|
SUCHE GNATY: Popis V
12. Truly Asia
JIVS: We wstępniaku do zeszłego numeru jeden (już on sam dobrze wie który:) z naszych Redaktorów Naczelnych (Oby Żyli Wiecznie) stwierdził, że jesteśmy rubryką humorystyczną. Toż to kompletny nonsens, o czym doskonale wiedzą nasi stali czytelnicy, dostrzegający w naszych słowach żal i smutek z tu i ówdzie co najwyżej pojawiającą się nutką gorzkiej ironii. Aby ostatecznie potwierdzić, że szefostwo (Oby Żyło Wiecznie) nie zawsze ma racje... to znaczy... zawsze mają rację, ale podwładni nie zawsze o tym wiedzą..., postanowiliśmy przygotować jak najbardziej poważny przewodnik po lidze, na którą ostatnio coraz częściej zwraca uwagę piłkarski świat, z której już wkrótce jak z kopalni będą wydobywane nowe gwiazdy piłki kopanej i którą jako pierwszą zacznie nadawać kanał TVP Sport. Mowa oczywiście o lidze Indonezji. Bo choć ambitnym zawodnikom z Malajów nie udało się awansować do finałów Mistrzostw Świata, to ich liga poczyniła w ciągu ostatnich lat niebywały postęp. Dlatego uznaliśmy, że warto omówić sytuację w niej zaistniałą. Spoglądając na tabelę można wywnioskować iż od reszty stawki wyraźnie odstawała drużyna FC Wayabula. Otóż nic bardziej mylnego. Drużyna z Wayabuli po pierwszych sześciu kolejkach zajmowała trzecie miejsce ze stratą dwóch punktów do lidera. Niestety wskutek erupcji wulkanicznej wyspa na której piłkarze FC rozgrywali swoje mecze zapadła się w morzu. Nie udało im się znaleźć innego stadionu spełniającego wymogi indonezyjskiej federacji (trawa nie będąca pastwiskiem ani polem uprawnym, dwie bramki i różnica poziomu między jedną i drugą nie przekraczająca metra) i do końca sezonu wszystkie mecze na własnym boisku musieli oddać walkowerem. Oprócz nich ekstraklasę opuszcza Sumatra Padang, klub w którym gra jedyny Polak w Indonezji - Jakub Zbrzyzny. Wychowanek Energetyka Chociebórz, grający na lewej obronie, pytany co skłoniło go do gry tak daleko od ojczyzny bez wahania odpowiada - "Kauczuk". Nie brzmi to może zbyt inteligentnie, ale po krótkim śledztwie dziennikarskim odkryliśmy, że Pan Jakub ma etat w przedsiębiorstwie przetwórstwa kauczuku na peryferiach Padang, a grą w piłkę jedynie dorabia sobie do pensji... Gdzież to Polaków jeszcze za chlebem rozrzuci...
Tuxedo: Prawdziwą rewelacją tego sezonu okazał się nieznany wcześniej zespół Surabaja Jawa, który co prawda zajmuje w lidze dopiero ósmą pozycję, to jednak już teraz może mówić o dużym sukcesie. Jeszcze kilka miesięcy temu mieszkańcy Surabai wciąż nie mogli się otrząsnąć po protestach studenckich, wywoływanych niezadowoleniem z rządów autorytarnych. Wprawdzie system polityczny nie uległ zmianie, ale miejscowi odnaleźli sens życia właśnie w futbolu. Czyż to nie piękne, gdy na fali rosnących niepokojów społecznych udaje się pójść nie w stronę agresji, a wspaniałego hobby, jakim z pewnością jest piłka nożna? Wprawdzie nie udało się wprowadzić w życie pomysłu, by na mecze przychodziło wojsko i obecnie nowy, dwudziestotysięczny stadion świeci pustkami, ale za to w dni wolne od treningów (poniedziałki, wtorki, środy, czwartki, piątki i niedziele) na sztucznej murawie odbywają się targi kauczokowe i