Awans,
pieniądze czy spotkanie z bliskimi mogą dać je nam na chwilę. Ale cóż
stanie się, jeśli stracimy pieniądze, pracę, a ukochana osoba odejdzie z
tego świata? Radość opuści nas wtedy z pewnością. Co dzieje się z człowiekiem,
gdy opuszcza go szczęście, gdy rzeczy, z których niegdyś się cieszył,
zostają mu odebrane? Czy bez radości człowiek po prostu powróci do swego
poziomu emocjonalnego sprzed jej zaznania?
Tu
należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie: Jaki stan dla człowieka jest
normalny, wyjściowy? Nie wiemy tego. Człowiek od narodzenia, przez całe życie
doświadcza pewnych uczuć, jest nimi wręcz wypełniony. Czy można założyć,
że nie istnieje stan, w którym człowiek nie czuje się ani dobrze, ani też
źle? Nie ma momentu nie-czucia szczęścia lub bólu, stanu, w którym emocje
te równoważą się?
Ponieważ
zagadnienie to nurtowało mnie, pozwoliłem sobie przeprowadzić badanie na
ponad stuosobowej grupie ludzi. Zadawałem proste pytanie: czy czujesz się
szczęśliwy/wa w danym momencie? Jedynie kilka osób nie było w stanie
odpowiedzieć na to pytanie od razu. Po namyśle zaś odpowiadały, że nie
potrafią tego jednoznacznie określić, czują obojętność wobec tego. Gdy
jednak kontynuowałem rozmowę, dowiadywałem się, że nie jest im w tym
stanie dobrze – czyli, że nie są szczęśliwe.
Czy
brak radości musi oznaczać pojawienie się innego, nowego uczucia? W
dualistycznej teorii świata każda wartość posiada swoją równie silną
anty-wartość. Bóg-diabeł, światło-ciemność, dobro-zło itd. Choć
teoria ta nie jest przyjmowana przez część systemów filozoficznych i
religijnych, to zdaje się zawierać w sobie ziarno prawdy; na co dzień możemy
zauważyć w naszym życiu pewne jej dowody – noc po zachodzie słońca
pokonuje dzień, by ustąpić mu po jego wschodzie, możemy poczuć zimno lub
ciepło. W takim wypadu szczęście, również musi posiadać swoje
anty-uczucie – smutek.
Czym
jest smutek? Jeśli jest przeciwieństwem radości, to tak jak ona, musi być
nie tylko uczuciem i doświadczeniem, ale też stanem. Szczęście to stan, w
którym chcielibyśmy żyć. Smutek to stan, w którym tracimy ochotę do życia,
stan, z którego chcemy jak najszybciej się wyrwać – kryzys.
Należałoby
wrócić do zagadnienia zapisanego w tytule – czy kryzys faktycznie może
być źródłem stymulacji twórczej? Czy stan, w którym przechodzi nam
ochota do życie, czujemy smutek i zniechęcenie faktycznie może pobudzać
nas do tworzenia? Choć zdaje się to paradoksalne, spróbuje obronić tezę
postawioną w tytule.
Czym
jest tworzenie? I znów zdałoby się naiwne pytanie, na które nie jesteśmy
w stanie odpowiedzieć. Może spróbujmy zadać to pytanie w inny sposób: po
co artyści tworzą swoje dzieła? Nigdy nie obcowałem z wielkimi twórcami,
nie miałem okazji zadać im tego pytania. Jednakże myślę, że wiem po co
to robią. Odkryli coś, co uważali za ważne i pragną podzielić się z
nami swoim spostrzeżeniem, pokazać coś do tej pory nieznanego.
Co
jednak wpływa na to, że ludzie potrafią stworzyć coś nowego? Choć
„tabula rasa” Locke’a jest jedynie teorią, to jednak mocno
prawdopodobnym wydaje się być, iż faktycznie wszystkie nasze czyny wynikają
z poprzedzających je doświadczeń. Nawet jeśli „tablica” nie
jest czysta na początku, to dość szybko zapełnia się ona nowymi szkicami
coraz bardziej zasłaniającymi te stare. Moc twórcza zdaje się więc wynikać
z ilości doświadczeń, im posiadamy ich więcej, tym syntezując je, możemy
stworzyć rzeczy ciekawsze.
Kryzys
jako nowe doświadczenie powinien więc korzystnie wpłynąć na odkrywanie,
tworzenie nowych rzeczy. Czy rzeczywiście tak jest, czy smutek
i cierpienie miałyby być stymulatorem równie silnym jak radość i
przyjemność? Można dowieść tego w jeden tylko sposób: wskazując dzieła
powstałe na skutek kryzysu. Nie będzie to trudne, wystarczy wspomnieć o
dekadentach i ich twórczości, sztuce zwątpienia i kryzysu, tworzonej bez chęci
do dalszego życia, melancholijnej, smutnej a jednocześnie bardzo pięknej.
