|
Czy zastanawialiście się kiedyś, czy istnieje coś takiego jak Przeznaczenie? Zaraz, cholera, do kogo ja mówię...? Oczywiście, że się zastanawialiście
:) No dobra, może nie jestem zupełnie pewien, ale zważywszy na dotychczasową ilość ActionMagów, które doczekały się swojego rowka na płycie CDActiona i mój stosunkowo krótki pobyt na tym rowku, jestem przekonany że ktoś kiedyś poruszył ten temat. Ale czy odważylibyście się wyjść Przeznaczeniu naprzeciw (o ile istnieje), poddać je próbie, która może stwierdzić "być albo nie być" Przeznaczenia? Bo ja mam właśnie taki zamiar :) Tylko od czego by tu zacząć... Może od początku?
Wszystko zaczęło się bodajże 3 lata temu, kiedy to, jak zwykle niezbyt przejęty tym co miało miejsce na lekcjach, jak zwykle byłem przejęty wielką, ogromniastą, hipergigaultra 20-minutową przerwą. A poważnie, to jak zwykle siedziałem, nudziłem się, gadałem z kumplami, znowu się nudziłem, łaziłem po każdym z korytarzy i... Nie, nie, tym razem już się nie nudziłem. Bo tym razem zobaczyłem Ją*. Od pierwszego spojrzenia na Nią, do czasu gdy odkryłem że przekręcanie głowy o 180 stopni to niezbyt dobry pomysł, nie mogłem zdjąć z Niej wzroku. Dla innych prawdopodobnie kolejna przeciętna dziewczyna, która nie podreperowuje swojego wyglądu sześciokilogramowym mejkapem, dla mnie najpiękniejsza niezbyt wysoka blondynka, o oczach, których koloru i tak nie mogłem dostrzec z takiej odległości, o których mogłem jednak w tamtym momencie napisać dziewiętnastozwrotkową piosenkę z trzema różnymi refrenami. To wtedy po raz pierwszy w życiu zrozumiałem pojęcie "Tego Czegoś", co widzi się w prawdziwej wybrance swego czterokomorowego serca (chyba że ktoś jest ptakiem). To wtedy, mimo protestów kumpla, zażądałem, byśmy zrobili jeszcze jedną rundkę przez ten korytarz. I to wtedy nie zobaczyłem Jej po raz kolejny.
Cóż, jako że nie jestem typem faceta, który potrafi wyparować do fajnej dziewczyny z tekstem "Ja pierdole! Ale jesteś wyjebana!", ani też takim, co podchodzi do niej z różą w ustach i tańczą tango, postanowiłem wybadać sytuację. Od tamtej pory szukałem Jej niemal na każdej przerwie. Chodziła do klasy ze znajomą mojego znajomego, stąd też dowiedziałem się że jest o rok starsza ode mnie, co zupełnie nie przeszkadzało mi w ubóstwianiu Jej. Wydaje mi się, że Ona też mnie zauważała, mam nadzieję że nie było to jednak
takie "filmowe" zauważanie w stylu "Ktoś nas śledzi! Przyspiesz!", ale raczej coś w stylu a'la R_T_N ;)
No dobra, ale co to ma wspólnego z Przeznaczeniem, spytacie. Spieszę z wyjaśnieniami. Albo poczekajcie jeszcze chwilę, bo mi w tle leci Bloodhound Gang - The Bad Touch i mi trochę nastrój psuje, tylko zmienię playlistę i zaraz wracam...
...OK, właśnie wrzuciłem Erica Claptona. Mówię Wam, jak chcecie napisać coś w miarę romantycznego - słuchajcie Claptona. Ale wracamy do kwestii Przeznaczenia.
Po pierwsze, to już pisałem Wam o "Tym Czymś", które znalazłem w Jej Osobie. Oczywiście nie jest to żaden dowód, ale powiedzmy... poszlaka :) Ale zaraz zapodam (pozdro dla Pewnego Gościa ;) Wam argument, którego nie potrafię podważyć. Otóż była sobie taka jedna matma, która zaważyła na całym procesie mojego rozważania tej miłości (?)
w kategoriach przeznaczenia.