mecze kaubola. Skrócone zasady tej gry wyglądają w ten sposób, że na środku placu stawia się olbrzymi, kauczukowy pomnik, a zawodnicy próbują odłupać jak największe części masy za pomocą łopatek używanych przez lekarzy do badania gardła. Niestety coraz częściej dochodzi tam do wypadków, a rozgrywki zostały nawet przerwane na kilka dni po tym, jak jeden z uczestników omyłkowo wydłubał swojemu partnerowi kawałek śledziony. Z pewnością największym wydarzeniem ostatnich dni jest fuzja dwóch, a może nawet trzech klubów z Sumatry. Nowo powołany twór będzie nosił nazwę 2/3. FC. Pulau Rupat Pulau Tebingtinggi, a trzon drużyny będą stanowić zawodnicy Irianu Jayapura, mającego swoją siedzibę ponad cztery tysiące kilometrów na wschód od Rupaty. Nowi zawodnicy nie zamierzają zmieniać miejsca zamieszkania, toteż dojazdy na treningi wydają się być mocno utrudnione. Ale to tylko pozory, działacze zapowiedzieli już budowę odcinka autostrady na trasie Rupat - Padang, skąd z kolei piłkarze promem popłyną do Serangu. Następnie drogą krajową dotrą na leżące nieopodal (jakieś dwieście kilometrów) lotnisko, skąd już prosta droga do Nowej Zelandii, dysponującej jedynym autokarem w promieniu kilkunastu tysięcy kilometrów. Oddanie do użytku nowego odcinka drogi ma nastąpić już w 2015 roku, co skróci czas podróży z ośmiu do zaledwie sześciu dni. Oznacza to, że futboliści będą mieli jeden dzień wolny, zanim wyruszą w kolejną podróż na cotygodniowe spotkanie ligowe. Oczywiście zakładając, że zaraz po meczu teleportują się z powrotem do Jayapury.
JIVS: Do niecodziennego zdarzenia doszło w meczu SC Prambanan - Piglets Dżakarta. Zdecydowanym faworytem była ekipa SC, toteż lokalna mafia bukmacherska nie wahała się postawić wszystkiego na ich triumf.. Nieoczekiwanie pierwszą bramkę strzeliła ekipa popularnych dżakarckich "Prosiaczków". To była piąta minuta meczu. Chwilę później nad stadionem rozpętał się tajfun, który zdarł murawę ze stadionu, topiąc wszystko i zostawiając na płycie boiska jeden wielki chlew. Prosiaczki wykorzystały to do cna, gromiąc rywali 5-0. W ten oto sposób dzięki interwencji sił przyrody mafia bukmacherska przestała istnieć, a lokalni bukmacherzy dorobili się fortun. Do końca trwała walka o udział w Pucharach Azjatyckich, jednak ostatecznie zespół KUNA Klung Klung musiała uznać wyższość Foxes Bandar Seri Begawan. Cokolwiek oznacza skrót KUNA, to po dramatycznej walce tylko różnicą bramek uległa ona przed lisami z Brunei. Był to największy sukces ekipy z tego kraju od 1974, kiedy to, przypomnijmy, do rozgrywek ligi indonezyjskiej dopuszczani są mistrzowie Brunei. Z zespołu KUNA pochodził król strzelców obecnego sezonu - Mirzapour Hassaimchshin, prawdziwy łowca bramek, lis pola karnego, zdobywca 23 goli. Warto wspomnieć, że jedną bramkę zdobył też Jakub Zbrzyzny. Rozmawialiśmy z nim (na czacie wp.pl, pokój "orientalni chłopcy", pisownia oryginalna), oto jak on relacjonuje ten moment: "No normalnie, wchodzę w pole karne, a tu mi ładnie ekspedióje fudboluwke kolega z drużyny, to ja nie wiele myśląc szczelił żem szczuba i bramkarz tylko piłke mugł wzrokiem doprowadzić koło lewego słupka przez niego strzezonego".
