:: Romantyczne
figury nieskończoności
Romantyk buntuje się.
Romantyk przeżywa szaloną i nieszczęśliwą miłość, zatraca się w niej do
końca. Romantyk wyrusza w podróż, zdobyć najwyższe szczyty i sięgnąć głębin.
Romantyk śpiewa poezję, sam chce zostać bohaterem pieśni. Romantyk szuka
Boga, przeżywa mistyczny trans. Romantyk...
Niezależnie co by robił
zawsze do czegoś dąży. Nigdy nie zadowala się tym co dał mu los, czuje się
powołany do wyższych celów. W końcu przychodzi mu się zmierzyć z nieskończonością
– absolutem. Nie przeraża go to jednak, wręcz przeciwnie, korzysta z możliwości
jak tylko może. Zdobywanie ogromnych szczytów przybliża go do Boga, jego miłość
jest tak silna, że może nią góry przenosić, poezja, którą tworzy zapewni
mu nieśmiertelność. Romantyk nie boi się nieskończoności, on się nią
upaja.
By omówić cały temat
romantycznych nieskończoności nie wystarczy ta krótka praca. Nie wiem też
czy wystarczyłaby do tego kilkuset stronicowa książka. Dlatego postanowiłem
ograniczyć się do nieskończoności widzianej przez naszego największego
wieszcza – Adama Mickiewicza.
Świat
jest powszechnym tropem ducha, symbolicznym jego obrazem. – Novalis
Romantykowi podczas dążenia
do absolutu zawsze towarzyszy natura. Jest ona wszechobecna i potężna, piękna
ale też groźna i niebezpieczna. Natura w rozumieniu romantycznym nie jest
dobrze zaplanowanym organizmem, tworzącym się w toku wielu milionów lat
ewolucji. Ona żyję, ma własną duszę, motywy działań, a ciałem jej jest
cały świat. Jest więc podobna do człowieka – łączy ducha i ciało.
Zatem, może mówić. Cóż więc ma do powiedzenia? Odpowiedź na to pytanie
jest równie trudna jak na pytanie co do przekazania ma nam człowiek mówiący
w innym języku, na temat, który jest dla nas nie do końca jasny. Natura mówi
do romantyków językiem symboli, za pomocą kształtów, kolorów, dźwięków.
Wystarczy jedynie je zrozumieć, co dla dziecka epoki romantycznej nie powinno
stanowić problemu, jest przecież artystą, może za pomocą serca
zinterpretować każdy przekaz. Wspomniałem też o tym, że temat jest nie do
końca rozeznajemy się w temacie. Tematem tym jest życie, jego sens i powody.
Wielka zagadka dla mędrców wszystkich epok.
Aby poznać dokładnie
człowieka, musimy wniknąć we wszystkie zakamarki jego umysłu, tak też by
odkryć tajemnice natury, musimy dotrzeć do jej, najbardziej nawet, niegościnnych
miejsc i poznać jej mroczne żywioły.
To właśnie stara się
zrobić bezimienny podróżnik – pielgrzym, bohater sonetów krymskich Adama Mickiewicza. Celem tego bohatera jest
poznanie tajemnic natury. W dążeniach swoich jest bardzo dociekliwy, zuchwały
wręcz. Nie bez znaczenia jest przeszłość pielgrzyma, o której wiemy bardzo
niewiele. Podczas ciszy morskiej odzywa się w nim hydra pamiątek, zatapiająca
szpony w sercu, wspomina z żalem tą
którą kochał o dni swych poranku, jego przeszłość jest przepełniona bólem
i poczuciem straty. Choć namiętności względem kraju swego dzieciństwa są
żywe, to jednak pielgrzym zdaje sobie sprawę z tego jak odległe to miejsca i
czasy. Podczas burzy morskiej, gdy
inni modlą się lub żegnają bliskich, on siedzi spokojnie na stronie, nie zna
już modlitw, nie ma z kim już się żegnać. Zdaje sobie sprawę z tego, że
to co przeżył do tej pory pozostanie żywe już tylko w jego pamięci.
Pielgrzym jest na wędrówkę
skazany, wyrwany z lubej dziedziny, która
mu odjęta. Nie wiemy na skutek czego odjęta została mu ojczyzna.
Mickiewicz nie utajnił przeszłości swego bohatera by ominąć cenzurę.
Pielgrzym miał być przybyszem z bliżej nieokreślonego miejsca, o przeszłości
pełnej niedopowiedzeń oraz przyszłości spowitej aurą tajemniczości.
Bohater Sonetów
nie jest zwykłym podróżnikiem, jest raczej wędrowcem, mającym cel swej podróży.
Samo to, że jest on bezimienny, nazywany po prostu pielgrzymem, ma zwrócić
uwagę nie na to, kim jest bohater, lecz jakim człowiekiem on jest. Dąży w
swoich działaniach do jakiegoś celu. Jakiego? Tego można dowiedzieć się
jedynie czytając sonety krymskie.
