|
Maciek Partyka :: Moje nowe zajęcie ... .. .
Mama mówiła, że mam się uczyć, żeby nie pracować przy
kopaniu rowów. Studiowałem przez pięć lat i teraz kopię groby. Mam taki ładny
zielony kombinezon i czapkę z daszkiem. Lubię tę robotę. Pewnie wielu z was
myśli, że to bardzo niewdzięczna praca, ale to nieprawda. Wcale nie przeszkadza
mi fakt, że pół dnia spędzam na cmentarzu. Przecież to miejsce jak każde inne.
Nie widuję tutaj duchów umarłych. Dla mnie to jest zwykłe cmentarzysko
szkieletowe rzędowe. Typowe dla naszej kultury. Podobnie jak pochówki megalityczne
dla kultury amfor kulistych i groby kloszowe dla kultury pomorskiej. Sporo
takich już odkopałem, więc znam się na tym. Powiecie, że wszędzie są trupy.
Prawda. Ale czym jest dla mnie kolejny trup? To tylko materiał kostny.
Człowiek, zdecydowanie homo sapiens, typ antropologiczny nieistotny, bo
zmienność wewnątrzgatunkowa jest obecnie bardzo duża, płeć taka i taka,
określony wiek. Nawet nie muszę patrzyć na napis na nagrobku. Jestem pewien, że
gdybym kiedyś wykopał jego szkielet bez problemu doszedłbym do tego na
podstawie kości. Artretyzm też bym rozpoznał, podobnie jak gruźlicę, raka czy
inne poważniejsze choroby. Mogę zajrzeć delikwentowi w zęby i ocenić jego
dietę, jeśli głodował to też się o tym dowiem. Z mojego punktu widzenia to po
prostu kolejny denat. Dzisiaj zakopałem już czterech. Kopanie wcale nie jest
ciężką pracą. Dają nam dobre łopaty. Naostrzone. Na wykopaliskach często o tym
zapominano. Tutaj narzędzia pracy zawsze są należycie przygotowane. Ale to nie
wszystko. Praca w zakładzie pogrzebowym ma wiele innych zalet. Przede wszystkim
pracujemy w ciszy. Nikt nas nie pogania. Rodziny zmarłych zawsze w milczeniu
spuszczają głowy, nie lubią patrzyć na to jak wykonujemy swoją robotę. Kiedy
kończymy zostawiają wieńce i odchodzą. Najbardziej lubię te z naturalnymi
kwiatami. Kiedyś wyciągałem je z wiązanek i robiłem bukiety dla ukochanej. Ale
to było dawno. Odeszła, kiedy dowiedziała się gdzie pracuję. Myślicie, że
jestem jakimś ponurakiem, co? Ale ja lubię dobrą zabawę. Po pracy często
chodzimy z kolegami na piwo. Wcześniej idąc przez kolejne alejki śmiejemy się z
napisów na nagrobkach. JAN FURMANEK - pewnie wpadł pod furmankę. MARIA
STRZYKAWA - bez wątpienia przedawkowała. ALFONS WIERZYKOWSKI - ciekawe, czym
się zajmował? JAKUB PODESZWA - jak można mieć takie głupie nazwisko! Dobra,
może to nie jest bardzo zabawne, ale co tam. Dobrze, że przynajmniej nie
żartujemy sobie przy rodzinie zmarłego. Choć czasem trudno mi się powstrzymać
od śmiechu, kiedy słyszę mowy wygłaszane nad grobem. MIAŁA ZALEDWIE 98 LAT I
ZMARŁA TAK NAGLE. BYŁA MŁODA I PEŁNA ŻYCIA. Nie raz już coś takiego słyszałem.
W zasadzie już przywykłem. Jeszcze gorszych rzeczy można nasłuchać się w
"Kafeterii". Dom Spotkań Rodzinnych "Kafeteria" jest
miejscem, gdzie ludzie siedzą po pogrzebie jedząc tłuste kotlety i wspominając
losy pochowanego zanim stał się materiałem dla antropologa. Ja też jadam w
"Kafeterii". Jako pracownik zakładu pogrzebowego mam tam specjalną
zniżkę. Pamiętam jak kiedyś mój pracodawca zorganizował tam sylwestra. Przyszli
tylko pracownicy, bez osób towarzyszących. Była muzyka, szampan i fajerwerki.
Naprawdę dobrze się bawiliśmy. W ogóle bardzo lubię kolegów z pracy. Zarówno
tych, co kopią, jak i noszących trumnę i jeżdżących karawanem. Żal mi się
będzie z nimi rozstać, ale mama kazała mi znaleźć inne zajęcie. Od przyszłego
tygodnia będę pracował w prosektorium.