Tuxedo: Jeśli już jesteśmy przy relacjach, to może fragment komentarza do wspomnianego spotkania SC Prambanan - Piglets Dżakarta, słyszalność również oryginalna: "Dobry wieczór państwo, ze słonecznego stadionu w Pram... Prana... Praba... w Idno... w Indio... w Izndo... W AZJI wita państwa Yacyek Yoncia. Na stadionie tłumy, przyszła chyba cała pobliska szkoła podstawowa, widzę tez przedstawicielki kółka różańcowego i bliżej niezidentyfikowanych ultrasów, a więc pasterzy pełną gębą. Nad stadionem piękna, wiosenna pogoda, prawdopodobnie oberwanie chmury, ale to przecież nic wielkiego, to zwykła, szara codzienność ludzi, którzy codziennie pokonują w błocie wiele kilometrów tylko po to, by wykąpać się w publicznej łaźni i wrócić do domu. Za chwilę sędzia rozpocznie spotkanie, nerwowy moment, czy w kieszeni arbitra tym razem będzie moneta? Czy przypadkiem ten człowiek w koronkowej, czarnej koszuli nie występował w reklamie popularnego napoju i czy emocje nie udzieliły się także jemu? Nie, na szczęście moneta już poszybowała w górę. Ale oto, proszę państwa, pieniążek ląduje w przepastnym gardle przelatującego właśnie strusia Emu! Chociaż nie, zaraz, przecież Emu jest nielotem... a więc moneta zniknęła w dziobie, hm, no... w dziobie... eee... kolibra! Tak, tak jest, właśnie kolibra! (Jakie to szczęście, że nie ma wizji...) Wracamy na boisko, jeden z trenerów pobiegł właśnie do pobliskiego sklepu rozmienić banknot sturupiowy, powinien niebawem wrócić...
(3 godziny później) Niestety, sklep, do którego udał się coach drużyny gości okazał się monopolowym i obawiam się, że w takich warunkach o rozpoczęciu będzie musiał zadecydować rzut sędziowski. Zawodnicy już podrzucili arbitra w górę, teraz pytanie: po której stronie spadnie? Gdzie wyląduje ten filigranowy, nieco tylko zdezelowany pan. I leci... i leci... i... jeeeeeest!!! Rzut sędziowski wygrywa drużyna gospodarzy, a pałeczkę przejmuje arbiter techniczny, niestety główny został przewieziony do szpitala z podejrzeniem złamania łydki, wstrząsu mózgu i na dodatek atakiem ślepej kiszki - co za poświęcenie, co za emocje, aż nie mogę uwierzyć, że kibice są w stanie zachować spokój i do tej pory wyrwali zaledwie kilka wiklinowych koszy. Następuje rozpoczęcie. Od razu długie, czterdziestometrowe podanie do tyłu. Tam już czyha na nie bramkarz, który rozpoczyna zabawę z piłką, tym razem jest to popularna gra w dziada. Dziadem jest wbiegły akurat na murawę pastuch, goniący golkipera gospodarzy z płonącą laską (bynajmniej nie pasterską, laska jest naprawdę gorąca i do tego nie ma podkoszulka, a na jej [cenzura] powiewa dumnie [cenzura], o której kibice śpiewają nie[cenzura]lne piosenki). Niestety, bramkarz zmuszony jest do wbiegnięcia z piłką do własnej bramki i tak oto już na początku mamy sensację - faworyzowany zespół Pra.. Paba.... gospodarzy przegrywa. Ale zaraz, oto z lewej zbliża się do stadionu trąba powietrzna! Czy to nie... [iiiiiiiiiiiiiiiii] Ze studia w Warszawie wita państwa Marek Jońca. Jak państwo przed chwilą słyszeli, na stadionie miały miejsce tragiczne wydarzenia. Za chwilę spróbujemy połączyć się z moim bratem, który jest, można powiedzieć, "w wirze" wydarzeń, he, he. Jacku, Jacku, jak mnie słyszysz... Jacku... Jacku... No cóż, wygląda na to, że kolejna piękna kariera komentatorska uległa właśnie załamaniu, ale niech się państwo nie martwią, na stanowisku jestem ja i postaram się nie odstawać poziomem od mojego poprzednika, co może być jednak dosyć trudne, w końcu jestem dobre piętnaście centymetrów wyższy... (he, he)
PRZEPRASZAMY I PROSIMY O NIE REGULOWANIE ODBIORNIKÓW, KOMENTATORZY TELEWIZJI PUBLICZNEJ NAPRAWDĘ SĄ TACY SŁABI.
13. Lodowe porządki
JIVS: Na pierwszy rzut oka curling to głupota. Bo cóż ciekawego jest w szorowaniu tafli lodu szczotkami przed kulą nieuchronnie pędzącą w kierunku czterech okręgów. Niby nic, ale po bliższym poznaniu to jest jak bagno - niezbyt się kwapisz, żeby w to wejść, ale kiedy już to zrobisz - wciąga. Nie jest to sport wymagający żelaznej kondycji, wielkiej siły, niesłychanej wytrzymałości. Tu liczy się przede wszystkim wyczucie, umiejętność logicznego myślenia i ponadprzeciętna inteligencja. Łącząc to wszystko razem mamy idealny sport dla niżej podpisanych:). Skoro już wyjaśniono motywy, którymi się kierowaliśmy wybierając ten temat do naszego małego wewnątrzmałpiego królestwa, przejdźmy do krótkiego omówienia dyscypliny. Związek Curlingowy w Polsce jest. I to właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć.
