|
Igrzyska Olimpijskie w Turynie
Snowboard: Słaby występ Polaków
Half-pipe
Nie udał
się występ braciom Ligockim, którzy nie awansowali do finałowej dwunastki. W
końcowym bilansie 20-letni Michał (CCS Cieszyn) uplasował się na 29. pozycji, a
23-letni Mateusz
"Tego
startu Ligoccy nie zaliczą na pewno do udanych. Pewnym usprawiedliwieniem może
być to, że bardzo wszechstronny Mateusz ostatnio nie trenował halfpipe,
skupiając się na snowcrossie, wiodącej w jego przypadku konkurencji. Natomiast
Michał prawo występu w igrzyskach wywalczył w ostatniej chwili, dosłownie
rzutem na taśmę i - moim zdaniem - nie wytrzymał tego napięcia. Był za bardzo
stremowany" - ocenił pełniący obowiązki prezesa Polskiego Związku
Snowboardu Andrzej Szeja.
Kuzynka braci Ligockich, Paulina, była w zawodach dopiero 17.
Niektórzy widzieli Ligocką przynajmniej w finale, jeśli nie na miejscu
punktowanym (w ósemce), a znaleźli się i tacy, którym śniło się podium. To
mniej więcej tak, jakby
Marcina Bachledę po wygraniu zawodów PŚ bez Finów,
Norwegów, Austriaków i Niemców typować do dziesiątki konkursu olimpijskiego.
„Sędziowie chyba się źle poczuli, bo dziś wyraźnie polecieli sobie w jajko”
- narzekała Polka po zawodach w rynnie. W drugim przejeździe Ligocka, zamiast
pójść na całość, spróbować się poprawić, powalczyć o miejsce w finałowej
dwunastce, zaryzykować dynamiczniejszy przejazd, więcej obrotów, wyższe
wyskoki, bardziej udane salto, pojechała zachowawczo. - Nie ryzykowała, bo
mogłaby w ogóle nie dojechać do mety - tłumaczył trener Pauliny Władysław
Ligocki. Z takim nastawieniem nie ma czego na igrzyskach szukać. Ligocka
pojechała gorzej niż w pierwszym przejeździe, a i tak... dostała taką samą notę
jak wcześniej. I odpadła.
Snowcross
Mateusz Ligocki nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań i zajął dopiero 20. miejsce w
debiutującej w igrzyskach olimpijskich konkurencji snowcrossu. "Nasze
oczekiwania sięgały znacznie wyżej. Dotąd Mateusz miał najlepszy na świecie
start, ale tutaj kompletnie mu nie wyszedł i od początku musiał gonić"
- powiedział trener snowboardzisty Marcin Sitarz.
Rywalizację w snowcrossie oglądał szkoleniowiec snowboardowych konkurencji alpejskich Piotr
Paluch. "Nie wiem co się stało z Mateuszem. Już w eliminacjach pojechał
średnio, ale w 1/8 finału był słaby w każdym elemencie. Spóźnił start, później
próbował wyprzedzić zawodników z przodu, ale ryzykował i popełniał błędy. Można
śmiało powiedzieć, że trafił na lepszych od siebie" - mówił
szkoleniowiec Jagny Marczułajtis i Blanki Isielonis. "Nie wiem czy
ranga zawodów przerosła Mateusza, czy był za bardzo spięty, w każdym razie
jechał znacznie słabiej niż powinien. Przecież srebrny medalista Słowak
Radoslav Zubek jeździ z nim na obozy, jeżdżą razem i prezentują wyrównany
poziom" - dodał Paluch.
|
|
Slalom Gigant Równoległy
Miała być walka o medale, a wyszła totalna klapa. Jagna Marczułajtis pojechała na
igrzyskach najgorzej w sezonie, popełniła błąd, jaki nie zdarzył jej się od lat
i przegrała awans do finału o 0,01 s . - Nie wiem, co się stało - mówiła
zalewając się łzami. 17. miejsce - znów piękna katastrofa, znów na oczach tłumu
działaczy PKOl i wszystkich polskich dziennikarzy. Przyjechał nawet Zbigniew
Boniek.
