strona: 26        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


Piłka nożna

Przegląd Champions League


Ostatnimi czasy wszyscy piłkarscy fani na starym kontynencie czuli głód prawdziwej, wielkiej piłki. Na szczęście w końcu doczekali się jej wielkiego powrotu. 22 lutego, po zimowej przerwie, rozgrywki wznowiła najlepsza liga świata – Champions League. Tegoroczna LM już w 1/8 funduje nam pojedynki z tej najwyższej półki, więc zaczynamy od mocnego uderzenia.

Zdecydowanie najwięcej emocji wzbudził pojedynek, który już nie jeden okrzyknął mianem przedwczesnego finału – na Stamford Bridge spotkała się Chelsea z FC Barceloną. Mecz ten sam w sobie zapowiadał się wielce ciekawie, lecz jakby tego było mało, oliwy do ognia dolewali przedstawiciele obu klubów w docinkach prasowych. Ci, którzy spodziewali się prawdziwej, męskiej walki, ozdobionej technicznymi popisami, nie zawiedli się. Rzeczywiście piłkę na najwyższym poziomie oglądaliśmy od samego początku, choć ten wyraźnie rozgrywany był dość asekuracyjnie i spokojnie przez oby dwa zespoły i to Chelsea wydawała się zespołem mającym przewagę. Z każdą minutą pojedynek nabierał rumieńców – wystarczy przypomnieć sobie chociażby uderzenie Ronaldinho przy którym niesamowitym refleksem popisał się bramkarz gospodarzy – Petr Cech. Kluczowym momentem tego spotkania była jednak 37 minuta, kiedy ambitnie i bez kompleksów walczący Lionel Messi został staranowany przez Asiera del Horno. Na palcu gry zrobiło się nerwowo, a Terje Hauge podjął kontrowersyjna decyzję o wyrzuceniu defensora Chelsea z boiska.
| Spotkanie na Stamford Bridge było
emocjonujące do samego końca |
W takim meczu i przeciwko takiej drużynie, nawet plan takiego szkoleniowca jak Jose Mourinho musiał legnąć w gruzach. Od tego momentu Barca miała zacząć  grać swobodniej, a piłkarze „The Blues” sami postawili się w bardzo trudnej sytuacji. Miejscowi kibice na pewno nie tak wyobrażali sobie obrót tego spotkania. Jednak jeszcze bardziej zadziwiło to, że po przerwie to Chelsea grając w „10” rzuciła się do ataków. Najpierw indywidualna akcja Robbena, później strzał Ferreiry były poważnym sygnałem dla dumy Katalonii. Nadeszła 59 minuta i... prowadzenie objęła Chelsea! Lampard mocno uderzył futbolówkę w okolice 5 metra przed bramką, a tam Motta pechowo uprzedził Valdesa i skierował ją do siatki. Po 11 minutach było już jednak 1-1. Ronaldinho dośrodkował z rzutu wolnego, zaś w polu karnym, równie pechowo co wcześniej Motta, zachował się Terry, tyle, że tym razem piłka ugrzęzła w siatce „The Blues”. Po tym golu z gospodarzy jakby uszło powietrze, a Barca zaczęła grać wreszcie swoje i uwierzyła, że szansa na wyjazdowe zwycięstwo z Chelsea jest większa niż kiedykolwiek. Po tym jak wyborną sytuację na gola zmarnował wprowadzony po przerwie Drogba, goście ukuli w tym spotkaniu po raz drugi. Piłkę z własnej połowy, w swoim stylu, wyprowadził Ronaldinho przerzucił na drugą stronę, gdzie dośrodkował ją Rafael Marquez, a świetną kontrę golem zakończył Samuel Eto. Mimo porażki Jose Mourinho nie powinien wstydzić się swych podopiecznych, którzy pokazali w tym meczu olbrzymi charakter, a nikogo, nie powinien dziwić fakt, że grająca w przewadze Barcelona nie zmarnowała swojej szansy. Mimo, że ten rezultat ostudził zapały wielu fanów londyńskiej Chelsea, to nie można powiedzieć, ze sprawa awansu jest już zamknięta. Nie takie rzeczy w piłce się działy. Czekajmy więc na drugą odsłonę hiszpańsko-angielskiej wojny, bo patrząc na słowa Lionela Messiego - "Tu, w Barcelonie, są piłkarze, którzy nienawidzą Chelsea jeszcze bardziej niż Realu Madryt” - rewanżu zapowiedzieć inaczej po prostu nie można.