Już w Stepach
Akermańskich pielgrzym rzucony zostaje w przestwór
suchego oceanu. Ocean to chyba największa jednolita przestrzeń na ziemi,
za tobą morze po horyzont i przed tobą morze po horyzont. Pielgrzym, zamiast
zwykłego oceanu, widzi morze falujących traw. Jest na nim zagubiony,
pozbawiony punktów orientacyjnych, nigdzie
drogi ni kurhanu. Zagubienie człowieka wobec wielkości natury nie jest
niczym dziwnym. Dziwne jest to, co dzieje się po chwili, wędrowiec zatrzymuje
się i odcina od otaczającego go świata. W ciszy chce usłyszeć głos z
ojczyzny. Jest więc w stanie wznieść się ponad ogrom oceanu
dzięki namiętnościom tkwiącym w jego pamięci! To samo możemy zauważyć w Ciszy
morskiej gdy odzywa się hydra pamiątek,
czy też gdy pielgrzym widzi krainę pełną
dostatków i krasy, serce jego jest gdzie indziej. Pamięć zniewala go, ale
też przede wszystkim chroni przed zniewoleniem w przez poczucie małości wobec
natury. Bo natura jest sprzymierzeńcem romantyka w dążeniu do absolutu, ale
też przeciwnikiem, zachłannie strzeże swoich tajemnic. Bo choć wejście na górę,
ponad chmury zbliża nas do rozwikłania zagadki, to najpierw trzeba tę górę
pokonać, należy to zrobić na dwóch płaszczyznach, fizycznej i psychicznej.
W wypełnieniu tego drugiego pomaga pielgrzymowi pamięć, stawiająca zaporę,
pozwalająca spojrzeć z dystansu na wielkość i moc otaczającej go natury. W
pokonywaniu przeszkody fizycznej pomaga wędrowcowi Mirza, jest on lokalnym
przewodnikiem, choć wydaje się być mniej zainteresowany tajemnicami natury,
to jednak dostrzega jej ogrom i piękno.
Pielgrzym, jak już rzekłem,
musi posiadać jakiś cel. Gdzież dąży ten wędrowiec? „Tam”
– ów zaimek zdaje się być najpełniejszą odpowiedzią. Owo
„tam” widzi pielgrzym po raz pierwszy ze Stepów Kozłowa.
„Tam” orły dróg nie wiedzą
i zdaje się że dostać tam mogą się tylko istoty nadprzyrodzone jak diwy i
anioły. Bohater Sonetów staje wtedy
przed Czatyrdahem. Sama góra zdaje mu się nie martwą skałą lecz znakiem od
Boga postawionym w konkretnym celu. Pyta więc Mirzę o owo „tam”.
Odpowiedź, która mówi o ogromie góry, skwitowana jest krótkim ale jakże
wyrazistym Aa!!. Wyrażenie zachwytu
było tak trudne, że pielgrzym zdołał wydobyć jedynie owo Aa!!, które zresztą jest wystarczająco obrazowe, wyraża zachwyt,
którego nie da się ubrać w słowa. Teraz już pielgrzym wie, gdzie chce się
dostać: Tam, gdzie ponad nim będą już tylko gwiazdy.
Dach Krymu opisuje nam
Mirza. Dzięki niemu widzimy w Czatyrdahu wiecznego, wznoszącego się ponad
chmurami, strażnika niebios. W opisie góry znajdujemy również to, do czego dąży
pielgrzym. Podesławszy pod nogi ziemię,
ludzi, gromy / Słuchasz tylko, co Bóg mówi do przyrodzenia – choć
przewodnik zdaniem tym opisuje Czatyrdah, to może odnosić się ono również
do pielgrzyma. To właśnie on chce podesłać ziemię, ludzi, gromy, a nawet i
sam Czatyrdah pod nogi i usłyszeć co mówi Bóg do przyrodzenia. Wznosi się
więc ponad świat – dosłownie i w przenośni, pokonuje strażnika, by doświadczyć
choć przez chwilę nieskończoności.
Przy zejściu z
Czatyrdahu nadarza się jeszcze jedna okazja, by zaznać absolutu natury. Tym
razem jednak w zupełnie innej formie – otchłani przepaści Czufut-Kale.
Jest ona równie ważna jak najwyższy szczyt Krymu, bo kryje w sobie równie
nieodgadnione tajemnice natury. Otchłań, choć jest częścią świata, to nie
jest nim w dosłownym tego słowa znaczeniu, jest raczej jego zaprzeczeniem,
nie-światem. O ile najwyższy nawet szczyt jesteśmy w stanie sobie wyobrazić,
to z bezdenną głębią byłoby to raczej trudne. Romantyk jednak chce nie
tylko wyobrazić to sobie, on chce tam zajrzeć i odkryć jej tajemnice. Mirza
przestrzega pielgrzyma przed spojrzeniem w przepaść, posługuje się zarówno
kpiną (nie masz u rąk pierza), jak i
metaforą o bardzo poważnej treści: porównuje myśl do kotwicy, która
rzucona może przechylić i zatopić łódź w niezmierzonych głębinach morza.
Próbuje więc na wszystkie sposoby odwieść bohatera Sonetów
od spojrzenia w otchłań. Pielgrzym jednak nie byłby romantykiem, gdyby zaufał
rozsądkowi i stchórzył przed widokiem nie-świata. Cóż tam dojrzał? Może
właśnie cel swojej podróży – absolut? Nigdy jednak nie będzie dane
nam dowiedzieć się tego, gdyż pielgrzym chcąc wykrzyczeć Mirzie co widział,
nie znajduje nagle słów. Po chwilowym zastanowieniu dochodzi nawet do wniosku,
że w języku śmiertelnych nie ma słów, które mogłyby opisać to, co widział
w szczelinach świata.
