|
Kiedyś zostałem wyśmiany przez Phnoma za
propagowanie tej teorii via mail. Kilka osób odesłało mi maila, że jestem
spamerem, naiwniakiem i szukam sensacji. Trochę mnie zaskoczyli, bo
podawałem witrynę, która mnie, człowieka trzeźwego, przekonała, sądziłem
zatem, że z innymi zrobi to samo.
Krzyczałem mianowicie, że w sprawie 11. września amerykański rząd nas
wszystkich, za stodołą i na stojąco, dyma bez mydła.
Rankiem 11. września na wysokich piętrach budynków WTC wylądowały dwa
Boeingi. Podobna przygoda przytrafiła się Departamentowi Obrony USA, czyli
Pentagonowi. Uprowadzone z lotniska American Airlines samoloty sterowali
bin ladenowi lunatycy - tak brzmi wygodna dla ludzi wersja. Jaka jest
prawdziwa?
Zacznę od Pentagonu. Podobno katastroficznego dnia stuknął w niego samolot
Boeing 757 o prawie 40. metrowej rozpiętości skrzydeł. Dla każdego
oczywiste jest, że w takim razie uderzenie takiej maszyny w budynek
pozostawi dziurkę o większych od niej rozmiarach, bo takie są prawa
fizyki. Jednak tutaj nie wszystko było jak należy - otwór po tym "ataku"
miał średnicę... od 4. do 5. metrów, nie rozwalając przy tym... frontowej
ściany! Powtarzam: frontowej ściany.
Po wybuchu, kiedy opanowano niewielki, jak na płonący pasażerowiec, pożar,
okazało się, że brakuje a) fragmentów konstrukcji samolociku, b) kół, c)
silników, d) foteli, e) pasażerskich bagaży, f) i samych rozszczątkowanych
pasażerów. Taka maszyna waży ok. 60. ton. Nie uważacie, że ktoś powinien
głośno zadać pytanie, gdzie się podziało 60 ton złomu?
32 tysięcy litrów. Czego? Paliwa. Tyle właśnie miał w skrzydłach ten
rzekomy Boeing. Przyjrzyjcie się zdjęciom Pentagonu tuż po zamachu.
Dlaczego tak wielki koktajl mołotowa nie pozostawił wkoło siebie pełno
spalenizny, a jego wybuch był taki tyci, jak na te kilkadziesiąt tys.
litrów? Mały replay - 4-5 metrowa dziurka w budynku, plus jedynie
uszkodzona frontowa ściana. 32 tysiaki buchających litrów benzyny. Dziwny
arytmetyczny kontrast, nie?
W kilka dni po akcji Departament Obrony pozwolił opublikować pięć
stop-klatek pokazujących moment zamachu. Pięć zdjęć z najbardziej
strzeżonego gmachu Stanów Zjednoczonych, gdzie od kamer aż się roi. Ale to
wystarczyło. Pierwszy kadr ukazuje maszynę powodującą wybuch. Gdzie jest
haczyk? Przesłaniała ją skrzynka na listy... Tak, skrzynka na listy. A
Boeingi mają... ile?... 40 metrów rozpiętości.
Tajemniczy obiekt, kształtem przypominający orkę, która zostawiała za sobą
smugę białych spalin. Tego śladu nie mógł zostawić samolot, gdyż robi to
dopiero na wielkich wysokościach, gdzie zachodzi przekształcenie pary
wodnej w małe lodowe kryształki. Wie to każdy, kto widział
lądujący/startujący samolot.
Jeżeli przyjąć tę teorię, a jest ona bardziej prawdopodobna od oficjalnej,
to była to napędzana na powietrze i węglowodór rakieta, bo tylko ona
zostawia za sobą spalinowy ślaczek na takiej wysokości. Wspomniany kształt
i napęd takiej rakiety znawcom takich zabawek kojarzy się z Global Hawkiem
- zdalnie sterowanym amerykańskim samolotem szpiegowskim. Potwierdzenie -
trawę przed Pentagonem zasyfiły szczątki idealnie do niego pasujące. I
jeszcze jedno - do lutego 2002r. stworzono sześć takich rakiet (po 10
milionów zielonych każda!). Podobno dwóch sztuk użyto i utracono w
dywersjach. Nie wiadomo tylko, jakich.
I na koniec podkreślić należy jedno. W Pentagonie tyrało w tym dniu 20.
tysięcy ludzi. Bilans tego "ataku" w ofiarach przedstawia się następująco:
0 (zero) ofiar śmiertelnych. Szczęście godne miana cudu?
Teraz pod mikroskop wezmę World Trace Center.
11. września oczy ludzkości skierowane zostały na Nowy Jork. Ludzie
płakali, pękali od przerażenia, wzruszenia i rwali się do poznania urwisa,
który tak nabroił. Być może właśnie dlatego nie zauważali niedociągnięć w
zeznaniach rządu?
Zanim samolot sieknął drugą wieżę, kamera dość wyraźnie zarejestrowała
prawą stronę spodu kadłuba (u nasady skrzydeł). Właśnie tam przymocowany
był kilkumetrowej długości podłużny kształt! Mimo pytania, co to było, nie
ma wątpliwości, że terroryści nie mieli możliwości skrytego przymocowania
tego na lotnisku. Wiele okoliczności wskazuje, że w powietrzu też nie.
Drugim pikusiem jest błysk na ścianie budynku po prawej stronie samolotu,
co wyraźnie widać na stop-klatce. Możliwość odbicia promieni słonecznych
został wykluczony - scena została zarejestrowana pod różnymi kątami z
różnych miejsc, a błysk jest taki sam. To samo uwieczniła pierwsza,
amatorska kamera, która filmowała uderzenie pierwszego samolotu.