Wchodzę sobie do klasy, wypakowuję z plecaka zeszyt, książki, ćwiczenia, ołówek, cyrkiel, ekierkę, kątomierz, lunetę, sekstans... No dobra, wypakowuję zeszyt i długopis :) I podchodzi do mnie ten znajomy, o którym pisałem wcześniej (to akurat Przeznaczenie nie było, prawie całe liceum z nim
w jednaj ławce przesiedziałem ;) i mówi:
"Ty, jak myślisz jak Biała (z racji włosów tak na Nią mówiliśmy, bo "Ona" jakoś tak bezosobowo brzmiało (chociaż zawsze lepiej jak "To" ;D)) może mieć na imię?"
Ja, jak zawsze rozpoczynając konwersację od "Ej", odpowiedziałem mu:
"Ej... skąd mam wiedzieć?"
"No ale weź, strzelaj!"
"A co, ty wiesz? Skąd? Mam nadzieję że nie poszedłeś do Niej i nie..."
"Nie, no co ty?! Podsłuchałem trochę jak gadała z koleżanką :)"
Z zasady nie pochwalam takich działań, ale tym razem uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem:
"Monika."
Kumpel spojrzał na mnie, uśmiech zniknął z jego twarzy, po czym z właściwą sobie gracją odrzekł:
"A idź ty, k***a, w pizdu!"
Jako że, znając go już czas dłuższy bo ok. 10 lat, nie chciałem go prowokować do wymyślania jakichś ciekawych neologizmów na mój temat, powiedziałem tylko:
"Co...?"
"Wiedziałeś jak ma na imię i mi nie powiedziałeś?!"
"Co?"
"K***a..." (wtedy naprawdę zobaczyłem, jak on się sam zaangażował w tą historię)
"A co? Zgadłem?!"
"Taa, jasne, zgadłeś... Wiedziałeś już pewnie i..."
Dalsza część tej rozmowy nie jest istotna ani przeznaczona dla Waszych wrażliwych oczu. Najistotniejsze jest to, że spośród setek żeńskich imion wybrałem właśnie to! Monika. Hmm, Monika... Khm, fakt faktem, że jest to imię raczej popularne, ale mimo
wszystko - takich popularnych imion jest i tak całkiem sporo, a ja wybrałem to właściwe. Czy to nie piękne? :)
Czas mijał, a ja wiedziałem, że Ona, to znaczy Monika skończy naukę rok wcześniej ode mnie (no, chyba że by nie zdała, ale tego Jej nie życzyłem ;). Wreszcie skończyło się... I w tym momencie właściwy wydaje mi się cytat z textwalkera Zabójcy z Forum AM, komentarz do mojego tekstu z nru 69:
historia dobitnie pokazuje jak życie zapieprza i jak człowiek czasami potrafi spieprzyć sprawę. Po prostu niekiedy ludzie mają założoną blokadę na określone sytuacje i zaczynają rozumieć swoje błędy dopiero wtedy, kiedy jest za późno na ich naprawę. I zazwyczaj dzieje się to w sprawach sercowych... Masz rację, Zabójco.
Zapomniałem o Niej, przyznaję się, ale nie jest mi wstyd. Ratuje mnie egoizm, to dzięki niemu mogłem powiedzieć: "Niby dlaczego ja miałem podejść do Niej pierwszy?" W międzyczasie myślałem nawet, że
zakochałem się w pewnej dziewczynie, ale to był błąd i z perspektywy dnia dzisiejszego cieszę się, że nie rozwinęło się to "uczucie" w kolejny miłosny wyrób czekoladopodobny.