Natura pokazuje swą moc
w Sonetach Krymskich również w inny, bardziej mroczny sposób. Jest
niszczycielką-triumfatorką, zabierającą z powrotem to co człowiek jej wydarł.
Pielgrzym widzi ruiny wspaniałych niegdyś budowli, obecnie zapomnianych, porośniętych
bluszczami i trawą. Skroś okien różnofarbnych
powoju roślina/ Wdzierając się na głuche ściany i sklepienia/
Zajmuje dzieło ludzi w imię przyrodzenia/
I pisze Balsazara głoskami „RUINA”.
– To, że Mickiewicz podkreślił wyraz „RUINA” nie
jest przypadkowe, pielgrzym ruinę właśnie widzi w Bakczysaraju. Nie jest
dziwnym to, że to roślina pisze „RUINA”, w końcu ona jest jej sprawcą.
Natura choć powoli, rośliną,
pokonuje cywilizację, to jej triumf jest ostateczny. Bohater sonetów widzi
ruiny głuche i zapomniane, takie którym
nie towarzyszy żadna legenda – ...szukam
herbów śladu/ Jest i napis, tu może bohatyra imię,/ Co wojsk było
postrachem, w zapomnieniu drzymie,/ Obwinione jak robak liściem winogradu.
W tym właśnie jest moc przyrodzenia
– potrafi zniszczyć nie tylko dzieło ludzkie, potrafi zniszczyć też
pamięć i posłać w niebyt kruche ludzkie namiętności – gdzież
jesteś, o miłości, potęgo i chwało!
Jednakże można spojrzeć
na zaborczą moc natury z inaczej. Bo tak naprawdę zabiera ona tylko to, co
zawsze do niej należało. Nieżywe, kamienne gmachy na nowo porastają roślinnością.
Natura potrafi więc odradzać się w nieskończoność, w tym właśnie jest
kolejny absolut – w cykliczności śmierci i narodzin. Może w sonetach
krymskich bardziej uwidoczniona jest niszczycielska siła natury, ale na
przykład w innym dziele Mickiewicza – Dziadach
części III w Bajce Goreckiego,
widzimy ją jako moc rodzenia. Ziarno, zagrzebane przez diabła, by zginęło,
odradza się i daje plon. Choć zeszło już do świata podziemnego, to jest w
stanie zmartwychwstać i kontynuować nieskończony cykl życia. W dalszej części
porównanie narodu polskiego do lawy ma na celu nie tylko pokazania plugawego wierzchu i gorącej
głębi, lawa znajduje się w wulkanach, one zaś wybuchają z podziemi
niczym nieśmiertelne ziarno. Myślę, że to właśnie jest celem porównania
– lawa, kiedy nastąpi wybuch, ma znaleźć się na wierzchu i zastąpić
dotychczasową plugawą powierzchnię, ma być plonem, tak jak zboże wyrosłe z
zagrzebanych ziaren. Wulkan jest bardzo ciekawą figurą w romantyzmie,
pokazuje, że natura żyje, w swoim wnętrzu tworzy rzeczy niezwykłe i
straszne.
Ajudah – ostatni z
sonetów, rozgrywa się w zupełnie
innej scenerii niż reszta. Nastrój, który w nim panuje też jest inny. Aż
wreszcie refleksja jaka nasuwa się po jego przeczytaniu jest inna. Pojawia się
otucha, w przeciwieństwie do innych sonetów
pokazujących siłę i wielkość natury lub cierpienie i małość człowieka.
Autor przygląda się falom nacierającym na skały wybrzeża. Lubi to robić. I to nie tylko dlatego, że to wspaniały widok.
Raczej dlatego, że to właśnie dzięki obserwacji tego niekończącego się
cyklu natury, odkrywa pewną prawdę. Bo choć wzburzone morze zdaje się wręcz
zdobywać wybrzeże, to jednak w końcu uspokoi się ono, a pozostawi po sobie perły
i korale. Podobnie ma być z emocjami targającymi serce: choć zdają się
one niszczyć człowieka, to jednak uspokajają się w końcu i pozostawiają po
sobie perły i korale. Czym są owe metaforyczne perły i korale – rzadkie i drogocenne kosztowności? Odpowiedź
kryje się w tym jak uzyskać je z emocji – chwycić za bardon i wyśpiewać
swe namiętności tak głośno jak tylko potrafimy! Przelać je na papier,
stworzyć z nich poezję. Wtedy z nich powstaną nieśmiertelne perły i korale, dzięki którym życie będzie ozdobione niczym
brzeg morza kosztownościami, jakie wyrzucił sztorm. Z tą różnicą, że
poeta będzie ozdobiony na zawsze, zarówno teraz, jak i w pamięci potomnych.
Skarby wypływają z
wody podobnie jak poezja z emocji. Czymże właściwie jest poezja w ujęciu
romantycznym? Jest właśnie zapisem emocji, nie jest ona starannie przemyślana,
tworzy się w trakcie niespokojnych wizji, podobnie jak „skarby
morza” wyrzucane są na brzeg jedynie w trakcie burzy.
