Okoliczności, w których piszę ten tekst są niestety nad wyraz
nieprzyjemne. Otóż, za kilka godzin skończą mi się ferie, tak oczekiwane dwa
tygodnie przerwy od szkolnych katuszy. Przypuszczać należy, że ma to dość
wyraźny wpływ na stan mojego umysłu, więc w swych sądach zbyt obiektywny być
może nie będę. Mimo to pozwolę sobie na przedstawienie swojej opini na temat
ściśle z mymi feriami związany.
"Prawdziwa edukacja to podsycanie ognia, nie napełnianie naczynia."
Dzieci uczyć się nie lubią. Prawda to powszechnie znana i akceptowana, obecna w naszym społeczeństwie od kiedy tylko sięgam pamięcią. Przypuszczam nawet, że obecna jest ci ona u nas o wiele dłużej, bo od momentu, kiedy powszechna, obowiązkowa edukacja stała się czymś naturalnym i oczywistym. Mimo to nieśmiale przypominam sobie, że w początkowych okresach kształcenia, mój stosunek do szkoły nie był wcale taki negatywny. Doprawdy, czułem się nieco dziwnie, gdy dobre ciocie i wujkowie zewsząd mówili mi "No co, nie chce się chodzić do szkoły, prawda? No ale niedługo wakacje, na szczęście". Nic strasznego w szkole nie widziałem, a na wakacje czekałem tylko dlatego, że mogłem w tym okresie pospać nieco dłużej, a i wyjazd nad Bałtyk stawał się realniejszy. Koledzy postrzegali te sprawy nieco inaczej, bardziej przychylając się do stwierdzeń mojej starszorocznikowej familii. Skąd te różnice w naszych poglądach? Myślę, że spore znaczenie mają tu wysiłki, jakich szkoła od nas wymaga. Mnie nauka przychodziła łatwo, osiągałem dobre wyniki bez specjalnych poświęceń. Inni musieli na to pracować godzinami, nierzadko bez zbytnich efektów. Gdy ja biegałem po boisku za łaciatą piłką, niektórzy przyjaciele ślęczeli nad zeszytami, zmagając się z, dla mnie tak przecież łatwym, zadaniem domowym. W gruncie rzeczy, pójście do szkoły zmieniło w moim życiu relatywnie niewiele, jeśli spojrzę na innych swoich rówieśników. Dalej miałem wolne popołudnia, które mogłem wypełniać klockami Lego, futbolem czy kultowym już Pegasusem, grą telewizyjną, jak kiedyś to nazywaliśmy. Trochę inne wspomnienia mają zapewne ci, którym szkolne obowiązki nastręczały zgoła większe trudności. Gdy teraz o tym myślę, rozumiem skąd te powszechne, sceptyczne nastawienie do nauki. Gdybym i ja musiał zrezygnować z mych wielu dziecięcych przyjemności, myślałbym zapewne analogicznie.
I tak się w końcu stało. Sam nie wiem kiedy, sam nie wiem też pod wpływem czego, ale zmieniłem swoje nastawienie do szkoły. Gdy teraz, w niedzielne popołudnie, siedzę w fotelu myśląc o kolejnym, nadchodzącym tygodniu, na twarzy maluje mi się grymas niezadowolenia, co delikatnie odbija się na gładkiej tafli stojącego nieopodal, wyłączonego telewizora. Próbuję sobie odpowiedzieć, co jest źródłem tej zmiany frontu. Pracuję może więcej zgoda. W szkole siedzę coraz dłużej, co zabiera mi czas na czynności, które lubię i chcę wykonywać tu również poparcie. Ale jakoś mnie to zupełnie nie przekonuje. Nie mogę bowiem powiedzieć, że nie mam czasu dla siebie, że cały dzień wypełniony jest pracą. Ba, w gimnazjum skala mojego olewactwa osiągnęła wręcz apogeum, co bezpośrednio przełożyło się na fakt, iż wolnego czasu miałem prawieże na pęczki. Obawiam się, że przyczyna zmiany moich poglądów jest trochę mniej prozaiczna.
Co by nie mówić, materiałowi przekazywanemu w pierwszej klasie szkoły podstawowej nie można odmówić przydatności w dalszym życiu. Pisanie, czytanie i dodawanie w zakresie 50 jest bowiem umiejętnością co najmniej pożądaną, nawet u przedstawicieli zawodów zdecydowanie nie wolnomyślicielskich, jak choćby konserwator powierzchni płaskich.
Cóż nam bowiem po tym, że opuścimy mury szkolne pamietając (albo i nie) jakże ważny element nauk biologicznych, jakim zapewne jest przebieg cyklu Krebsa, skoro równocześnie nie będziemy mieli pojęcia, czy stojące przed nami drzewo to olcha, czy może buk? Cóż z tego, że dowiemy się, iż Sudety to góry zrębowe, jeśli na zimową w nie wyprawę wyruszymy bez koniecznego ekwipunku? Nic (to też chyba zaimek). I to jest właśnie powód, dla którego szkoły obecnie nie lubię. Tak często żąda od nas wysiłków, w zamian dając rzeczy zupełnie bezużyteczne, śmieci.
I niby ma się to zmienić, jak szumnie zapowiadają ministry. Skończyć ma się pamięciówa, dzieci i młodzież ma się uczyć rzeczy przydatnych i przyjemnych. Faktów na pamięć znać raczej nie trzeba, za wyjątkiem tych naprawdę ważnych, istotniejsza jest umiejętność ich znalezienia, gdy nadejdzie taka potrzeba. Brzmi pięknie, ale jak na razie efektów nie widać. Nie mi to może oceniać, bo szkoła do której uczęszczam należy do dość specyficznych, ale nawet z relacji kolegów, chodzących do placówek już zdecydowanie typowych, nie widzę żadnej poprawy. Program. Jedno żelazne słowo, a decyduje o tak wielu sprawach. Naprawdę rzadko zdarza się nauczyciel, który chce i odważy się program zarzucić i uczyć podopiecznych tego, co jest naprawdę przydatne. Próżno szukać w polskich szkołach Johna Keatinga z powieści Nancy Kleinbaum. Zdarzają się wyjątki, mam szczęście zaliczać do nich swojego fizyka, ale to ziarnko piasku wśród rozległej plaży.
Najsmutniejsze jest to, że nie mam pojęcia co z tym tak właściwie zrobić. Można zmieniać programy, wytyczne, ale mam poważne obawy, że będzie to ucieczka z deszczu pod rynnę.