|
Piłka nożna
Przegląd Champions League
Ostatnimi czasy wszyscy piłkarscy
fani na starym kontynencie czuli głód prawdziwej, wielkiej piłki. Na szczęście
w końcu doczekali się jej wielkiego powrotu. 22 lutego, po zimowej przerwie,
rozgrywki wznowiła najlepsza liga świata – Champions League. Tegoroczna LM już
w 1/8 funduje nam pojedynki z tej najwyższej półki, więc zaczynamy od mocnego
uderzenia.
Zdecydowanie najwięcej emocji
wzbudził pojedynek, który już nie jeden okrzyknął mianem przedwczesnego finału
– na Stamford Bridge spotkała się Chelsea z FC Barceloną. Mecz ten sam w sobie
zapowiadał się wielce ciekawie, lecz jakby tego było mało, oliwy do ognia
dolewali przedstawiciele obu klubów w docinkach prasowych. Ci, którzy
spodziewali się prawdziwej, męskiej walki, ozdobionej technicznymi popisami,
nie zawiedli się. Rzeczywiście piłkę na najwyższym poziomie oglądaliśmy od
samego początku, choć ten wyraźnie rozgrywany był dość asekuracyjnie i
spokojnie przez oby dwa zespoły i to Chelsea wydawała się zespołem mającym
przewagę. Z każdą minutą pojedynek nabierał rumieńców – wystarczy przypomnieć
sobie chociażby uderzenie Ronaldinho przy którym niesamowitym refleksem
popisał się bramkarz gospodarzy – Petr Cech. Kluczowym momentem tego
spotkania była jednak 37 minuta, kiedy ambitnie i bez kompleksów walczący
Lionel Messi został staranowany przez Asiera del Horno. Na palcu
gry zrobiło się nerwowo, a Terje Hauge podjął kontrowersyjna decyzję o
wyrzuceniu defensora Chelsea z boiska.
|
| Spotkanie na Stamford Bridge było emocjonujące do samego końca | |
W takim meczu i przeciwko takiej
drużynie, nawet plan takiego szkoleniowca jak Jose Mourinho musiał legnąć w
gruzach. Od tego momentu Barca miała zacząć
grać swobodniej, a piłkarze „The Blues” sami postawili się w bardzo
trudnej sytuacji. Miejscowi kibice na pewno nie tak wyobrażali sobie obrót tego
spotkania. Jednak jeszcze bardziej zadziwiło to, że po przerwie to Chelsea
grając w „10” rzuciła się do ataków. Najpierw indywidualna akcja Robbena,
później strzał Ferreiry były poważnym sygnałem dla dumy Katalonii.
Nadeszła 59 minuta i... prowadzenie objęła Chelsea! Lampard mocno
uderzył futbolówkę w okolice 5 metra przed bramką, a tam Motta pechowo
uprzedził Valdesa i skierował ją do siatki. Po 11 minutach było już jednak 1-1.
Ronaldinho dośrodkował z rzutu wolnego, zaś w polu karnym, równie pechowo co
wcześniej Motta, zachował się Terry, tyle, że tym razem piłka ugrzęzła w
siatce „The Blues”. Po tym golu z gospodarzy jakby uszło powietrze, a Barca
zaczęła grać wreszcie swoje i uwierzyła, że szansa na wyjazdowe zwycięstwo z
Chelsea jest większa niż kiedykolwiek. Po tym jak wyborną sytuację na gola
zmarnował wprowadzony po przerwie Drogba, goście ukuli w tym spotkaniu
po raz drugi. Piłkę z własnej połowy, w swoim stylu, wyprowadził Ronaldinho
przerzucił na drugą stronę, gdzie dośrodkował ją Rafael Marquez, a świetną
kontrę golem zakończył Samuel Eto. Mimo porażki Jose Mourinho nie
powinien wstydzić się swych podopiecznych, którzy pokazali w tym meczu olbrzymi
charakter, a nikogo, nie powinien dziwić fakt, że grająca w przewadze Barcelona
nie zmarnowała swojej szansy. Mimo, że ten rezultat ostudził zapały wielu fanów
londyńskiej Chelsea, to nie można powiedzieć, ze sprawa awansu jest już
zamknięta. Nie takie rzeczy w piłce się działy. Czekajmy więc na drugą odsłonę
hiszpańsko-angielskiej wojny, bo patrząc na słowa Lionela Messiego - "Tu,
w Barcelonie, są piłkarze, którzy nienawidzą Chelsea jeszcze bardziej niż Realu
Madryt” - rewanżu zapowiedzieć inaczej po prostu nie można.