Woda jest chyba
najciekawszym żywiołem. Wielu stosuje symbolikę ognia by pokazać siłę
niszczenia, ale tak naprawdę to woda jest najbardziej niszczącym żywiołem.
Ogień można ugasić, bezlitosnej fali huraganu nie da się zaś powstrzymać.
Wielu stosuje symbolikę skały, by pokazać coś trwałego, lecz kropla drąży
kamień, a lód rozsadza skałę, niszczy ją. Woda zaś zawsze pozostanie
niezwyciężona, można ją osuszyć a zamieni się w parę i znów połączy w
chmurach. Jest też najbardziej tajemniczym żywiołem. Morza i oceany zajmują
ponad trzy czwarte ziemskiego globu, Mont Everest – najwyższa góra nie
wystawałaby ponad powierzchnię wody, gdyby wyrosła w najgłębszym miejscu
zamiast w Himalajach. Tak naprawdę do dziś nie wiemy, co kryje się w odmętach
oceanów, są one tak ogromne i niedostępne, że zbadanie ich zajmie jeszcze
wiele lat.
Czy więc można
wyobrazić sobie lepszy symbol poezji? Woda jest tajemnicza, jednocześnie
niszcząca i dająca życie i co najważniejsze: jest wieczna, zamknięta w
nieskończonym cyklu życia i śmierci, pary i lodu. Jak poezja, ludzie tworzyli
ją i będą ją tworzyć, przetrwa ona w pamięci potomnych zajmie miejsce w
ich umysłach, tak jak krople zawsze będą krążyć, choć wyschną ich dawne
oceany.
Ponadto
woda ma jeszcze jedną cechę wspólną z poezją. Odbija rzeczywistość.
Mickiewicz doskonale to zauważył w jednym z liryków
lozańskich – Nad wodą wielką
i czystą. Wiersz ten tak naprawdę nie ma tytułu, zamiast niego używa się
pierwszego wersu. Czemu tworzy się dzieła bez tytułów? Tytuł powinien
zapowiadać treść utworu. Może po prostu nie ma słów, które mogłyby
zapowiedzieć tą treść, a może autor nie chciał nic sugerować, utwór miał
być spontanicznym przeżyciem, nie ograniczonym tak banalnymi ramami, jak tytuł
na górze, czy podpis z dołu?
Mickiewicz w tym wierszu
opisuje „zachowanie” wody. Odbija ona wszystko, co znajdzie się w
jej zasięgu: kształty czarnych obłoków, twarze i błyskawice. Jednak woda
nie robi tego dokładnie, np. w przypadku pioruna odbija światło, a głos
gdzieś niknie. Tu Mickiewicz za pomocą metafory wody stara się też określić
rolę poezji, a nie tylko ją scharakteryzować. Dlaczego więc pomijać ma
„błyskawicę”? Deklaruje przecież, że wszystko wiernie odbija.
Tak jak woda nie jest w stanie odbić dźwięku, tak i poeta nie jest w stanie
przekazać wszystkiego co zostanie mu objawione, bo nie potrafi. Ma jednak do
tego dążyć, nigdy nie ustawać w swoim zadaniu, tak jak skały mają stać
i grozić a obłoki deszcze przewozić, tak poeta, jak woda właśnie, ma płynąć,
płynąć, płynąć – nigdy nie ustawać w swoim zadaniu
przekazywania tego, co dane mu będzie dojrzeć.
Tak jak powiedział
Novalis - Świat jest powszechnym tropem
ducha, symbolicznym jego obrazem. I tak właśnie postrzegali go romantycy
– jako zapowiedź, znak czegoś ważniejszego, czegoś poza doczesnym
poznaniem. Trzeba było zrozumieć metafory przyrody, by zrozumieć romantyczną
nieskończoność – absolut. Niezależnie czy widziało się go w szczelinie
świata czy w nieskończonym cyklu wędrówki wody, zawsze potrzebna była w
tym natura.
Jednak sama natura była
tylko częścią drogi do nieskończoności. Cóż było następną?
Płomień
rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało...
– A. Mickiewicz
Poezja ma moc, już
Horacy pisał nom omis moria, wiedząc, że choć sam w końcu umrze to poezja
jego żyć będzie wiecznie. Poeci romantyczni czuli to samo. Sztuka w ich świecie
miała moc. Była nie tylko gwarantem wiecznego życia w pamięci potomnych.
Rozpalała ona emocje Wertera i powodowała działania Wallenroda. Dzięki niej
Konrad z Dziadów mógł krzyczeć do
Boga Ja mistrz! i „sięgać do
nieba skrzydłem”.
To właśnie w tej epoce
Gauiter miał wypowiedzieć słowa: „Sztuka dla Sztuki”. Jednakże
stwierdzenie to miało zgoła różne znaczenie od tego jakim posługujemy się
nim teraz. Było najwyższą formą wyniesienia poezji, nie miała ona służyć
żadnym ulotnym, ziemskim celom, a jedynie sobie samej, jako wartości wyrastającej
poza ziemski padół.
U Mickiewicza można
znaleźć ujęcie poezji pod prawie wszystkimi wyżej wymienionymi postaciami.
