‘Wiara’ a ‘religia’

 

                Podczas lektury styczniowego AM natrafiłem na artykuł Dhampirzycy Chaosu pod tytułem „Tolerancja”. Nie, nie będę tu z nim polemizował, bo z poglądami autorki zgadzam się w 99% (zostawiam sobie margines, bo wiadomo, że nikt nie myśli dokładnie tak samo jak inna osoba). Jednak pewne słowa z tego tekstu kazały mi się nieco pozastanawiać nad klasyfikacją swojego (i nie tylko zapewne) podejścia do spraw wiary. Efektem tych przemyśleń jest ten tekst.

 

            Autorka wyżej wymienionego artykułu mówi o ateistach, ich postawie wobec Boga i Kościoła. Zaraz, zaraz, wróć... Czy to, że nie chodzę do kościoła czyni ze mnie ateistę? Sprawdźmy najpierw znaczenie tego słowa – „ateista” to człowiek, który nie uznaje istnienia Boga ani żadnego podobnego mu bytu nadprzyrodzonego. Jako kolejny krok podajmy przykład (posłużę się swoją własną osobą, coby nie być posądzonym o fabrykowanie dowodów) – człowiek nie uczęszczający na nabożeństwa, nie modlący się według przepisanych formuł, ale mimo to wierzący w Boga i rozmawiający z nim na swój sposób. Coś nie gra? A owszem. Więc dlaczego ja (i ludzie mi podobni, a tacy istnieją, wiem z doświadczenia) jesteśmy klasyfikowani (nie tylko przez autorkę wspomnianego tekstu!) jako ‘ateiści’?

 

            Cóż, podstawową sprawą w rozwikłaniu tej sytuacji jest rozróżnienie słów ‘wiara’ i ‘religia’, które ostatnio (a już szczególnie w mediach) są z wielkim upodobaniem używane jako synonimy. Błąd! „Wiara” to coś, co trudno określić – można wierzyć w to że jutro spadnie deszcz, ale można też wierzyć w Boga. Wierzyć, że On istnieje. „Wierzyć” dla mnie znaczy „ufać”, „być pewnym czegoś mimo braku dowodów”. A czym jest ateizm? To wiara że żaden bóg nie istnieje. A skoro ktoś wierzy w Boga (jak ja), to nie jest ateistą. Dobra, ale w takim razie co z takimi ludźmi? Otóż oni odrzucają ‘religię’ – czyli formę, jaką człowiek nadał wierze... I nic więcej!

 

            Ktoś zaraz wyskoczy pewnie z tekstem w stylu – „Tak! Wygodnisie! Nie chce się wam do kościoła chodzić, toście sobie teorię dorobili do waszych herezji!”. Otóż nie takie są moje motywy. Dlaczego więc nie jestem „dobrym katolikiem”?

 

            Nie chodzę do kościoła, ponieważ moje sumienie mówi mi, że to bez sensu. Moje sumienie nie doznaje ukojenia podczas rozmowy z kapłanem za kratką, moja dusza nie czuje się przepełniona Duchem gdy przyjmuję komunię. Ja sam nie jestem w stanie rozmawiać z Bogiem za pomocą przepisanych formuł. Więc po co mam chodzić na nabożeństwo? Po co mam znajdować się w miejscu, do którego nie jestem przez Stwórcę przeznaczony? Czy nie zaprzeczałbym w ten sposób planom Boga w stosunku do siebie?

 

            Nie, nie mam Boga ‘gdzieś’ (gdziekolwiek by to było). Wręcz przeciwnie. Staram się samym swoim życiem pokazać, że jestem Go godzien, że jestem dobrym człowiekiem i wierzę, że właśnie to może zapewnić mi zbawienie. Bóg jest wszędzie, nie tylko w świątyniach. Nie muszę tam iść, by z nim rozmawiać. I chcę to robić swoimi słowami, a nie za pomocą ustalonych modlitw, które nie pozwolą mi tego wszystkiego powiedzieć odpowiednio...

 

            Sądzę, że każdy z Was potrafi dopowiedzieć sobie konkluzję mojego wywodu sam, więc ograniczę się do jej skróconej wersji – nie mylmy ‘wiary’ z ‘religią’!

 

Herezje głosił Kifa

kifa@o2.pl

 

Soundtrack – Enya „Amarantine” (album)