W Monachium doszło do meczu
tamtejszego Bayernu z AC Milan. Obydwie jedenastki musiały grać bez swych kapitanów – Olivera Kahna
zabrakło Monachijczykom, zaś Paolo Maldini pauzował w zespole
przyjezdnych. Początek to supremacja gospodarzy , którzy opanowali środek pola,
grając z dużo większym spokojem niż piłkarze z Mediolanu, rażący przede wszystkim
brakiem dłuższego utrzymania się przy piłce. W 23 minucie zaprocentowało to
fantastycznym uderzeniem zza linii pola karnego Michaela Ballacka, nie
pozostawiającym najmniejszych szans Didzie. Drugą połowę podopieczni Magatha
zaczęli z goła odmiennie niż to co prezentowali przez całą pierwszą odsłonę -
dali zepchnąć się do defensywy. W 58 minucie Ismael dotknął piłkę ręką w
obrębie pola karnego i sędzia nie zawahał się podyktować jedenastki, którą na
gola zamienił Szewczenko. Później z rzeczy godnych odnotowania,
przytrafiła się jeszcze kontuzja Nelsona Didy, którego zmienił Kalac.
Wynik nie uległ już zmianie, a piłkarze Bayernu zremisowali właściwie na własne
życzenie stawiając się w bardzo trudnej sytuacji podczas meczu rewanżowego. W
czym mogą szukać szansy? W Tym, że Ancelotti nie będzie mógł skorzystać z usług
Didy, zaś do bramki Bayernu wróci Kahn.
Na Estadio da Luz w
Lizbonie doszło do starcia Benfici z obrońcą trofeum – Liverpoolem. Na ławce
rezerwowych „The Reds” zasiadł Jerzy Dudek i co jest niespodzianką –
Steven Gerrard. Pierwsza połowa należała do Anglików jednak swej
przewagi nie udokumentowali zdobyczą bramkową. Po przerwie podopieczni Ronalda Koemana
grali niemal identycznie, a Liverpool w dalszym ciągu nieskutecznie.
|
|
Nieoczekiwanie na kilka minut
przed końcem spotkania piłka znalazła drogę do bramki Reiny po strzale
głową Brazylijczyka Luisao, który wprawił w szał swoich kibiców. Nie
można zresztą im się dziwić, bo mimo słabiutkiej gry Benfica osiąga doskonały
rezultat, który daje jej prawo poważnie myśleć o ćwierćfinałach. Teraz pytanie,
czy z taką grą będzie wstanie utrzymać swój dorobek na Anfield ? Czyżby Anglicy
mieli kompleks Portugalczyków?
W Madrycie Real spotkał się z
Arsenalem. Skazywani na pożarcie „Kanonierzy” zagrali z „Królewskimi” świetny
mecz, a Arsene Wenger doskonale rozpracował taktycznie Real.
|
|
| Radość piłkarzy Arsenalu | |
Raz po raz
„Kanonierzy” wyprowadzali groźne kontry,
zaś gospodarze zawodzili na całej linii. Apogeum swej nieporadności
pokazali zaraz po wznowieniu drugiej połowy, kiedy Henry ograł całą
defensywę Realu i płaskim strzałem pokonał Casillasa.. Real zasłużenie
przegrał i choć w Londynie tanio skóry nie sprzeda, czeka go bardzo trudne
zadanie, tym bardziej, że u siebie Arsenal jest drużyną znacznie lepszą niż na
wyjazdach.
W Eindhoven doszło do
rewanżu za zeszłą edycję Ligi Mistrzów, w której z półfinałowego spotkania
PSV-Lyon zwycięsko wyszli Ci pierwsi. Początek meczu zapowiadał jednak powtórkę
z rozrywki, bowiem to gospodarze zagrażali znacznie częściej bramce niż goście.
Najbliższy pokonania Coupeta był brazylijski obrońca Alex,
którego potężny strzał z rzutu wolnego trafił w poprzeczkę. Z upływem czasu Lyon też zaczynał dochodzić
do głosu i zagrażać bramce Gomesa. Kluczowa była 67 min kiedy po strzale
niezawodnego Juninho Pernambucano piłka lecąca wprost w bramkarza PSV, jakimś
cudem znalazła drogę do siatki. Jakim? To wie chyba tylko Gomes. To jednak nie
wszystko, na co było stać tego wieczoru gospodarzy. Na kilka sekund przed
zakończeniem spotkania uradować publiczność mógł Arouna Kone, który jednak popisał się „nietuzinkową”
skutecznością, trafiając z 5 metrów w słupek! Skończyło się na wielkim
rozczarowaniu, zaś Lyon staje się powoli „czarnym koniem” tych elitarnych
rozgrywek, bo powiedzmy sobie szczerze – w takiej sytuacji nie sposób nie
awansować dalej.