Utworem, na który należy zwrócić szczególną uwagę, jest Konrad Wallenrod. Gdyby nie stary wajdelota, Konrad – tytułowy
bohater niechybnie nigdy nie pomyślałby nawet o swojej przeszłości. Zostałby
wiernym żołnierzem zakonu. Jednakże Halbald spotykający się z małym,
jeszcze wtedy Walterem, śpiewa mu o straconej ojczyźnie. To właśnie dzięki
tym pieśniom krzyżak - Walter Alfa staje się pogromcą zakonu –
Konradem Wallenrodem. To z pewnością jedna z ról poezji. Ma napominać,
przypominać i pobudzać do działania. Wajdelota towarzyszy głównemu
bohaterowi przez cały utwór. Nawet gdy Konrad jest już Mistrzem Zakonu Krzyżackiego,
Halbald pojawia się by upomnieć go swoją pieśnią, rozwiać wszelkie wątpliwości
i zmusić do działania.
Nie
jest to jednak jedyna rola poezji i artysty w tym utworze. Gdy Wallenrod
dokonuje już swego straszliwego czynu i zostaje wykryty, postanawia popełnić
samobójstwo. Jego rola na tym świecie jest już spełniona. Proponuje to samo
wajdelocie, myśląc, że on też uczynił to co do niego należało. Jakże
zaskakuje go odpowiedź Halbalda: Ja przeżyje i ciebie mój synu! Jak to? Można by zapytać, ile może
pożyć jeszcze ktoś, kto już w młodości Konrada był stary i ponadto spełnił
już to co chciał zrobić. Właściwszym pytaniem byłoby: po co? I na to właśnie
pytanie odpowiada po chwili wajdelota. Mówi, że musi żyć by zanieść
wszystkim historię Konrada, dotrzeć do każdej wioski, każdego Litwina. Tam
zaś, gdzie nie dojdzie on ma dolecieć jego pieśń. Czyli tak naprawdę jego
rola w życiu Wallenroda dopiero się zaczyna, wajdelota uczyni go nieśmiertelnym.
Sam zresztą wydaje się być też kimś więcej niż tylko starym bardem. Jest
nieśmiertelny i jego rola nie kończy się nigdy, jest uosobieniem poezji.
Jestem nawet gotów
stwierdzić, że fałszywy krzyżak byłby nikim bez Halbalda. I to nie tylko
dlatego, że wajdelota skłania Konrada do działania. Sam Wallenrod dopiąłby
swego i zarazem pogrążyłby siebie i swój czyn w niepamięci. Za rok, dwa o
nim i ofierze jego życia, zapomnieli by wszyscy. Byłaby to jedna z najbardziej
pesymistycznych opowieści o doli ludzkiej złożonej w ofierze historii.
Dzięki wajdelocie czyn
przekształca się w pamięć o czynie, wchodzi na stałe w historię i tradycje
narodu. Zapewnia nieśmiertelność Konrada i jego poświęcenia w pamięci
potomnych. W którą będzie śpiewał bard dla rycerzy, matka dla swych dzieci.
Z tych pieśni powstać ma „mściciel naszych kości” czyli
kontynuator walki jaką podjął Wallenrod. Dlatego właśnie Halbald musi dalej
żyć, a jego rola nie skończy się nigdy. Każde następne pokolenie
potrzebuje historii przodków i ich bohaterskich czynów. Nie suchych dat i
informacji, właśnie historii w opowieściach bo to one pobudzają wyobraźnie
i uświadamiają naród w swoim „jestestwie”. Dzięki nim może
powstać „mściciel”, tak jak Wallenrod powstał słuchając pieśni
wajdeloty.
Można by zapytać: dlaczego akurat najważniejszym powiernikiem tradycji
jest bezimienna pieśń gminna? Przecież istnieje wiele innych świadectw
kulturowych, na przykład obrazy, rzeźby, budowle. Zdają się one być formami
sztuki wyższych lotów. Odpowiedź na to pytanie udziela Mickiewicz w
zacytowanym na początku rozdziału fragmencie. Pieśń
ujdzie cało – to z pewnością prawda, tradycja śpiewana i mówiona
przechowywana w pamięci i sercu przetrwa o wiele więcej niż nietrwałe wyroby
ludzkich rąk. Wzniesie pomnik trwalszy od spiżu. Będzie istniała dopóki żyć
będzie ostatni jej strażnik. Jest ponadto uniwersalna, jest arką
przymierza między dawnymi i młodszymi laty. Rzeczywiście, choć zdaje się,
że zawsze każde kolejne pokolenie różni się stanowczo od poprzedniego, to
jednak zazwyczaj wychowuję się one w tym samym systemie wartości zawartym w pieśni gminnej.
Poezja ma moc czynienia
nieśmiertelnym bohatera opowieści. Jaką moc prócz tego daje autorowi? Na to
pytanie odpowiedzi udziela postać Konrada w trzeciej części Dziadów. Dokładne
prześledzenie Wielkiej Improwizacji pozwala dojrzeć naprawdę wiele.
Już na samym początku
Konrad wypowiada znamienne słowa: Samotność
– cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi? / Gdzie człowiek co mej pieśni cała myśl wysłucha?. Stawia on
siebie jako poetę ponad wszystkimi innymi ludźmi, stwierdza, że jest jednostką
wybitną a to skazuje go na samotność i niezrozumienie. Poeta w romantycznym
świecie był zawsze inny od reszty śmiertelników, niezależnie czy był poetą
– bogiem Schillera czy też poetą przeklętym Krasińskiego.
