawiaturę. Chwytam jej końce i uderzam o kolano - poddała się za trzecim razem. Teraz trzymam mysi przewód i kręcę tym pieprzonym, wiecznie zasyfionym w środku gryzoniem. I JEBUT! o podłogę. Szkoda, taka kozacka myszka.
Czas na tortową wisienkę - dysząc i posapując biorę w podwójnego nelsona obudowę kapryśnego komputera, który zawsze, k... mać, zawsze trąbił o zbyt małych zasobach RAMu, za mało kolorowej karcie graficznej czy ślamazarnie wolnym procesorze. Ja ci, wstrętna kutasino, teraz pokażę. Z pecetem w rożarzonych dłoniach kalkuluję, jaka ewolucja tego cudu techniki spowoduje największe uszkodzenia.
Z uchylonego okna dotarł do mnie wiosenny chłodny wiatr.
Za mało miejsca na dysku, pieprzona gnido? Proszę przeinstalować to czy tamto gówno, taaak? Ja ci, k…, dam Matrixa! Siup, i kwadratowa puszka zamienia szybę w konfetti, po czym ląduje z głośnym BAM! na dachu niebieskiego reanulta braciszka. Score!

A teraz stoję zmęczony, rozgrzany i stygnący na środku tego pomieszczenia, zwanego pięć minut temu pokojem. Wygląda to... hmm... niecodziennie. Jakby Katrina w drodze powrotnej z Nowego Orleanu skręciła, wpadła tu na kawę i się wpieniła, bo poskąpiłem jej cukru.
Nad łóżkiem na ścianie wisi sobie niewielka lampka, przy której rozpracowywałem wiele książek, przy której zarwałem niejedną nockę z przeróżnych powodów; lampkę, przy której pisałem niejeden bzdet do AM, przy której przez długie godziny wsłuchiwałem się w przeróżne rodzaje muzyki; w końcu lampkę, przy której zrobiłem z pokoju większy kontener na śmieci. Fajna jest. Taka świecąca. Raz w nocy spadła mi na głowę, menda jedna. I to akurat kiedy spałem. Ale lubię ją.

Trzaskając drzwiami wyszedłem z przyciśniętą do piersi lampką.

np. "Patience" - Guns n' Roses.

Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.sianow.kw.pl
kom: 511969234