Dobrym przykładem takich utworów są wiersze Kazimierza Przerwy-Tetmajera*
czy Leopolda Staffa (choćby fragment wiersza przytoczony na początku).
Dekadenci, jak to określił Żeleński-Boy, potrafili podnieść własną
beznadziejność do wyżyn idei. Również artyści z innych epok najpiękniejsze
swe dzieła tworzyli w chwilach kryzysu i zwątpienia. Warto tu wspomnieć o
Janie Kochanowskim i jego trenach. Są one prawdopodobnie najpiękniejszymi
wierszami polskiego renesansu, a powstawały w chwilach największego kryzysu
Jana z Czarnolasu. Nie tylko stracił jedyne dziecko – ukochaną córeczkę
Urszulę, ale też z pewnością musiał przygnębić go zmieniający się
obraz świata. Treny powstawały w latach 1579-1580, był to okres, na który
przypadał schyłek myśli humanistycznej, a zwłaszcza renesansowej koncepcji
życia człowieka, z którą przecież Kochanowski się identyfikował. W roku
1564 kardynał Stanisław Hozjusz sprowadził do Polski jezuitów**, lata
siedemdziesiąte upływały więc pod znakiem kontrreformacji. Schyłek wieku
XVI zaznaczył się także kryzysem świadomości religijnej wskutek rozbicia
jedności wyznaniowej Europy. Reformacja, która miała uzdrowić Kościół,
doprowadziła do podziałów społecznych i wojen religijnych.
Czy
jednak kryzys stymuluje twórczość jedynie jako nowe doświadczenie, czy też
powoduje coś jeszcze? Nazwałem radość stanem, w którym nie dążymy do
niczego. Nigdy też nie zadajemy pytań skąd wzięło się nasze szczęście,
nie ciekawi nas to, właściwie nic wtedy nas nie ciekawi, pragniemy jedynie
trwać wiecznie w owej beztroskiej chwili. Podczas kryzysu jest inaczej:
zaczynamy zadawać pytania. Trudne pytania. O sens życia, cierpienia i o
przyszłość. Pozostając w szczęściu, nigdy nie otrzymalibyśmy odpowiedzi
na te pytania; nie pomyślelibyśmy nawet o tym, by je sobie zadać. Tymczasem
w kryzysie szukamy odpowiedzi na pytania, skłania nas on do refleksji. O tym,
że cierpienie może pozytywnie wpłynąć na człowieka, dowiadujemy się już
z Biblii, gdy Hiob w końcu załamany zadaje pytania. Żadna inna księga
Pisma Świętego nie stawia tak dosłownie, że aż chce się rzec, brutalnie
pytania o sens cierpienia. Po zesłanych na niego nieszczęściach, w
kryzysie, Hiob nie jest już taki jak kiedyś, jego ufność i pokorę zastępuje
rozżalenie i gniew. I wtedy właśnie ma dość determinacji, by zadać
pytania, a co ważniejsze: otrzymać odpowiedzi!
Księga
Hioba jest prawdopodobnie, w przeciwieństwie do innych ksiąg Starego
Testamentu, całkowicie fikcyjna, należy traktować ją raczej jako przypowieść.
Jednocześnie jednak Hiob, zdaje się być najbliższą nam postacią,
podobnym do nas i do wszystkich innych ludzi. Jego historia jest ponadczasowa,
historia kryzysu i wychodzenia z niego. Choć oczywiście, to, iż ważne
pytania zadajemy sobie, dopiero, gdy doświadczymy cierpienia, jest jedynie
jednym, drugo lub trzecio planowym wnioskiem z Księgi Hioba, uważam, że
jest równie ważnym.
Tak
właśnie jest też z artystami, nigdy nie poruszyliby pewnych problemów,
gdyby nie zwątpienie, cierpienie i kryzys. Nie byłoby Trenów
Kochanowskiego bez śmierci Urszulki, Dziadów
III Mickiewicza, gdyby nie klęska Powstania Listopadowego, Hymnu
Słowackiego, gdyby nie rozpacz po opuszczeniu ojczyzny…
W
tym miejscu należałoby wspomnieć, że większość wielkich twórców przeżywało
kryzys twórczy czy życiowy. Ernest Hemingway na przykład, przeżywał
wielokrotne załamania psychiczne, by w końcu zakończyć swe życie samobójstwem,
a uchodzi za jednego z najznamienitszych pisarzy ubiegłego wieku, nagrodzony
został między innymi Nagrodą Nobla.
Mówi
się, że każde cierpienie uszlachetnia, zaś to co nas nie zabije, wzmocni
nas. Choć do porzekadeł i mądrości ludowych zawsze powinno odnosić się z
pewną rezerwą, należy przyznać, że zawsze zawierają w sobie ziarno
prawdy. Tak też jest z kryzysem – osoby, które z niego wyszły,
zazwyczaj są wzmocnione w wierze w sens życia, artyści zaś wtedy właśnie
przeżywają swe okresy największej płodności i tworzą najznamienitsze
dzieła.