Konradowi z pewnością
bliżej do tego pierwszego. Nie bez podstaw woła do Boga Ja mistrz!, jest nim bezsprzecznie. Z Bogiem łączy go bardzo
wiele, choćby fakt, że ma on moc tworzenia absolutu. Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę, / Cóż
ty większego zrobić mogłeś Boże? – poezja daje mu taką siłę,
że równać się może z Bogiem. Kiedy mówi: Tak
gardzę to martwą budową, / Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,
/ Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo
/ Nie mogłoby jej zwalić. / Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę /
Ścisnął, natężył i razem wyświecił, / Może bym sto gwiazd zgasił i
drugie sto wzniecił, / Bo jestem nieśmiertelny!, nie są to wcale wywody
szaleńca, Konrad najprawdopodobniej faktycznie posiada taką moc. „Najwyższy
z czujących na ziemskim padole” sięga dzięki niej do kolejnej
romantycznej figury nieskończoności – poezji jako mocy nieskończonych
możliwości tworzenia, jako siły burzącej i powołującej do życia światy.
Nawet jeśli te światy istnieją tylko w głowie artysty.
Dzięki temu poeta jest
wstanie rzucić wyzwanie samemu Bogu – twórcy doskonałemu. Nie ma
znaczenia, że walka ta jest przegrana zanim jeszcze się rozpocznie, samo
wyzwanie jest świadectwem ogromnej mocy.
Poeta Mickiewicza jest również
prorokiem. Choć może profetyzm Konrada jest samozwańczy, gdy wchodzi w trans
podczas małej improwizacji, Konrad – orzeł zostaje pokonany przez kruka.
Niezależnie jak interpretowany jest tu symbol czarnego ptaka, nie ulega wątpliwości,
że wychodzi on z pojedynku zwycięsko, Konrad nie jest wstanie przewidzieć
przyszłości.
Inaczej ma się sytuacja
z samym Mickiewiczem, uważającym się za nowego proroka. Pod wpływem Towiańskiego
będzie głosił zasady nowego pojmowania religii chrześcijańskiej. Czy też,
ustami księdza Piotra wypowie przepowiednie dla Polski.
Nawet jeżeli moc
Konrada jest ograniczona to i tak jest ogromna. Skąd ją bierze, co daje mu możliwość
wołania do Boga i upominania się o swoje racje? Ja kocham naród cały! / ... / Ja i ojczyzna to jedno / Nazywam się
Milijon – bo za milijony / Kocham i cierpię katusze – odpowiedź
na poprzednie pytanie może być tylko jedna – miłość. To miłość
daje moc i miłość jest romantycznym nieskończonością
Przez
miłość ludzie stają się bogom równi - Schiller
Samo słowo romantyzm,
choć dziś rozumiane nieco inaczej niż kiedyś, od razu kojarzy się z miłością.
Poeci romantyczni mówili o miłości inaczej niż poeci we wszystkich
poprzednich epokach. Miłość była wartością najwyższą. Kochali bez pamięci,
jak opętani, szaleni. Cały kosmos był dla nich, w porównaniu do miłości,
czymś bez znaczenia. Woleli by to świat zginął szybciej niż miłość. Była
wręcz religią, sakramentem, cudem. Kochali kochać. Dowodem na to miał być
fragment, usunięty przez cenzurę, z Dziadów IV, gdzie Gustaw porównuje
pocałunek miłosny do komunii świętej!
Miłość romantyczna
zawsze jest miłością nieszczęśliwą. Wymyśla tortury zaprawdę straszne.
Daje poznać i cierpienia odrzucenia i łzy rozłąki.
Kochają szalenie, w
ich miłość nie ma nic wspólnego z rozumem. Krasiński, z pewnością doświadczony
kochanek, powiedział kiedyś o uczuciach: „Są tak gwałtowne, tak
porywające, że rozum przeciwko nim jest tylko przedrzeźniającym bufonem,
ale nigdy zaradnym lekarzem”. Posunę się nawet do stwierdzenia, że
bohater romantyczny nigdy nie powie: „myślę, więc jestem”.
Romantyk krzyknie w euforii: „kocham, więc jestem!”.
Również znakomita większość
autorów przeżywała uniesienia miłosne lub przynajmniej przelotne romanse.
Jeszcze młody Adam pałał wpierw wielkim uczuciem do Maryli Wereszczakówny,
potem na zesłaniu stworzył serię najpiękniejszych polskich erotyków w sonetach
odeskich, do których przecież coś musiało dostarczać mu natchnienia.
Miłość była w świecie
romantyków uczuciem niezwykle, czasem nawet przerażająco silnym. W utworze
Mickiewicza Romantyczność Karusia
tak bardzo kochała swego Jasieńka, że zdaje się go widzieć i być przy
nim nawet po jego śmierci. Jakże potężna musi być miłość by mogła
pokonać śmierć? W podobnej sytuacji znajduje się Gustaw z II i IV Dziadów.
