a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a |
|
Pushing Me Away
Sumienie
nie powstrzymuje od grzechów, przeszkadza tylko cieszyć się
nimi. Jean Coctean.
| . |
 |
"A witam, witam. To ja jestem Radek - ale od razu
zaznaczam, że przyszedłem tu tylko ze względu na moją matkę.
Zresztą..." Urwał, gdy tylko skinieniem wskazałem mu krzesło.
Usiadł. Patrzył niepewnie. Marzył, żeby mieć mnie już z głowy.
Chciał wypróżnić się ze mnie jeszcze dzisiaj, teraz. Pozbyć się
oparzeń po prawdzie. Takiej bolesnej, wiesz - tej, co to przypomina
światło, co odsłania prawdziwy stan rzeczy... Tej, co (gdy jesteś
długo z dala od niej) z początku razi w oczy, z początku boli...
Tylko jak zacząć? Zaskoczyć go - nie, bo potraktuje mnie jak
jakiegoś wsiowego kaznodzieję... Pojechać po ambicji - nie, to też
odpada - gotów wyjść, a wtedy zaprzepaszczę szansę "oświetlenia"
chłopaka... Heh - czy mój pokój to takie duchowe solarium? Nie,
zaraz - to musi być coś mądrego, coś przemyślanego... Nie mogłem
dłużej czekać. Powiedziałem: "Wiesz Radek - tak szczerze, to ja mam
to w dupie. I tak mi nie płacą za takie gadki, ty też przyszedłeś tu
tylko po to, żeby Ci matka dała więcej luzu... Umówmy się tak: po
prostu powiem, co mam do powiedzenia, ty tego wysłuchasz i tyle -
sam zrobisz z tym dalej, co zechcesz...". No to miałem wejście
ćwierćinteligenta... Chłopak tępo wpatrywał się w ścianę, aczkolwiek
wyczuwałem ledwo zawiązaną nić niemego, niewerbalnego porozumienia.
Dlaczego bardziej przypomina mi to ideowy freestyle, takie
żonglowanie doktrynami, niż ratowanie jego cennej duszy? Skup się,
pieprzona karykaturo proroka. Kontynuowałem: "Też byłem gejem. Wiem,
jak to jest. I będę z Tobą szczery, powiem Ci jak było. No wiesz -
bez tego całego wychowawczego crapu, bez tego wsiowego
duszpasterstwa..."
Spojrzał na mnie. Ciągnąłem:
"Wiesz, u mnie to się zdarzyło jakoś przypadkiem. Miałem wtedy
trzynaście lat. Byłem jedynakiem, rodzice pracowali, więc całe
popołudnia spędzałem sam w mieszkaniu. Codziennie wracałem po szkole
do domu z kluczem zawieszonym na szyi... Wkrótce zacząłem zapraszać
do siebie jednego kumpla z podwórka. Z początku graliśmy razem na
konsoli, słuchaliśmy muzyki, odrabialiśmy lekcje... Aż pewnego dnia
on przyniósł kasetę z filmem "dla dorosłych". Obydwaj z wypiekami na
twarzy obejrzeliśmy go, a wkrótce udało nam się załatwić kilka
innych, podobnych produkcji... Oglądając masturbowaliśmy się. Pod
wpływem filmu wkrótce zaczęliśmy "pomagać" sobie wzajemnie podczas
oglądania... Niby nic wielkiego się nie stało, w końcu wielu ludzi
ma w dzieciństwie jakieś tam kontakty fizyczne z tą samą płcią
(zwłaszcza dziewczęta), na jakiś obozach, koloniach, czy pod
namiotami... A ja za młody byłem wtedy, żeby zrozumieć powagę tego,
co zrobiliśmy. Nie byłem nawet zdolny do ogarnięcia sytuacji, nie
umiałem jeszcze wówczas kontrolować tego popędu...
