strona: 42        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


PUBLICYSTYKA

Polskie minimum


Miałem niedawno okazję oglądać w regionalnej "trójce" towarzyskie spotkanie Polonii Warszawa i Cracovii. Wynik? Cóż, nie do mnie pytanie. Wrażenia? Co najmniej ambiwalentne.

Z jednej strony było to pierwsze od kilku lat spotkanie ligowych drużyn, jakie mogłem, nie będąc posiadaczem dekodera, obejrzeć. Z drugiej zaś... większości zawodników nigdy nie widziałem w akcji, szybko też uświadomiłem sobie, że już nie spodziewam się po transmisji jakiejś bezładnej kopaniny, rwanych akcji i brutalnych fauli. Moje oczekiwania przez te lata co najmniej wzrosły, a już na pewno się nie zmniejszyły. Tymczasem zaserwowano mi nie dość, że niezbyt ciekawe, to jeszcze okraszone wątpliwej jakości komentarzem widowisko.

Ja rozumiem, że mecz nie był o stawkę i tak trochę "na doczepkę" wciśnięty do ramówki, ale właśnie ta nieczęstość oglądania rodzimego futbolu powinna spowodować, że telewizja stanie na wysokości zadania. Cóż, ta nie stanęła. Czemu poruszam ten problem? Ano temu, że jeśli od wielkiego dzwonu mogę gdzieś obejrzeć Puchar Polski, do którego prawa kupił Polsat Sport, to nagle relacja trzyma niesamowite tempo, nabiera rumieńców, a poszczególne akcje są naprawdę warte uwagi. Przypadek? Nie, po prostu troska o kibiców.

Ktoś mi może zarzucić, że smakowałby mi nawet kawałek opony, jeśli by go tylko odpowiednio podać i doprawić sporą ilością majonezu. I kto wie, czy nie mają racji. Telewizja publiczna ma do spełnienia pewną (mistyczną, dodajmy) misję, z której może i próbuje się wywiązywać, ale wychodzi jej to mocno średnio. Niby do ramówki ciężko jest się przyczepić, ale owe "misyjne" programy publicystyczne, teatry itd. wystawiają przeciętnych telewidzów na dość dużą próbę - próbę snu, a raczej jego braku.



Wracając jednak do sportu: w TV powinna wreszcie zacząć panować zasada, że jeśli nawet nie mamy jakiegoś hitu, to staramy się zrobić tak, by relacja była pierwszorzędna, a kibic czuł, że przynajmniej my wykonaliśmy swoją pracę zawodowo.

Weźmy pierwszy z brzegu, ostatni tydzień z Ligą Mistrzów. Wtorek i środa - ogień i woda. Najpierw zafundowano nam pierwszego narcyza TVP - Jacka Jońcę - i trzeba przyznać, że trafiono w dziesiątkę. Mecz Realu z Arsenalem był statyczny, nieciekawy, a dzięki panu Jońcy jeszcze przy okazji nudny. Oczywiście pole do popisu miał tu szanowny Jacek wielkie - mnóstwo czasu, by spokojnie powymieniać nazwiska kolejnych piłkarzy będących przy piłce i uznać, że wykonało się 100% normy. Na szczęście kibicom pozostawała środa. I mimo, że przez lwią część spotkanie Chelsea z Barceloną było zwyczajnie nieciekawe, to pomny doświadczeń z poprzedniego dnia niedosytu czuć nie mogłem. Jest tu chyba jakaś taktyka szefów TVP, którzy najwyraźniej wychodzą z założenia, że telewidza najlepiej na początku pognębić, by potem pokazać mu, jak w tej telewizji jednak jest cudownie... Szkoda tylko, że coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czemu na pilocie nie ma funkcji wyłączającej komentarz, a pozostawiającej odgłosy ze stadionu.

Może i ja się starzeję. Może nie doceniam, jak wielkim wysiłkiem jest wyszkolenie paru chłopaków i powiedzenie im, że futbol nie musi być nudny. Może wysyłanie ich potem na stadiony z kamerą jest wymaganiem rzeczy zbyt wielkich. I ja już też kończę to czepialstwo, niech zostanie, jak jest. Chyba nadal wolę myśleć, że piłka nożna to rajdy z piłką Ronaldinho, kiwki Ronaldo i pewne interwencje Petra Ceha, a nie kiksy Grzybowskiego, po których można sobie zrobić krzywdę...


Autor: Daniel "Tuxedo" Markiewicz

Skomentuj na forum >>



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>