Maciek Partyka [blackgrzywa@wp.pl]

Maciek Partyka :: Niemy Krzyk ... .. .
Obudziły mnie jakieś krzyki zza ściany. Cholerni sąsiedzi musieli kłócić się już od rana! Wciąż czułem skutki wczorajszego wypadu do knajpy. Wszystkie dźwięki głośniejsze od mojego oddechu były dla mojej biednej głowy jak kataklizm. Przytuliłem się do poduszki, twarz nakryłem kołdrą. Było mi dobrze. Mógłbym tak leżeć bez końca. Podobnie jak sąsiedzi mogli bez końca się wydzierać. Wiedziałem jednak, że muszę się wyrwać z tego błogostanu. Ja musiałem, a oni nie. Z tego co mi wiadomo byli bezrobotni i jeszcze kłócili się o pieniądze, paranoja. Sięgnąłem ręką po zegarek, spojrzałem.
- Ja pierdole - chciałem powiedzieć. Chciałem, ale mi się nie udało. Z jakichś dziwnych przyczyn z moich ust nie wydobyły się słowa tylko jakiś niezrozumiały charkot. Już wcześniej byłem chory. Nic dziwnego, skoro lekarz w kółko powtarzał, że niezdrowy tryb życia, stres, nieodpowiednia dieta i takie tam osłabiają organizm. Nic jednak nie zapowiadało masakrycznego zapalenia krtani. Za ścianą usłyszałem odgłos tłuczonych naczyń. Niby tacy biedni, a co tydzień rozbijają ze dwadzieścia talerzy. Chciałem rzucić jakąś kwiecistą wiązankę w tamtą stronę ale nie byłem w stanie. Rozkaszlałem się potwornie i padłem na łóżko. Zacząłem powoli oddychać, wdech wydech, wdech, wydech. Odgłosy dobywające się z mojego gardła bynajmniej mnie nie uspakajały. No bo niby jak mają kogoś uspokoić pomruki Lorda Vaidera!? Teraz policzymy do dziesięciu - głośno i wyraźnie. Kurwa! Jak mam liczyć do dziesięciu skoro nie jestem w stanie wycharczeć nawet cholernego jeden.?! Spokojnie, tylko kurwa spokojnie. Trzeba przeanalizować sytuację. Moi sąsiedzi to kretyni, jestem spóźniony do pracy, nie mogę mówić. W takich sytuacjach faceci uwielbiają kląć. Nie wiem za jakie grzechy odebrano mi tę możliwość. Jeśli Pan Bóg istnieje to jest... nawet nie mogłem publicznie wykrzyczeć za kogo go uważam. Pamiętam jak w szkole tłumaczono nam, że jak koniecznie chcemy powiedzieć brzydkie słowo, to zamiast mówić napiszmy je na kartce, a kartke potem wyrzucimy do śmieci. Problem w tym, że w szkole uczą głównie baby. I one kurwa nie rozumieją jak ważne jest żeby wykrzyczeć to co trzeba. Jakie to było dla mnie ważne! Akurat teraz! Dokonawszy tego odkrycia przez chwilę spojrzałem trochę przychylniej na swoich sąsiadów. Już lepiej żeby wydzierali się na siebie, niż mieliby w ciszy i spokoju planować zagładę całej dzielnicy. Niech żyją ekstrawertycy!
Udało mi się jakoś dojść do siebie. Po 20 minutach od feralnego przebudzenia siedziałem w kuchni, piłem kawę i czytałem kartkę od mojej kobiety. Tak, już od kilku tygodni komunikowaliśmy się głównie w ten sposób. Na kartkach pisaliśmy co trzeba kupić, gdzie poodkurzać, ustalaliśmy które z nas wezwie fachowca od kaloryfera, ona czasem informowała, że wróci później. Czytałem te wszystkie notatki pozbawione jakichkolwiek uczuć (no bo ile można zawrzeć uczucia w stwierdzeniu, że mam kupić 2 kilo kartofili), oczekując najgorszego. Wiedziałem, że wreszcie odejdzie, w zasadzie byłem na to przygotowany. Jednak za każdym razem, kiedy zamiast krótkiego "żegnaj" , "odchodzę" i tym podobnych znajdowałem listę zakupów byłem w gruncie rzeczy zadowolony. Nie pamiętałem o co poszło, zresztą to już dawno nie miało znaczenia.
Połknąłem tabletki, wszystkie jak leci. Miałem od groma tych cudownych pigułek polecanych przez Goździkowaą i spółkę. Łykałem je w zasadzie tylko z przyzwyczajenia. Wiedziałem, że prawdziwą przyczyną chorób jest niezdrowy tryb, stres i blebleble. Doktor powtarzał to jak mantrę.
