Chwalebne wysiłki dostawców Poczty Polskiej
Niedawno odkryłem kolejny cud świata - sklepy wysyłkowe. Z urozmaiconą ofertą, z cenami na przystępnym poziomie, z możliwością sprowadzenia rzadkich produktów stanowią istny raj, jeśli akurat ma się trochę grosza. A właściwie stanowiłyby raj, gdyby nie problemy z dostawą, które zdarzają się w moim przypadku częściej niż niewypały w polskiej produkcji filmowej.
Moje przygody z Pocztą Polską wystarczyłyby do napisania pełnej emocji, nagłych zwrotów akcji, ale i brzydkich słów powieści, przeto staram się jak mogę unikać kontaktu z tą instytucją. Zazwyczaj korzystam z usług firm kurierskich, ostatnio tylko coś mnie tknęło i wybrałem PP. I - oczywiście - poczta znów nie wywiązała się z umowy.
Umowa polegała na dostarczeniu niewielkiej przesyłki z Katowic do Sosnowca (czyli na odległość dwóch rzutów beretem). Paczka, oczywiście, pochodziła ze sklepu internetowego, a dojść miała priorytetem, bo dusza ze mnie niespokojna, czekać nie lubię, to i skory jestem te parę groszy więcej zapłacić. Wszelki rozsądek podpowiada, że na tak niewielkim dystansie (z miasta do miasta jedzie się 15-20 minut samochodem), przesyłka powinna dojść następnego dnia. Nie doszła. Nie doszła też kolejnego, ale to jeszcze jestem w stanie zrozumieć - nowy rok się zbliżał, a człowiek nie wielbłąd i ma lepsze rzeczy do roboty niż noszenie poczty. Ale żeby po pięciu dniach przesyłka z Katowic nawet nie dotarła na pocztę w Sosnowcu, to już się nie mieści w granicach logicznego rozumowania. Przecież to sąsiadujące miasta! Grymas zniecierpliwienia wykwitł na mej twarzy.
Pani w okienku paczkowym w oddziale poczty, do którego się w końcu pofatygowałem, powiedziała, że niestety, ale paczka nie dotarła, gdyż były święta i bardzo trudne warunki. Nie chciała natomiast odpowiedzieć, czy wciąż będę musiał zapłacić jak za priorytet - bo przecież wraz z przekroczeniem terminu dostawy, automatycznie przesyłka traci status priorytetu. Za to ponownie napomknęła o trudnych warunkach. No cóż - śnieg w zimie to faktycznie niespodziewana katastrofa ekologiczna, ale nie o rozmiarach, które mogłyby tłumaczyć tak duże opóźnienie w dostarczeniu czegokolwiek do miejsca oddalonego o 15 (słownie: piętnaście) kilometrów.
Po napisaniu e-maila (bez odpowiedzi) i obdzwonieniu infolinii PP z niemałym zdziwieniem dowiedziałem się, że nie istnieje w ramach Urzędu Pocztowego absolutnie żaden sposób kontroli przesyłek. To znaczy, że mogą one iść z Katowic do Sosnowca przez Azerbejdżan, a nikt na poczcie nie będzie miał o tym pojęcia. System komputerowy bowiem miał być i może nawet będzie, i jeśli się pospieszą to nawet przed grudniem. Ale jak na tę chwilę - jeśli przesyłka opuści ręce nadawcy, jej dalsza droga jest równie tajemnicza jak ta do El Dorado. I chyba tylko od wspaniałomyślności pocztowców zależy, czy nic nigdzie nie zniknie, bo przecież bardzo łatwo przesyłkę gdzieś "przypadkowo" zgubić. Z infolinii dowiedziałem się jeszcze, że o takie szczegóły powinienem pytać w swoim urzędzie pocztowym.
Bogatszy o te informacje umówiłem się z człowiekiem ze sklepu, że po raz ostatni sprawdzę, czy paczka nie dotarła na pocztę, a jeśli okaże się że nie, wtedy przedstawiciel sklepu złoży reklamacje. Bo, co jest nieco nielogiczne, tylko nadawca może zgłosić reklamacje w przypadku niedostarczenia przesyłki. Musi to zrobić osobiście w oddziale poczty.
Dostałem od sprzedawcy szczegółowe informacje - numer przesyłki i urzędu, z którego została nadana - i za radą pani z infolinii poszedłem popytać na poczcie. Pani z okienka przypomniała mi o bardzo ciężkich warunkach, po czym z rozbrajającą szczerością wyznała, że numer zlecenia nic tu nie pomoże, bo to nie poczta, a firmy prywatne rozwożą paczki, a moja znajduje się właśnie w ich rękach. Jaka to firma? Któż to może wiedzieć...
W tym momencie wyszedłem z siebie i stanąłem obok. Skoro zleca się coś Poczcie Polskiej, to w interesie Poczty Polskiej powinno leżeć zadbanie o wykonanie umowy. I naprawdę niewiele mnie wówczas obchodzi, kto zawinił, tym bardziej że warunki drogowe od dłuższego czasu były co najmniej dobre. Nie interesuje mnie, dlaczego tak trudno przejechać te piętnaście kilometrów w niecały tydzień. Gdybym wiedział, jak ślamazarnie się to wszystko odbędzie, osobiście pofatygowałbym się do siedziby sklepu! Toż to nieco ponad pół godziny autobusem!
Opanowałem się z niemałą trudnością i zapytałem znów, czy w takim razie wciąż będę musiał zapłacić jak za priorytet. Odpowiedź: "to nie my dostarczamy paczki, robią to firmy prywatne". W tym momencie brakło mi słów, ręce opadły, słuch się stępił. Żenada w wykonaniu PP.
W chwili, kiedy piszę te słowa, paczki jak nie było, tak nie ma. Przyszła za to odpowiedź na mail, w której, oprócz urzędowego bełkotu, znajdują się trzy ważne zdania:
"Termin przebiegu i doręczania przesyłek priorytetowych jest terminem
deklaratywnym."
"Terminy doręczania przesyłek są terminami szacunkowymi oraz standardami
jakościowymi, do jakich Poczta Polska dąży."
"W związku z powyższym nie przysługuje zwrot za opóźnione doręczenie
przesyłki powszechnej."
Co z tego wynika? Po pierwsze: PP może zadeklarować, że dostarczy coś nawet w ułamku sekundy, ale to i tak bez znaczenia, bo przesyłka może iść dwa lata i nikt nie ma prawa mieć pretensji. Po drugie: mogę zapłacić za doręczenie ekspresowe i nawet jeśli ekspres potrwa dwa lata, nie przysługuje mi zwrot pieniędzy.
To bardzo miłe, że Poczta Polska ma duże ambicje i dąży do wysokich standardów. Miłe, dopóki nie oznacza bezkarnego oszukiwania klienta.
military
Dopisane po dwóch tygodniach:
Przesyłka doszła. Poczcie zajęło ponad 2 tygodnie dostarczenie jej z miasta do miasta. Wcześniej zdążyłem nabyć zamówiony artykuł osobiście pojawiając się w siedzibie sklepu. Paczki nie odebrałem, ponieważ zacna PePe wciąż liczyła sobie za nią 9.40 PLN...