|
|
13. Lodowe porządki
JIVS: Na pierwszy rzut oka curling to głupota. Bo cóż ciekawego jest w szorowaniu tafli lodu szczotkami przed kulą nieuchronnie pędzącą w kierunku czterech okręgów. Niby nic, ale po bliższym poznaniu to jest jak bagno - niezbyt się kwapisz, żeby w to wejść, ale kiedy już to zrobisz - wciąga. Nie jest to sport wymagający żelaznej kondycji, wielkiej siły, niesłychanej wytrzymałości. Tu liczy się przede wszystkim wyczucie, umiejętność logicznego myślenia i ponadprzeciętna inteligencja. Łącząc to wszystko razem mamy idealny sport dla niżej podpisanych:). Skoro już wyjaśniono motywy, którymi się kierowaliśmy wybierając ten temat do naszego małego wewnątrzmałpiego królestwa, przejdźmy do krótkiego omówienia dyscypliny. Związek Curlingowy w Polsce jest. I to właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć. Podobno w naszym kraju istnieją trzy tory curlingowe, więc na jeden przypada około 12 milionów Polaków. Tak więc popularyzacja temu sportowi nie grozi. Gdyby każdy Polak miał spróbować to przy założeniu, że jeden baaardzo szybki mecz trwa 70 minut i złożymy dwukrotnie ponadregulaminowe 8 osobowe zespoły, to ci, którzy graliby jako ostatni, czekaliby na swoją kolejkę do roku 4403. Uwzględniając średnią długość życia, to wychodzi w 34 pokoleniu. Ale jak wiadomo każde pokolenie chce zmienić świat, więc może któreś postawi jeszcze parę torów. Zawsze można grać na zwykłym lodowisku, o ile pozwolą Wam wymalować na nim tarczę i zdobędziecie skądś kilkanaście dziewiętnastoipółkilogramowych marmurowych kamulców. Skoro pomysł upada, przyjrzyjmy się, jak to robią w TV. Otóż ten, jak ja to wcześniej ładnie określiłem, "kamulec", mniej lub bardziej fachowo nazywany jest czajniczkiem, z uwagi na przymocowaną do niego rączkę. Tym oto uchwytem wprawiamy w ruch prosty bądź rotacyjny nasz dwudziestokilowy marmurowy obiekt troski, bądź w celu umieszczenia go w pobliżu centrum tarczy, bądź zbicia innych czajniczków, bądź zastawienia drogi tym, które się dopiero w grze pojawią. Szczegóły wyjaśni nasz ekspert od curlingowej taktyki, wielki admirator tego sportu, któremu właśnie oddaję klawiaturę:)
Tuxedo: Tak, czajniczek to naprawdę dobra rzecz :) Muszę wyjaśnić, że ja w/w ekspertem nie jestem - niestety nasz zaufany człowiek od curlingu musiał szybko opuścić kraj, gdy wydało się, że marmurowe klocki jego produkcji są tak naprawdę zrobione z żelbetonu. W zastępstwie macie więc mnie, ale nic straconego - curling to, można powiedzieć, moja życiowa pasja. Coś, co dodaje mi każdego dnia energii i właściwie nie wyobrażam sobie już życia bez codziennego obcowania z czajniczkiem. A przygodę z nim zaczynam już rano, zaraz po przebudzeniu. Wtedy to, idąc do kuchni z wyrazem twarzy mówiącym jednoznaczne "kaaawyyyy!", myślę o nim niezwykle ciepło. Jest czerwony, z czarnym uchwytem zapobiegającym poparzeniom, i co najważniejsze - wcale