Zaczęło się dobrze. W kwalifikacjach, z których do finału awansuje 16. zawodniczek z
najlepszymi czasami, Marczułajtis jechała w parze z Rosjanką Jekateriną
Tudigeszczewą. Uzyskała dziewiąty czas na 30 startujących. Finał wydawał się
formalnością, tym bardziej że czwarta zawodniczka z Salt Lake City eliminacje
jeździła zawsze z rezerwą, bezpiecznie, sprężała się i ryzykowała dopiero w
drugiej fazie, gdzie walczy się jeden na jeden, a przegrywająca odpada.
Wystarczyło tylko spokojnie zjechać ze stoku po raz drugi. Marczułajtis zaczęła
dobrze, pierwsze bramki mijała ciasno, nie traciła prędkości, dotrzymywała
tempa Rosjance. Czar prysł gdzieś w jednej trzeciej trasy. Jagna minęła dwie
bramki takimi łukami, jakby chciała na autostradzie wyminąć TIR-a, chwilę
później zupełnie straciła prędkość, stanęła. Nim się znów rozpędziła, Rosjanka
cieszyła się już na mecie z najlepszego czasu. Marczułajtis dojechała z 10.
wynikiem. Ale na górze było jeszcze osiem rywalek. Polka stała więc na mecie i
ze zrezygnowaną miną czekała na dwa cudy, czyli wywrotki przeciwniczek.
Szczęśliwy awans był blisko, bo najpierw przewróciła się Kanadyjka Alexa Loo, a
w ostatniej parze upadła Heidi Krings. Marczułajtis aż podskoczyła z wrażenia,
obserwując spóźniony finisz Austriaczki, ale, niestety, strata była za mała, by
uratować Jagnę. Przegrała awans o 0,01 s.
- Nie
wiem, co się stało, nie rozumiem. Widzieliście, że zabrakło tylko jednej
setnej? - powiedziała
Marczułajtis, ale nie była w stanie rozmawiać, bo po policzkach lały się
wielkie łzy. Musiała się uspokoić: - Pół godziny to za dużo, dajcie mi
kwadrans.
Co się stało tam na górze? - Po prostu dziadowsko zjechała
- po góralsku oceniła Zofia Rumińska, ciotka Jagny, która na igrzyskach pełniła
rolę jej masażystki. - To trochę przez tę ogromną presję, wszyscy
powtarzali, że ma być wysoko, że jest ostatnią nadzieją Polski - dodała
Rumińska. Jej zdaniem o słabym występie mogła też zadecydować choroba, bo
Marczułajtis przyjechała na igrzyska przeziębiona. - To był najgorszy błąd
Jagny od kilku lat, tak złego przejazdu dawno już nie miała, nawet na
treningach - rozwiał jednak spekulacje trener Polki Piotr Paluch. Jego
zdaniem Marczułajtis pojechała zbyt bezpiecznie. - Zbyt nerwowo - uważa
z kolei Jagna. Zawodniczka i trener zgodni byli w jednym. - Nie wiemy, co
się stało tam na górze, musimy to obejrzeć na wideo - stwierdzili.
Podsumowując, występ naszej reprezentacji pozostawiał wiele do
życzenia. Wszystkie „nadzieje” polskiego snowboard’u pojechały poniżej
oczekiwań i nic nie może tego usprawiedliwić. Może za 4 lata będzie lepiej?
Czas pokaże. Na razie pozostaje nam cieszyć się dwoma medalami zdobytymi na tej
olimpiadzie oraz emocjonować się występami i formą naszych polskich skoczków,
bo to chyba najpopularniejszy zimowy sport w Polsce.
Autor: Adalomek
Skomentuj na forum
>>
| |