Kwestia krachu wież. Oficjalnie wiadomo, iż zawaliły się one nie pod
wpływem samego uderzenia, a stopienia metalowych konstrukcji pod wpływem
ognia. Tu również jest babol, ponieważ zasięg drugiego wybuchu nie przebił
wielkości jednego piętra. A w pierwszym budynku kamery z helikopterów
pokazały dwie żywe osoby, stojące w otworze po Boeingu. I nie jest to
złudzenie. Pierwsza postać - ubrana w białe spodnie kobieta o rudych
włosach, spoglądająca w dół. Piętro wyżej, za okienną szybą stoi facet. Te
dwie osoby są świadectwem, że pożar wcale nie był tak wielki i intensywny.
Nie zna się także przypadku zawalenia stalowej konstrukcji nawet po
kilkudniowym pożarze.
Sprawa gospodarcza. WTC jako federalna własność rządu USA trzy miesiące
przed zadymą został wydzierżawiony na nazwisko Larry Silverstein,
wpływowego handlowca na globalnym rynku nieruchomości. Wybulił okrągłe 3,2
miliardy ziela. Pierwsza rata wynosiła 616 milionów, następne miały być po
115. Po 11. września okazało się, iż ponoć ubezpieczenie wynosiło skromne
7,2 miliardy dolców. To się nazywa robić interesy...
Dochodzi do tego problem z eternitem - warstwą ochronną stalowych
elementów budowy. Minęło trzydzieści lat od jego zastosowania, co równało
się z wydzielaniem rakotwórczych oparów. By się tego pozbyć, trzeba było
zainwestować 200 milionów zielonych, bo budynki na ten czas winny być
wyprane z pracujących tam ludzi, a było ich koło 20. tysięcy, więc nie
bardzo było gdzie. Był to cholernie kosztowny mankament, nawet dla
Silversteina.
Dochodzimy do końca. Parę ciekawostek.
Po huknięciu pierwszego samolotu w budynek TV Fox News na żywo
przeprowadziło rozmowę ze świadkiem zdarzenia. Mark Burnback, bo tak się
nazywał, relacjonował, że widział samolot, który pozbawiony był okien, a
na przedzie kadłuba miał wielkie niebieskie logo, czyli zupełnie inne od
American Airlines! Była to pierwsza i ostatnia taka relacja...
Objechany zewsząd Dablju Bush wspomina ten dzień:
- Kiedy wszedłem do klasy (w której był podczas akcji - dop.),
widziałem na telewizorze, jak samolot uderza w pierwszą wieżę. Pomyślałem,
że to był błąd pilota.
W tym momencie kochany prezydent spieprzył podwójnie, bo w klasie nie było
telewizora. Również relacji na żywo z pierwszego stuknięcia samolotu nie
było! Nagrał to - przypadkiem - na amatorskiej kamerze tylko strażak z
Manhattanu! Oupss...
Trzynaście dni po zdarzeniu Condoleezza Rice publicznie powiedziała, że ma
w kieszeni dowody udziału w tym bałaganie sławetnego bin Ladena i że
niedługo je pokaże.
Do dziś tego nie zrobiła.
Niechcący cytat Donalda Rumsfelda:
- Ludzie, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone w Nowym Jorku, zostali
zestrzeleni w samolocie nad Pensylwanią.
Dla niewtajemniczonych: wersja oficjalna głosiła błąd pilotażu,
spowodowanego prawdopodobnie buntem zakładników na pokładzie.
Mówiono o wielkich staraniach ekipy dochodzeniowej, mającej w trzy miga
znaleźć mózg zamachu. Gówno prawda. Raport FEMA z 2002 r. (dot. zamachów)
kosztował 600 tysięcy bagsów. Dużo? W sprawie promu Columbia przewalono 50
milionów, natomiast afera clintonowej stażystki pochłonęła 40 milionów!
Wychodzi na to, że drut Clintona był ważniejszy niż wszystkie ofiary WTC.
Tego typu ciekawostki nie są wytworem maniakalnych poszukiwaczy teorii
spiskowych. To prawdziwe i rzetelnie udokumentowane dowody!
Wniosek końcowy zmusza do strachu. Prawdziwy boss zamachu z 11. września
2001 roku najprawdopodobniej jest na wolności...
Teraz możecie już kliknąć na Outlooka i przejechać po mnie ostrą krytyką i
pobłażliwym śmiechem. Droga wolna. Ale możecie też kliknąć na Google.pl i
poszukać, pooglądać, poczytać komentarze, zwrócić uwagę na zdjęcia, potem
wyciągnąć wnioski.
Pamiętam moją pierwszą reakcję, gdy dowiedziałem się o tym. Zespamowałem
3/4 mojej listy mailingowej, zyskując opinię spamera. Nikt nie wziął na
tego na poważnie, za bardzo zajęci byli konstruowaniem wrzut pod moim
adresem. Teraz ponownie nadstawiam klatę, by przyjąć na nią Wasze
komentarze.
Szczerze wierzę, że nasza cywilizacja buduje się na spirali kłamstw, ściem
i przekrętów na skalę światową. Żadne państwo nie może istnieć bez
tajemnic, każdy ma coś do ukrycia. A, jak widać, Amerykanie trochę za
mocno się w tym rozhuśtali.
Ja szczerze w to wierzę. Bush ojebał swoich obywateli na wyborach -
dlaczego nie miałby kontynuować swojego kłamstwa?
Widziałem te zdjęcia, oglądałem stop-klatki, filmy. I jeżeli to wszystko,
co napisałem, jest prawdą, to "Fahrenheit 9.11" był tylko niewinnym
przedsionkiem bolesnej prawdy. |