Robiliśmy to z przerwami przez
kilka miesięcy... Rodzice nawet się nie domyślali. Byliśmy już na
stałe uzależnieni od pornografii... Cały akt płciowy sprowadzaliśmy
do naskórkowych doznań. A potem, jakoś tak w lecie on się
przeprowadził... Zresztą nigdy potem (do dziś) go nie spotkałem... W
wieku siedemnastu lat miałem pierwszy kontakt płciowy z dziewczyną.
Zawiodłem się. Nie była w ogóle przydatna, jeśli wiesz co chcę
powiedzieć... Tylko by się całowała i przytulała. Właściwie zmusiłem
ją, żeby zrobiła dokładnie to, czego chciałem. Płakała po wszystkim.
Widzisz - dziś wiem, że ją skrzywdziłem - dziś wiem, jak wypaczone
miałem wówczas pojęcie o seksie (słowa "miłość" nawet nie ośmielę
się użyć). Po tym incydencie znalazłem sponsora z moich okolic
(przez internet), no wiesz oferta z załączonym zdjęciem (zdjęciem -
heh - raczej ze sfotografowaną erekcją). Mój partner opłacał mnie
regularnie. Wraz z pełnoletnością postanowiłem dłużej tego nie
ukrywać. Przynajmniej w rodzinie. Powiedziałem to nagle, ot tak
sobie - ale matka przez trzy dni była w szoku. Ojciec nie powiedział
nic. Przeprowadziłem się do mieszkania, za które płacił mój sponsor.
I tak sobie tkwiłem w tym grzechu, a nawet dumny byłem z niego.
Śmiałem się z ludzi, którzy na dźwięk wyrazu "gej" nagle milknęli.
Tłumaczyłem sobie wówczas, że taki po prostu się urodziłem. Taką mam
naturę. Radek - patrz na mnie - ty jesteś teraz na tym właśnie
etapie... Słuchaj - przyszedłeś tu dziś do mnie, bo obiecałeś to
swojej matce. Ona liczy, że gdy usłyszysz moją historię, to sam
zaczniesz myśleć. Wiesz co? Ja też mam taką nadzieję. Opowiem Ci
teraz jak to się stało, że zmieniłem to w sobie, że uznałem swoją
grzeszność, że zmartwychwstałem...
To ponownie można by uznać za
przypadek. Jakoś tak akurat zepsuł mi się komp. Porządkując półki z
książkami natrafiłem na biblię, którą podrzucia mi matka tuż przed
przeprowadzką. Myślę: poczytam z nudów. Oderwałem się od lektury po
dwudziestej trzeciej. Jasne, że to nie przyszło od razu, ale powoli
dostrzegałem karykaturalność mojego życia. I głębię mego grzechu.
Ale od czytania do zmiany trybu życia jest daleka droga. Minął
miesiąc. Nieraz zagłębiałem się w pawłowy "Hymn o miłości", by po
godzinie bawić się członkiem mojego sponsora i udawać jak mi z tym
dobrze i do twarzy... Brzydziłem się siebie. Był we mnie lęk. Nie
mogłem spać. Kolejne trzy dni walczyłem ze sobą. Zapierałem się
rękami i nogami, ale chciałem pójść w stronę przedziwnego światła.
Aż kiedyś nie wytrzymałem. Zapłakałem. Prawdziwymi łzami. Otwarłem
wówczas na chybił trafił biblię i przeczytałem: "Wiem przecież, że
Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę
grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego co
chcę, ale to czego nienawidzę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę,
to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to
czynię, ale mieszkający we mnie grzech". Nie będę Cię zanudzał,
Radek. Powiem Ci tylko, że jeszcze tego samego dnia byłem w
spowiedzi, zapisałem się na test HIV, wróciłem do rodzinnego domu,
napisałem maila do sponsora. Jasne, że ciężko mi było wrócić do
normalności. Ale miałem tą motywację, to przedziwne wsparcie z góry.