Minął rok. Skończyłem naukę w liceum, dostałem się na studia. Stoję na pekapie z jednym z moich współlokatorów. Zdążyłem już kupić bilet, mam ciężką torbę, na dworze wieje jak cholera, stoimy na dworcu i rozmawiamy. Po chwili skończył się nam wątek, miałem więc do wyboru dwie czynności: przeczytać regulamin zachowywania się na wypadek pożaru, albo się porozglądać. Po dwakroć dzięki Bogu, że wybrałem to drugie! Bo oto na godzinie drugiej, kilka metrów ode mnie siedzi Monika! No tak, siedzi... Ale co z tego, skoro gada z jakimś kolesiem? No nie podejdę przecież i nie powiem "Ju! Get de fakof!" (czyli w wolnym tłumaczeniu Mariusza Mixa Kolanko "Odejdź stąd!" ;) Raz, że to nie w moim stylu, a dwa że on był jakby ciut większy ode mnie ;) Tak więc pozostało mi stać i się na Nią ukradkiem pogapić. Niestety (a może na szczęście) przekonałem się tamtego dnia, jak trudno jest zrobić coś ukradkiem. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, na złe mi to nie wyszło, bo Monika uśmiechnęła się do mnie trzy czy cztery razy! Nie wyobrażacie sobie, jaki mogłem być wtedy szczęśliwy, że gówniany ze mnie Hitman, a Ninja to już w ogóle żaden. Dałem tego wyraz, kiedy podskoczyłem, gdy ktoś krzyknął głośno "UWAGA!". Ochłonąłem trochę, gdy dodał "Pociąg osobowy z Łukowa do Siedlec wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim." Uff, jeszcze się policzymy... ;) W każdym razie idę na ten peron, a wiedząc już że nie mam szans obejrzeć się ukradkiem, nawet nie próbuję się oglądać. Mam tylko nadzieję, że Monika wstanie z miejsca i wsiądzie do tego samego pociągu co ja. Po kilku minutach spędzonych na wietrze i pogawędce z kumplem na temat, czy "pociąg wjedzie na peron" oznacza rzeczywiście "pociąg wjedzie na peron", czy może "pociąg ma zamiar wjechać na peron, ale jeszcze nie jest do końca pewien", zobaczyłem Ją. Idzie z tym typem, on chce wziąć od
Niej torbę, słyszę jak Ona mówi, że nie trzeba, ale w końcu ulega. Jest jeden plus - nie trzymają się za ręce :) Odwróciłem się, żeby nie wzbudzać większych podejrzeń i gadam z kumplem, trochę jestem wkurzony, że straciłem Ją z oczu, ale cóż, myślę, pewnie zaraz mnie minie i znowu Ją zobaczę. Czekam i czekam, aż w końcu mówię do Marcina, którego już zdążyłem wtajemniczyć w całą sprawę: "Dobrze, że przynajmniej nie idą za ręce, tylko szkoda, że ten kolo niesie
Jej rzeczy..." Marcin się śmieje. Hmm, Marcin dość często się śmieje, ale tym razem był to jakiś taki jakby szatański śmiech z głębi piekieł. Ja się odwracam... a tu Ona! Ależ się wkur... zdenerwowałem na siebie! Ale trudno, za błędy trzeba płacić, najważniejsze że Monika stoi SAMA! Ten gość ani nie pocałował Jej na
dowidzenia (nie słyszałem przecież komiksowego "cmok"), ani - co jeszcze dziwniejsze - nie poczekał aż przyjedzie pociąg i się z nią czule nie pożegnał! Jeden wniosek - musiał być albo Jej kolegą, albo (Proszę! Błagam!) kimś z rodziny. Niestety, refleksja ta dotarła do mnie dopiero po zakończeniu podróży, dlatego
w pociągu Monika siedziała samotnie... A najgorsze było to, że nie zobaczyłem Jej wysiadającej z pociągu w Siedlcach, tak więc nie mogłem mieć względnej pewności,
czy nie wysiadła gdzieś po drodze, w jakiejś wiosce i że jeszcze kiedyś się spotkamy... Wtedy to po raz kolejny przyszedł mi do głowy ten intrygujący wyraz. Przeznaczenie. Zobaczymy.
Nie zapomniałem o Niej. Kilka razy odwracałem się na ulicy, w nadziei że niewysoka blondynka, która mnie właśnie minęła, a której twarzy nie zdążyłem zauważyć to Ona. Na próżno. Do czasu.