W Monachium doszło do meczu tamtejszego Bayernu z AC Milan. Obydwie jedenastki musiały  grać bez swych kapitanów – Olivera Kahna zabrakło Monachijczykom, zaś Paolo Maldini pauzował w zespole przyjezdnych. Początek to supremacja gospodarzy , którzy opanowali środek pola, grając z dużo większym spokojem niż piłkarze z Mediolanu, rażący przede wszystkim brakiem dłuższego utrzymania się przy piłce. W 23 minucie zaprocentowało to fantastycznym uderzeniem zza linii pola karnego Michaela Ballacka, nie pozostawiającym najmniejszych szans Didzie. Drugą połowę podopieczni Magatha zaczęli z goła odmiennie niż to co prezentowali przez całą pierwszą odsłonę - dali zepchnąć się do defensywy. W 58 minucie Ismael dotknął piłkę ręką w obrębie pola karnego i sędzia nie zawahał się podyktować jedenastki, którą na gola zamienił Szewczenko. Później z rzeczy godnych odnotowania, przytrafiła się jeszcze kontuzja Nelsona Didy, którego zmienił Kalac. Wynik nie uległ już zmianie, a piłkarze Bayernu zremisowali właściwie na własne życzenie stawiając się w bardzo trudnej sytuacji podczas meczu rewanżowego. W czym mogą szukać szansy? W Tym, że Ancelotti nie będzie mógł skorzystać z usług Didy, zaś do bramki Bayernu wróci Kahn.

Na Estadio da Luz w Lizbonie doszło do starcia Benfici z obrońcą trofeum – Liverpoolem. Na ławce rezerwowych „The Reds” zasiadł Jerzy Dudek i co jest niespodzianką – Steven Gerrard. Pierwsza połowa należała do Anglików jednak swej przewagi nie udokumentowali zdobyczą bramkową. Po przerwie podopieczni Ronalda Koemana grali niemal identycznie, a Liverpool w dalszym ciągu nieskutecznie.



Nieoczekiwanie na kilka minut przed końcem spotkania piłka znalazła drogę do bramki Reiny po strzale głową Brazylijczyka Luisao, który wprawił w szał swoich kibiców. Nie można zresztą im się dziwić, bo mimo słabiutkiej gry Benfica osiąga doskonały rezultat, który daje jej prawo poważnie myśleć o ćwierćfinałach. Teraz pytanie, czy z taką grą będzie wstanie utrzymać swój dorobek na Anfield ? Czyżby Anglicy mieli kompleks Portugalczyków?

W Madrycie Real spotkał się z Arsenalem. Skazywani na pożarcie „Kanonierzy” zagrali z „Królewskimi” świetny mecz, a Arsene Wenger doskonale rozpracował taktycznie Real.
| Radość piłkarzy Arsenalu |
Raz po raz „Kanonierzy” wyprowadzali groźne kontry,  zaś gospodarze zawodzili na całej linii. Apogeum swej nieporadności pokazali zaraz po wznowieniu drugiej połowy, kiedy Henry ograł całą defensywę Realu i płaskim strzałem pokonał Casillasa.. Real zasłużenie przegrał i choć w Londynie tanio skóry nie sprzeda, czeka go bardzo trudne zadanie, tym bardziej, że u siebie Arsenal jest drużyną znacznie lepszą niż na wyjazdach.

W Eindhoven doszło do rewanżu za zeszłą edycję Ligi Mistrzów, w której z półfinałowego spotkania PSV-Lyon zwycięsko wyszli Ci pierwsi. Początek meczu zapowiadał jednak powtórkę z rozrywki, bowiem to gospodarze zagrażali znacznie częściej bramce niż goście. Najbliższy pokonania Coupeta był brazylijski obrońca Alex, którego potężny strzał z rzutu wolnego trafił w poprzeczkę.  Z upływem czasu Lyon też zaczynał dochodzić do głosu i zagrażać bramce Gomesa. Kluczowa była 67 min kiedy po strzale niezawodnego Juninho Pernambucano piłka lecąca wprost w bramkarza PSV, jakimś cudem znalazła drogę do siatki. Jakim? To wie chyba tylko Gomes. To jednak nie wszystko, na co było stać tego wieczoru gospodarzy. Na kilka sekund przed zakończeniem spotkania uradować publiczność mógł  Arouna Kone, który jednak popisał się „nietuzinkową” skutecznością, trafiając z 5 metrów w słupek! Skończyło się na wielkim rozczarowaniu, zaś Lyon staje się powoli „czarnym koniem” tych elitarnych rozgrywek, bo powiedzmy sobie szczerze – w takiej sytuacji nie sposób nie awansować dalej.