nie trzeba nim turlać, ślizgać, etc. On po prostu JEST - wita mnie co ranek i zachęcająco pogwizduje, gdy ja w tym czasie próbuję ukroić w miarę prosty kawałek chleba. Połączenie czajniczka z lodem wydaje się niezbyt szczęśliwe, ale jak to w życiu bywa - po pierwszym razie może być już tylko lepiej. Ja także się przełamałem i teraz propaguję ten sport na każdym kroku. A jak wyglądało moje pierwsze podejście do curlingu? Otóż do udziału w zabawie zaprosił mnie kolega. Pamiętam, to był mroźny, styczniowy poniedziałek. Oblodzony chodnik, przechodnie lawirujący na granicy otwartego złamania kończyn i ja. Stanęliśmy u szczytu niewielkiego wzniesienia, rozpędziliśmy się i puściliśmy w ruch dwie całkiem spore bryły lodu. Co zapadło mi w pamięć najbardziej? Chyba krzyk jakiejś staruszki, którą lód podciął jeszcze w fazie rozpędu i wiewiórkę zeskakującą akurat z drzewa prosto na ostry odłamek. Orzeszek wypadł jej z łapki, a w oczach zwierzątka można było odnaleźć mieszaninę zdziwienia ze zbliżającym się obłędem. I faktycznie - zaraz potem wiewiórka pobiegła pod jakiś blok, wskoczyła na balkon i zaczęła tańczyć na antenie satelitarnej. Dobra, z tą wiewiórką to ściemniałem :)
JIVS: Myślę, że poprzednia wypowiedź doskonale oddaje stan polskiej infrastruktury curlingowej. Dwóch zafascynowanych sportem młodych chłopców z racji nieposiadania odpowiedniego sprzętu powoduje u starszej pani złamanie nogi w czterech miejscach z przemieszczeniem i otarcie naskórka na małżowinie usznej. Pytamy po raz kolejny, ile jeszcze można czekać na kolejne tory curlingowe w naszym kraju? Przecież tej tragedii można było uniknąć! Staramy się obecnie bardziej uważać przy dobieraniu fachowców, mimo wszystko byliśmy przekonani, że Pan od curlingu wydawał się godnym zaufania człowiekiem. Kiedy byłem u niego na praktykach nic nie wskazywało na to, że mógł być on oszustem. Jak się okazuje nikomu nie można ufać, a bogu ducha winny niżej podpisany został uznany za zamieszanego w tzw. aferę curlingową i zatrzymany na 48 godzin do wyjaśnienia. Co nie znaczy, że wyleczyłem się z curlingowej manii. To dla Was znakomita wiadomość, gdyż w zastępstwie naszego zbiegłego eksperta objaśnię Wam taktykę puszczania tych czajniczków. Wyróżniamy uderzenia udane i nieudane. Nieudane polega na tym, że nie osiąga się zamierzonego celu. Przeciwnie jest w uderzeniu udanym, kiedy cel ów osiągamy. Cel może być różny: środek okręgu, kamień przeciwnika, kamień własny lub kostka współzawodnika za którym nie przepadamy. Wbrew temu, co napisano wyżej "Kodeks Honorowy Curlera" zabrania celowania w kobiety i dzieci, tak więc swym zagraniem Tuxedo faulował. Trafienie w cel ułatwia operowanie miotełką. Naszym ekspertem od miotełek jest autor książki pod tytułem "Sztuka sprzątania w weekend", który zgodził się wypowiedzieć dla nas kilka zdań, inkasując za to ciężkie pieniądze. Panie i Panowie, oto i on!