Jest on, jak to odnotował sam autor na
świecie, ale nie dla świata – umarł a mimo to pozostaje wśród
śmiertelnych, nie może zaznać spokoju. Według podań ludowych dzieje się
tak dlatego, że Gustaw popełnił zbrodnie niewybaczalną – samobójstwo
i pokutuje teraz za to. Ja myślę jednak, że grzech nie jest głównym
powodem pozostania pustelnika wśród żywych. Pozostał na świecie ponieważ,
trzyma go tu miłość. W rozmowie z księdzem cały czas nie potrafi oderwać
myśli od ukochanej. Gdy wspomina o trzech rodzajach śmierci, wyraźnie
zaznacza, że prócz śmierci cielesnej i ostatecznej przez potępienie,
istnieje jeszcze trzeci rodzaj śmierci. Śmierć następująca przez
rozstanie dwóch kochanków. Jak łatwo się domyśleć to właśnie ta śmierć
dotknęła jego.
Dopiero w dalszej części,
ksiądz orientuje się, że Gustaw jest upiorem. Upiory, wampiry, strzygi
– te mitologiczne postacie rozpalały wyobraźnię romantyków.
Wszystkie te istoty nie były ani żywe, ani też martwe. Choć umarły dla świata,
jak kochanek po rozłączeniu, to wciąż pozostawały żywe. „Żywy
trup”, ten oksymoron zdaje się najlepiej oddawać cierpiącego z miłości
romantyka, choć wciąż żyje, coś w nim już umarło.
Gustaw zakańcza swą
wizytę słowami: Bo słuchajcie i zważcie
u siebie, / Że wedle boskiego rozkazu: / Kto za życia choć raz był w
niebie, / Ten po śmierci nie trafi tam od razu”
- jak to rozumieć? Wydaje mi się, że upiór właśnie w tym momencie
powiedział dlaczego warto kochać. Do tej pory wymieniał cierpienia jakie
powoduje miłość. Tu zaś, stwierdza, że kochać to tyle co doświadczać
nieba! Naszą nagrodą w raju będzie szczęście wieczne, doskonałe i
absolutne. Miłość romantyczna, choć tylko przez chwilę, pozwala nam doznać
tego tu, na ziemi. Inaczej nie warto by było kochać.
Romantyczny kochanek
Mickiewicza – Gustaw, przeżywa miłość nie tylko do kobiety. W
Dziadach III, Gustaw przemienia się w Konrada. Miłość do kobiety
przemienia się w miłość do ojczyzny. Kocha on Polskę ponad wszystko. Zbieżność
imienia z Konradem Wallenrodem jest nieprzypadkowa. Fałszywy krzyżak również
ukochał ojczyznę ponad wszystko inne. Poświęca dla niej całe swe życie.
Tylko dlatego, że kocha może popełnić zbrodnie jaką jest zdrada kodeksu
rycerskiego. Miłość tłumaczy jego postępowanie, w żadnym innym wypadku
niedopuszczalne. Romantycy nie uznawali czegoś takiego jak grzeszna miłość,
była ona zawsze sakramentem, obowiązkiem.
To właśnie miłość
daje Konradowi moc prawie boską. Dzięki może tworzyć. Poezja wynika więc
z miłości. Ktoś, kto nie kocha, nie może być artystą.
Bluźnierstwo Konrada
i jego chęć walki z Bogiem, wynika nie tylko z powodu jego pychy. On cierpi
z miłości. Cierpi za milijony, a
jego żal jest tak wielki, że popycha go do rzucenia wyzwania Bogu. Nie robi
tego by zdetronizować Boga i zająć jego miejsce. On chce mieć moc, by zaśpiewać
pieśń szczęśliwą, oddać wszystko tym, których kocha. Czyni więc
takie same zło jak Konrad Wallenrod, zło w imię najwyższego dobra –
miłości. I właśnie jedynie dlatego, Bóg nie skazuje go na potępienie,
lecz wysyła anioły by go ocaliły, wie, że Konrad chce działać w imię
dobra. A ten kto dążył do dobra /
ocalenie u nas uzyska – jak to powiedziały anioły, biorąc w obronę
duszę Fausta.
Nawet
sam Bóg zdaje się potwierdzać wielkość miłości. Jest nazywany Twórcą
Doskonałym, Panem, Ojcem, Sprawiedliwością, Mądrością, Królem Królów
i Panem Panów i jeszcze wieloma innymi imionami. Lecz podstawą naszej
religii jest nazywanie Boga Miłością. Gdyby Bóg nas nie kochał bylibyśmy
niczym, zaledwie mówiącymi małpami. Tak zaś, otrzymaliśmy wolną wolę i
nadzieję na zbawienie. Bóg „działa” bo kocha. Z pewnością według
standardów romantycznych jest poetą. Widać to w całym stworzonym świecie.
Miłość jest chyba
najważniejszą figurą romantycznej nieskończoności. Bez niej nie byłoby
poezji, bo to ona jest głównym natchnieniem. Bez niej nie byłoby takiej
natury jaką widzimy w utworach romantycznych. Ktoś, jeśli kiedyś wybierze
się na Krym i będzie chciał zobaczyć miejsca z sonetów
krymskich, rozczaruje się. Krym jest zdecydowanie piękniejszy w sonetach
niż naprawdę. Nie chcę tu powiedzieć, że Mickiewicz „ubarwiał”
to co widział. On po prostu patrzył nato jak romantyk, oczami miłości.