Pełne emocji i twardej walki widowisko obejrzeli kibice w Glasgow, gdzie Rangersi podejmowali hiszpański Villarreal. Na wysokości zadania stanęli medycy Hiszpanów i postawili na nogi filar drużyny -  Riquelme. Ten sam piłkarz z zimna krwią wykończył jedenastkę Rangers, i Villarreal zgodnie z oczekiwaniami objął prowadzenie. Widoczna przewaga gości nie pozwoliła im jednak uniknąć gola wyrównującego. Pięknym trafieniem popisał się Lovenkrands i było 1-1. Za sprawą Forlana gospodarze musieli znowu oddać prowadzenie, by na 7 minut przed końcem za sprawą pechowego zagrania  Peńa`i  na tablicy świetlnej pojawił się rezultat 2-2. Wynik ten, pozostawia wciąż otwartą drogę awansu zarówno dla Villarreal, jak i Glasgow Rangers. Czego możemy spodziewać się zatem w Hiszpanii?  Szkoci pokazali w tym meczu, że nie będą się oszczędzać, więc stojąc przed szansą wywalczenia sobie takiego prestiżu i pieniędzy na pewno dają z siebie wszystko. Mimo, to dla Riquelme i spółki ewentualna porażka jest nie do przyjęcia.

Na Amsterdam Arena spotkał się Ajax z włoskim Interem Mediolan. Kapitalny początek w wykonaniu Holendrów i po 20 minutach było już 2-0 (Huntelaar i Rosales). Sfrustrowani takim przebiegiem spotkania piłkarze Interu ruszyli do ofensywy. Ataki i bramkowe okazje były, lecz podopiecznym Manciniego – co w tym sezonie jest dla nich typowe – brakowało skuteczności i zimnej krwi. Po przerwie niesygnalizowanym strzałem popisał się Stanković i futbolówka znalazła drogę do siatki Ajaxu. Bramka kontaktowa mocno zdezorientowała gospodarzy, a ich jedynym mocnym punktem niezmiennie był bramkarz Stekelenburg, W końcu Inter zdobył jednak upragnioną drugą bramkę, po akcji świetnie zapoczątkowanej przez Figo, trafienie zaliczył Cruz. Wyraźnie w tym spotkaniu drużynie Ajaxu zabrakło doświadczenia, które chcąc, nie chcąc w takich rozgrywkach jest po prostu potrzebne. Mogli jechać na rewanż do Mediolanu z kapitalnym dorobkiem, pojadą– z fatalnym.

Na deser zostawiamy jedną  z większych niespodzianek pierwszych starć w 1/8 Ligi Mistrzów – Werder pokonał Juventus 3-2. Już sam fakt, że Niemcy pokonali mistrzów Włoch, niepodzielnie panujących na krajowym podwórku jest nieoczekiwany. Co więcej, jeszcze bardziej zaskakujący był sam przebieg widowiska. Od początku to Werder rzucał się do ataków, zamykając Juve na własnej połowie. Mimo tego,  podopieczni Capello stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, jednak na bramki zamienić ich nie potrafili. Znacznie bardziej golem pachniało pod bramką gospodarzy i mimo, że Buffon dwoił się i troił w końcu Schulz – dość przypadkowo – dał prowadzenie Bremie. Po przerwie gospodarze angażowali w akcje ofensywne już nieco mniej graczy, ale wciąż zamykając Włochów na ich połowie. Juve obudził się jednak za sprawą rezerwowego – Alessandro Del Piero. Najpierw sam zapoczątkował akcje, którą niczym rasowy snajper wykończył Nedved,  później miał udział przy golu Trezegueta. I co? Nagle tak bezbarwna i -z przebiegu gry - po prostu słabsza drużyna wyszła na prowadzenie. Werder pokazał jednak wielki charakter i do końca wierzył w wygraną. Po dwóch rzutach rożnych futbolówka znalazła miejsce w bramce Buffona, najpierw po uderzeniu Borowskiego, a następnie Micouda. Włosi roztrwonili tak kapitalny wynik – zabrakło im skupienia i koncentracji na te ostatnie minuty. Kto oglądał jednak mecz nie może powiedzieć, że zwycięstwo podopiecznym Schaafa się nie należało. Mimo wszystko, w Bremie doskonale sobie zdają sprawę, że wynik mógł być znacznie lepszy, bo w rewanżu „Starej Damie” wystarczy skromne 1-0, tyle, że musi ona zagrać zupełnie inaczej niż w pierwszym meczu.


Autor: Mateusz Kornas



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>