Tuxedo: I ponownie napotkaliśmy na ogromne problemy techniczne - nasz miotełkowy ekspert nie dojechał, gdyż bije właśnie rekord Guinessa w sprzątaniu wieżowca na czas. Aktualnie znajduje się na 45 piętrze Pałacu Kultury i Nauki. Ku naszemu rozczarowaniu nic nie wskazuje na to, by skończył przed deadline'm, dlatego zaraz po wytoczeniu mu sprawy o odszkodowanie musiałem jak najszybciej zebrać doświadczenia niezbędne do napisania tej krótkiej instrukcji dla amatorów curlingu. Miotełka jaka jest - każdy widzi. W wojsku mawiają, że przeciętna "odkurzajka" składa się z elementu czyszcząco-wymiatającego i satelitarnego przedłużenia tegoż elementu, zwanego pospolicie kijkiem. Standardowe wyposażenie miotełki to również szufelka, na którą w przypadku curlingu zmiatamy okruchy lodu, resztki drugich śniadań pozostawione przez zawodników i kawałki zębów, o ile przed zawodami na tym samym lodowisku odbył się mecz hokeja na trawie (no bo znajdźcie w zimę zieloną murawę, a jak się nie ma, co się lubi...). Zasadniczo miotełkę trzymamy chwytem mocująco-zawadiackim, który pozwala na kontrolę szorowania w największym stopniu. Technika ta jest najprostsza, polega na uchwyceniu kijka prawą dłonią pod kątem 30 stopni lub dłonią lewą pod kątem 150 stopni (dla mańkutów kąty wynoszą odpowiednio 150 i 30 stopni). Wszystkie palce, łącznie z kciukiem, oplatają kijek i to w zasadzie wszystko. Innym sposobem jest chwyt polerująco-gładzący. To niezwykle trudny styl, w którym miotełkę łapiemy jedynie koniuszkami dwóch palców - wskazującego i serdecznego, następnie wprowadzamy miotełkę w ruch kołowy i staramy się ją utrzymać, przy okazji od czasu do czasu zahaczając o lód. niektórzy uważają tę technikę za bezproduktywną i wyśmiewają zawodników, którzy zamiast na oczyszczaniu pola przed czajniczkiem skupiają uwagę na tym, by nie upuścić miotełki. Trzeba jednak powiedzieć, że to jednak bardzo trudna i wymagająca niemal małpiej zręczności czynność, a my zeszliśmy z drzewa już dość dawno temu. Ostatnim z najpopularniejszych stylów jest tak zwana "odczepka", z ang. "łotsdefakingon?". Odczepkę stosujemy zwykle po uzyskaniu niekorzystnego rezultatu, tudzież wtedy, gdy przegrywamy ze znienawidzonym rywalem. Technika jest dość prosta, postępujemy jak w przypadku chwytu mocująco-zawadiackiego, z tym, że środkowy palec odchylamy pod kątem około 90 stopni i ustawiamy rękę w pozycji doskonale widocznej dla tych, którzy powinni ją zobaczyć. Na koniec anegdotka związana ze specyficznym rodzajem miotełki - pędzlem. Otóż będą swego czasu na praktykach w GS "SCh" (Gminny Spółdzielnia "Samopomoc Chłopska) niemiłosiernie się razem z moim kolegą nudziliśmy. Uprawialiśmy wtedy przeróżne sporty, z graniem plastikową obręczą od szklanki na dwie bramki-ściany włącznie. Jak to w sporcie bywa, po niekorzystnym i wielce niesprawiedliwym dla mnie rezultacie (17-20 i 10-20 przy trzech czerwonych kartkach) leciutko się zdenerwowałem i postanowiłem ukarać mojego napawającego się zwycięstwem rywala. Wzrok padł na resztki szklanki w niedopitej herbacie, a może nawet odwrotnie. Sięgnąłem po naczynie, zamierzyłem się i te resztki napoju poszybowały w kierunku rywala. Ten, niestety, uchylił się. Może nie wszyscy wiedzą, ale herbata w torebkach ma niespotykaną wręcz umiejętność rozsypywania się na wszystkie strony po zetknięciu z twardą powierzchnią, a już zwłaszcza wtedy, gdy ową powierzchnią jest bielusieńka ściana. A teraz pytanie za sto punktów: jak wytłumaczyć ogromną (ponad metr kwadratowy), szarą plamę na ścianie? Rozwiązanie bardzo proste: namierzamy w okolicach płata czołowego punkt zaczepienia, najlepiej ślad po ukąszeniu komara lub krostkę, idealny byłby też pryszcz. Następnie ów punkt zaczepienia rozdrapujemy. Kiedy pojawia się względnie spore zaczerwienienie ze śladami świeżej krwi, biegniemy do szefostwa z wymyśloną na poczekaniu bajeczką o potknięciu się o krzesło. Najważniejsze przy tym, by wzbudzić maksymalnie duże współczucie dla naszej osoby, tym większe, im straszniejszą prawdę mamy do przekazania. Potem już możemy odetchnąć z ulgą i obserwować banana na twarzy człowieka, który zachodzi w głowę, jak przewracając się można było jednocześnie zachlapać niesioną właśnie herbatą ścianę po sam sufit...
Żeby zakończyć jakąś moralizatorską treścią: niedługo potem musiałem tę ścianę malować, a więc przestroga: za błędy trzeba płacić, za głupotę malować ściany. A wersja optymistyczna? Mam teraz nowy fach w ręku :)
Szalonego dnia
Na Prima Aprilis,
Jędrzej i Tuxedo
Życzą, bo są mili
Autor: Tuxedo
Jędrzej IV Śniady
Skomentuj
na forum >>
| |