A co najważniejsze - zniknął lęk. Pojawiła się radość. Zrozumiałem,
że zaspakajanie najróżniejszych, choćby najbardziej chorych pragnień
nigdy nie da Ci tego, co eliminacja ich. Ciężko ująć to w słowa.
Gdybym mógł, to wtłoczyłbym w Ciebie tą energię, dokonał transfuzji
siły woli, transplantacji sumienia. Ale wiem, że to niemożliwe...
Jeszcze tylko dwie kwestie
poruszę Radek i kończę - obiecuję. Po pierwsze: moja matka. Po
latach myślę, że ten lęk, który odczuwałem w sobie, to poczucie winy
- to jej sprawka. Wiesz, co znaczy słowo "gay"? Pierwotne znaczenie
to: "wesoły". Tymczasem jest dokładnie na odwrót! Bo gdy tak żyjesz,
to odczuwasz lęk - jest w Tobie, choć może nie chcesz się do niego
przyznać... I zagłuszasz go w sobie, ale on tam siedzi - tkwi w
Twoim umyśle jak drzazga. To właśnie za sprawą tego podświadomego,
podprogowego lęku homoseksualiści pragną, łakną uznania tego jak
żyją za coś naturalnego. Stąd potrzeba wszelakich demonstracji,
parad równości. To trochę tak, jak z pójściem na wagary. Czyn ten
sam w sobie jest złem. Możesz pójść na nie samemu, ale wiesz, że
będziesz mieć przechlapane w dzień rozliczeń... Dlatego usiłujesz
wyciągnąć jak najwięcej osób ze sobą - a najlepiej całą klasę. Gdyby
Ci się to udało, to paradoksalnie - mimo, że Twoja wina jest teraz
większa - poczułbyś się lepiej. To dlatego będąc homoseksualistą
chcę uznania przez Ciebie, że nie robię nic złego. Że to kwestia
tolerancji. Radek - proszę Cię o jedno: nigdy nie mów drugiemu
homoseksualiście, że to co robi nie jest wcale złem. Wyrządzasz mu
krzywdę. Powiedz raczej: "Żyjesz tak? No to luz, zdarza się - nie
wymagaj jednak, abym uznał to za coś zupełnie naturalnego, abym
powiedział, że to nie grzech, abym oddał Ci na wychowanie małe
dziecko bez obaw o jego zdrowie psychiczne". Dziękuję mojej matce,
że nie pozwoliła całkowicie zagłuszyć mojego poczucia winy. Zadawała
mi ból, pielęgnując mnie tym cierpieniem! To tak jakbym był oparzony
przez światło jej Prawdy. Zmieniała mi opatrunki na naskórku
sumienia, aby mogło się w przyszłości zrekonstruować. Zrywała te
opatrunki wraz z płatami zgniłej, zgorzelowatej skóry przyklejonymi
do bandaża... Zadawała mi straszliwy ból ["Dlaczego mamo? Dlaczego
nie możesz po prostu zaakceptować tego, że TAKI jestem? Pogódź się z
tym - cały świat jakoś może, dlaczego tylko TY nie?"]. Dziś dziękuję
Bogu, że nigdy tego nie zaakceptowała... Bo ten ból odrzucenia przez
najbiższą mi istotę - przez matkę - przyczynił się do mojej
rezurekcji. Radek: nie miej pretensji do swojej matki, że nie chce
zaakceptować Twego grzechu. Radek - ona Cię kocha..."
Trząsł się cały, ale nie
powiedział słowa. Widać, trzeba mu czasu. Wstał, odwrócił się na
pięcie i wyszedł... Nie trzasnął drzwiami...
aNomaLy
PS. Uprzedzając mailowe pytania:
historia jest FIKCYJNA. To tylko maska literacka, którą posłużyłem
się dla ukazania moich poglądów na temat homoseksualizmu. Jeżeli
ktoś poczuł się urażony tym artem - przepraszam, nie było to moim
celem. Swoich poglądów jednak nigdy nie będę się wstydził i gotów
jestem do ich obrony...
| |
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m
a |