Pełne emocji i twardej walki
widowisko obejrzeli kibice w Glasgow, gdzie Rangersi podejmowali hiszpański
Villarreal. Na wysokości zadania stanęli medycy Hiszpanów i postawili na nogi
filar drużyny - Riquelme. Ten
sam piłkarz z zimna krwią wykończył jedenastkę Rangers, i Villarreal zgodnie z
oczekiwaniami objął prowadzenie. Widoczna przewaga gości nie pozwoliła im
jednak uniknąć gola wyrównującego. Pięknym trafieniem popisał się Lovenkrands
i było 1-1. Za sprawą Forlana gospodarze musieli znowu oddać
prowadzenie, by na 7 minut przed końcem za sprawą pechowego zagrania Peńa`i na tablicy świetlnej pojawił się rezultat 2-2. Wynik ten,
pozostawia wciąż otwartą drogę awansu zarówno dla Villarreal, jak i Glasgow
Rangers. Czego możemy spodziewać się zatem w Hiszpanii? Szkoci pokazali w tym meczu, że nie będą się
oszczędzać, więc stojąc przed szansą wywalczenia sobie takiego prestiżu i
pieniędzy na pewno dają z siebie wszystko. Mimo, to dla Riquelme i spółki
ewentualna porażka jest nie do przyjęcia.
Na Amsterdam Arena spotkał
się Ajax z włoskim Interem Mediolan. Kapitalny początek w wykonaniu Holendrów i
po 20 minutach było już 2-0 (Huntelaar i Rosales). Sfrustrowani
takim przebiegiem spotkania piłkarze Interu ruszyli do ofensywy. Ataki i
bramkowe okazje były, lecz podopiecznym Manciniego – co w tym sezonie
jest dla nich typowe – brakowało skuteczności i zimnej krwi. Po przerwie
niesygnalizowanym strzałem popisał się Stanković i futbolówka znalazła
drogę do siatki Ajaxu. Bramka kontaktowa mocno zdezorientowała gospodarzy, a
ich jedynym mocnym punktem niezmiennie był bramkarz Stekelenburg, W
końcu Inter zdobył jednak upragnioną drugą bramkę, po akcji świetnie
zapoczątkowanej przez Figo, trafienie zaliczył Cruz. Wyraźnie w tym
spotkaniu drużynie Ajaxu zabrakło doświadczenia, które chcąc, nie chcąc w
takich rozgrywkach jest po prostu potrzebne. Mogli jechać na rewanż do
Mediolanu z kapitalnym dorobkiem, pojadą– z fatalnym.
Na deser zostawiamy jedną z większych niespodzianek pierwszych starć w
1/8 Ligi Mistrzów – Werder pokonał Juventus 3-2. Już sam fakt, że Niemcy
pokonali mistrzów Włoch, niepodzielnie panujących na krajowym podwórku jest
nieoczekiwany. Co więcej, jeszcze bardziej zaskakujący był sam przebieg
widowiska. Od początku to Werder rzucał się do ataków, zamykając Juve na
własnej połowie. Mimo tego, podopieczni
Capello stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, jednak na bramki
zamienić ich nie potrafili. Znacznie bardziej golem pachniało pod bramką
gospodarzy i mimo, że Buffon dwoił się i troił w końcu Schulz –
dość przypadkowo – dał prowadzenie Bremie. Po przerwie gospodarze angażowali w
akcje ofensywne już nieco mniej graczy, ale wciąż zamykając Włochów na ich
połowie. Juve obudził się jednak za sprawą rezerwowego – Alessandro Del
Piero. Najpierw sam zapoczątkował akcje, którą niczym rasowy snajper
wykończył Nedved, później miał
udział przy golu Trezegueta. I co? Nagle tak bezbarwna i -z przebiegu
gry - po prostu słabsza drużyna wyszła na prowadzenie. Werder pokazał jednak wielki
charakter i do końca wierzył w wygraną. Po dwóch rzutach rożnych futbolówka
znalazła miejsce w bramce Buffona, najpierw po uderzeniu Borowskiego, a
następnie Micouda. Włosi roztrwonili tak kapitalny wynik – zabrakło im
skupienia i koncentracji na te ostatnie minuty. Kto oglądał jednak mecz nie
może powiedzieć, że zwycięstwo podopiecznym Schaafa się nie należało.
Mimo wszystko, w Bremie doskonale sobie zdają sprawę, że wynik mógł być
znacznie lepszy, bo w rewanżu „Starej Damie” wystarczy skromne 1-0, tyle, że
musi ona zagrać zupełnie inaczej niż w pierwszym meczu.
Autor: Mateusz Kornas
| |