Methinks, I see... Where? - In my
mind’s eyes
- Hamlet, Shakespear
Warto wspomnieć o tym
jak pojmowanie nieskończoności wpływało na formę sztuki jaką tworzyli
romantycy. Postanowili oni ostatecznie zerwać ze wszystkimi normami
wyznaczonymi w antyku i kultywowanymi w oświeceniu. Zaowocowało to
powstaniem gatunków nieczystych. Wywołało to skandal i sprzeciw krytyki.
Jednakże romantycy na obronę swej sztuki tworzenia argument nie do odparcia:
rzeczywistość jest nie czysta, taka też powinna być literatura. Dobrym
przykładem są choćby sonety krymskie. Prawidłowy sonet powinien składać się z dwóch
pierwszych zwrotek zawierających opis i dwóch kolejnych zawierających
refleksje. Większość sonetów Mickiewicza nie zachowuje tego, a na przykład
sonety takie jak Droga nad przepaścią
Czufut-Kale czy Widok gór ze stepów
Kozłowa są wręcz sonetami-dramatami, dialogiem dwóch osób, co w
sonetach było nowością.
Teatr romantyczny
ostatecznie zrywa z zasadą trzech jedności. Ich dramat jest formą nieczystą,
synkretyczną. Łączy się z epiką i liryką, monumentalne sceny zbiorowe
występują wraz z partiami kameralnymi, wątki realistyczne z fantastyką,
patos z groteską, komizm zaś z tragizmem. Można by powiedzieć, że nie
jest to żadna nowość: Szekspir zrobił to już dwa wieki temu. Lecz to
dopiero romantycy „odkopali” Szekspira i uznali jego dzieła za
prawdziwie wielkie, wręcz wzorcowe.
Działo się tak
dlatego, że poczucie absolutu, to również brak ograniczeń w tworzeniu.
Gustaw krzyczał: nieskończoność
tworzę!, sztuka takiego artysty nie może być zamknięta w żadne ramy,
ograniczona zasadami. Można w tym zauważyć kolejną nieskończoność
– wieczne przenikanie się formy, ciągłe powstawanie nowych stylów i
niezliczona mnogość interpretacji dzieła.
I znów doskonałym
utworem do przytoczenia zdają się być Dziady,
tym razem każda z ich części. Już sama kompozycja dzieła otwartego jest
zerwaniem z klasycznymi regułami. Kolejność odczytywania Dziadów, ustalona przez samego autora to Dziady II i IV, następnie niedokończona część pierwsza, oraz kończąca
cykl część trzecia, nie zgadza się ich pierwotną numeracją. Samo to
powinno zwrócić uwagę na różne możliwości interpretacyjne dzieła.
Ponadto utwory te dają nam poznać jedynie jakiś fragment całej sytuacji.
Część pierwsza jest mroczna i tajemnicza, sam autor nie zdołał jej skończyć.
W Dziadach II i IV tajemniczy upiór
pojawia się i znika nie dając do końca poznać swej natury i motywów.
Wreszcie część trzecia zawierająca w sobie wizję przyszłości, aż prosi
się kolejną, w której nadejdzie bohater o imieniu czterdzieści cztery.
Wydarzenia opisywane w tych utworach nie kończą się wraz z końcem dzieła.
Będą one zawsze tajemnicze i niedopowiedziane.
Ponadto dramat
romantyczny pełnił inną funkcję niż jego antyczny poprzednik. Niegdyś
dramat zawsze przeznaczony był do wystawiania go na scenie, dramat
romantyczny niekoniecznie. Zawsze wykorzystywany brak zasady trzech jedności
stawiał nowe wyzwania ludziom zajmującym się techniczną stroną
przedstawienia. Mickiewicz swój artykuł o dramacie rozpoczął od słów: nie
dość jest napisać dramat; z kolei chodzi o jego wystawienie. W dalszej
części tekstu wyrażał zwątpienie w to, że Słowianie doczekają się
szybko wystawienia swego dramatu. Jednakże wzorem Tiecka stwierdził, iż
przywiązywanie zbytniej wagi do dekoracji świadczy o upadku dramatu. To słowo
poety powinno przenosić widza w inny świat, nie zaś tła i efekty
specjalne. Radził więc dramaturgom słowiańskim by w ogóle zapomnieli o
teatrze i scenie. Wyobraźnia i cudowna moc poezji były, zdaniem Mickiewicza,
zdecydowanie ważniejsze. W tym możemy również zauważyć poezję jako
absolut, pozwala nam dojrzeć rzeczy, których naprawdę nie ma. Niezliczone
światy i zdarzenia z umysłów poetów da dojrzeć się tylko w jeden sposób
– oczyma naszej duszy.
Nieskończoność
zawsze pozostanie tajemnicą. Nie wiemy gdzie ona się znajduje, jest zarazem
wszędzie i nigdzie. Nie da się jej zważyć, zmierzyć, ani ułożyć
definicji. Można jedynie jej doświadczyć. I to właśnie romantycy
wiedzieli doskonale i starali się nam przekazać. Absolut to przede wszystkim
stan duszy niesionej miłością, poezją czy pięknem natury.
- Mikołaj Donin
|