Do
tej pory zajmowałem się kryzysem jedynie w psychicznym rozumieniu, wspominałem,
o smutku, niemocy twórczej i zwątpieniu. Choć, pytanie o twórczość
zawarte w tytule dotyczy głównie tego rozumienia kryzysu, należałoby też
wspomnieć o skutkach kryzysu gospodarczego, dotykającego zarówno
pojedynczych ludzi, jak i całe społeczeństwa, bo bez wątpienia on też
znacznie wpływa na ich moc twórczą i dzieła. Okazuje się, że problemy
ekonomiczne nie są w stanie zatrzymać artystycznego geniuszu, wielu znanych
malarzy, w szczególności impresjonistów i prymitywistów, tworzyło w
warunkach skrajnej biedy: Cloude Monet, Auguste Renoir czy Nikifor, nieprędko
doczekali się uznania. Może to właśnie dzięki kryzysowi ich dzieła są
tak specyficzne. Ubóstwo nie jest także w stanie powstrzymać poetów i
pisarzy: Norwid, jeden z najważniejszych poetów polskich przez całe życie
prześladowany był przez biedę. Reymont, którego życie określane było
przez ówczesnych „biografią fantastyczną” – doszedł od
syna wiejskiego organisty, mającego za sobą jedynie kilka klas szkoły
parafialnej do laureata Nagrody Nobla. Prawdopodobnie żaden z tych twórców
nie stworzyłby dzieł tak dojrzałych, gdyby życie nie doświadczyło go tak
boleśnie.
Jak
natomiast ma się kryzys gospodarczy do mocy twórczej społeczeństw? Tu
sprawa staje się bardziej skomplikowana. Bo w jakiż sposób w biednym państwie
trzeciego świata powstać może ośrodek badań kosmicznych czy fabryka
nowoczesnych podzespołów komputerowych? Osiągnięcia techniczne społeczeństw
w krajach rozwijających się zdają się być niemożliwe. Jednak, jak
pokazuje praktyka, wcale tak nie jest; zgodnie z myślą: „potrzeba matką
wynalazków”, ludzie w kryzysie potrafią stworzyć zaskakująco dobre
rzeczy, choćby wymyślona kilka lat temu, przez afrykańskiego
fizyka-amatora, lodówka składająca się z trzech glinianych naczyń, przełożonych
warstwą mułu, pozwalająca utrzymać wartość spożywczą jedzenia przez długi
czas, tam gdzie prąd jest niedostępny. Innym dobrym przykładem na to, iż
kryzys nie tylko zwiększa moc twórczą, ale wręcz ją wymusza, jest
przypomnienie, iż naukowcy amerykańscy wydali ponad 3,5 mln dolarów na
opracowanie długopisów mogących pisać w przestrzeni kosmicznej, (przez
inne ciążenie i atmosferę długopis o normalnym kształcie i zwykłym tuszu
nie jest w stanie przelać myśli na papier), rosyjscy (a wtedy jeszcze
radzieccy) astronauci po prostu użyli ołówków.
Jak
jeszcze kryzys może wpływać na tworzenie? Na początku porównałem kryzys
do radości, przedstawiłem go jako jej anty-uczucie, taką samą siłę, działającą
jedynie w przeciwnym kierunku. Właściwości powinny być więc takie same.
Nie przypadkowo przeszedłem na język fizyki, gdyż właśnie jej zamierzam użyć
do potwierdzenia tego iż kryzys może pozytywnie wpłynąć na twórczość,
stymulować ją, jak dziwne by się to nie wydało. Fizyka mówi, że wszystko
osiąga pewien punkt krytyczny, po którym następuje implozja. Już spieszę
z wyjaśnieniem, w jaki sposób ma pomóc mi to w wyjaśnianiu problemu
postawionemu w tytule tematu: teoria ta doskonale sprawdza się w przypadku
szczęścia – gdy już mamy go w nadmiarze, przestaje nas cieszyć,
pieniądze, do których tak dążyliśmy, stają się nagle bezwartościowymi
papierkami, piękne miejsce staje się zwyczajne, a wymarzona praca zaczyna
nudzić i denerwować. W tym właśnie momencie następuje implozja –
gdy nasze szczęście osiągnie krytyczny punkt, gdy naprawdę nie będziemy
już chcieli do niczego dążyć. Kryzys, jako szczęście zwrócone w
przeciwną stronę również powinien posiadać swój punkt krytyczny, taki,
po który może być już tylko lepiej. Bo jaki stan może być gorszy od
niechęci do dalszego życia?
Potem
już każdy promień słońca czy polny kwiat może być dostatecznym
natchnieniem do stworzenia dzieła. Nie może być szczęścia bez cierpienia,
tworzenia bez kryzysu, dnia bez nocy. Kryzys, paradoksalnie, staje się
najlepszym środkiem stymulującym tworzenie. Nie tylko je wspomaga, ale też
momentami wymusza.