Jakiś czas temu :) Idę sobie na PRZEŁOŻONY, NIEOBOWIĄZKOWY wykład. Nie wiem, co mnie skłoniło żeby na niego pójść, nie będę Wam tu nawijał o jakimś wewnętrznym głosie czy innych pierdołach, po prostu poszedłem. No więc idę, rozglądam się dookoła niespokojnie, czy czołg jakiś na mnie nie jedzie (bo tymczasowy teren działalności mojego wydziału mieści się w byłych koszarach ;), patrzę - a w moim kierunku idzie Monika! (Przeznaczenie!) Kiedy opowiadałem znajomym, o tym co zrobiłem (a raczej czego nie zrobiłem), z lekka mnie sklęli, więc proszę, bądźcie delikatni. Nic nie zrobiłem! Nie mogłem nic zrobić, bo Ona szła z obstawą kilku koleżanek i kolegów! Nie umiem tak po prostu podejść do obcej mi (fizycznie) dziewczyny i z miejsca wyparować "Cześć, Piotrek jestem i od kilku lat na Ciebie
czyham. Umówimy się?" Z reguły jestem spontaniczną osobą i nie widzę trudności w rozmowie z kimś, kogo już trochę znam, ale... No właśnie, dziewczyny... Pomyślcie, jakby to było gdyby nieznajomy chłopak podszedł do Was i z miejsca powiedziałby, co do Was czuje. A czułby bardzo wiele... Nie wiem, może po prostu zżera mnie strach, że spotka mnie to samo, o czym pisał ZoltaR w "Znowu mijam ją na korytarzu".
Na tym jednak nie koniec, kilka tygodni później stała tuż za mną i kserowała książki za jeszcze niedotkniętą inflacją cenę 20 groszy. A ja stałem z
kumpelami i kumplami z roku, prawie cały czas tyłem do Niej i chciałem się jakoś pokazać. No to zaśpiewałem wespół z Aśką całą piosenkę z
"Animków" :) Nie wiem, czy zwróciła na mnie uwagę, ale mam nadzieję że tak, bo przynajmniej zobaczyłaby z czym może mieć ewentualnie do czynienia
;)
Ale na tym się, mili Państwo, historia nie kończy (mam nadzieję).
Jak się pewnie domyślacie, jeszcze jakiś czas temu chciałem chociaż
spróbować doprowadzić do sytuacji, w której zamiast pisać jakieś
bzdurne teksty, siedziałbym przy kominku z wybranką mego życia, lampką
dojrzałego beaujolais i fajeczką ;) Ale chwilę później postanowiłem
postawić wszystko, jak to się mówi, na jedną kartę. "Być albo
nie być" Przeznaczenia, "być albo nie być" moje...
Zamierzam sprawdzić, czy rzeczywiście MAM być z niewysoką blondynką
o niebywałym spojrzeniu.
Tak więc możecie nazywać mnie głupkiem, tchórzem, kim tylko zapragniecie (tylko mi tam nie przeginać! ;), ale możecie też podpowiedzieć mi, czy waszym zdaniem dobrze robię.
Z zasady nie jestem podatny na sugestie, ale naprawdę ciekawi mnie
Wasza opinia. Bo powiedzmy, że rzeczywiście Przeznaczenie istnieje i połączy mnie z Nią, choćby nawet Świętym
Węzłem Małżeńskim! Wtedy ok, nie mam nic przeciwko :) Widzicie, stoję przed o tyle trudnym wyborem, że do tej pory owo Przeznaczenie, czy też tylko przypadek,
doprowadziło mnie AŻ tutaj, więc z jednej strony wygląda na to, że mógłbym ufać mu nadal. Ale jeśli nie...? Jeśli sami musimy dokonywać nawet tych najtrudniejszych wyborów...?
Tak więc jeśli macie jakieś sugestie to piszcie, bo na razie zostawiam to tak, jak jest. Koniec przekazu.
Dopisek
z dn. 16.02. - Byłbym zapomniał napisać o jeszcze jednym, bodaj
nawet najważniejszym aspekcie! Bo wiecie, mnie sprawia ogromną
przyjemność samo patrzenie na Monikę. Mało tego, dotychczas chyba
tylko raz poczułem chęć podejścia do Niej i pogadania, zazwyczaj już
samo ujrzenie Jej sprawia, że czuję się w pełni... hmm,
usatysfakcjonowany :) Czy warto to psuć?
*Wszelkie skojarzenia z "Czy mnie jeszcze pamiętasz?" są jedynie wymysłem Waszych chorych wyobraźni ;)
|