Wbrew moim obawom w pracy poszło całkiem nieźle. Chociaż spóźniłem się ponad godzinę nikt się tym zbytnio nie przejął. Kiedy minąłem szefa w korytarzu powiedział odkrywcze "spóźniłeś się". Kiwnąłem głową. Pogroził mi palcem; "żeby to się więcej nie powtórzyło". W odpowiedzi kiwnałem raz jeszcze. Przez następne sześć godzin nie prowadziłem żadnych konwersacji, nie było takiej potrzeby. Zająłem swoje miejsce na obrotowym krześle i gapiłem się w monitor. Wprowadzanie danych nie jest może fascynującym zajęciem, ale można się przyzwyczaić. Z szefem miałem styczność tego dnia jeszcze jeden raz. Po tym jak opieprzył pracownika w pokoju obok, za to, że gada przez telefon zamiast robić swoje, zajrzał też do mnie. Spojrzał mi przez ramię i widząc, że nic sobie nie robię z jego obecności mruknął pod nosem "dobra robota" czy coś w tym stylu i wyszedł.
Po pracy czekały mnie zakupy. Pojechałem do supermarketu, wrzuciłem do koszyka co trzeba. Zastanawiałem, się co będzie przy kasie. Kasjerka powiedziała wyuczone "dzieńdobry", skinąłem głową, zapytała czy mam kartę złotą geant, zaprzeczyłem ruchem głowy. Zapakowałem rzeczy do toreb, zapłaciłem i wyszedłem. Nikt mi się specjalnie nie dziwił. W przeciwieństwie do człowieka na wózku niemowa nie budził powszechnego zainteresowania.
Po powrocie do domu włączyłem kompa i odpaliłem ulubioną grę. Znowu mnie zabili, ale tym razem nie mogłem krzyknąć "kurwa", a samo rzucanie przedmiotami i wściekłe walenie w klawiaturę w ciszy wyglądałoby co najmniej głupio. Wszelkie porażki znosiłem więc spokojnie.
Mijały kolejne dni. Radziłem sobie całkiem nieźle. W pracy dotrzymywałem terminów, więc nie musiałem się z niczego tłumaczyć, zakupy robiłem tylko w sklepach samoobsługowych. Komunikacja z Martą przebiegała lepiej niż kiedykolwiek. Na naszych kartkach przypinanych magnesem do drzwiczek lodówki pozwoliłem sobie na kilka małych żartów, raz nawet narysowałem komiks, a co tam, skoro to była jedyna dostępna dla mnie forma ekspresji miałem pole do popisu! W grze szło mi coraz lepiej. W końcu praktyka czyni mistrza! Nie chodziłem już do pubów, zresztą po co miałbym chodzić, skoro nie byłem w stanie zamówić piwa? Nie piłem, miałem więcej czasu na grę.
Mimo podwójnych dawek leków stan mojego zdrowia wcale się nie poprawił. Wszelkie próby wycharczenia choć jednego słowa kończyły się przewlekłym bólem gardła i napadami kaszlu. Potrzebowałem wizyty u lekarza. Znalazłem wizytówkę specjalisty od niezdrowego trybu, stresu i blebleble. Napis drobnym druczkiem informował, że "uprasza się o kontakt telefoniczny w celu zapisania się na wizytę". Kontakt telefoniczny? Mam mu nachuchać do słuchawki, kichnąć? A niech się wypcha!
Wszystko było dobrze, aż do dnia kiedy szef poprosił mnie o rozmowę. Oczywiście nie zrobił tego osobiście, o nie! Takie sprawy załatwia się przez sekretarkę. Skurwiel chciał mnie zwolnić. Wiedziałem o tym. To było równie pewne jak szybkie odejście mojej kobiety i diagnoza doktora pierwszego kontaktu odnośnie przyczyn mojego stanu zdrowia. Nie byłem przygotowany na ten moment, nie teraz do cholery! Zawsze wyobrażałem sobie, że jak ten wredny sukinsyn wywali mnie na zbity pysk wreszcie powiem co o nim myślę. Dzisiaj nie miałem na to szansy. Oczywiście mogłem jebnąć go w ryj, ale co to za frajda pobić kolesia? Trzeba go pobić, ale tak, żeby wiedział za co.
Zrezygnowany poszedłem wreszcie do jego biura. Kazał mi się rozgościć. Usiadłem na brzegu wielkiego fotela, zacisnąłem pięsci. Zaczął tradycyjną przemowę, którą od innych pracodawców słyszałem dziesiątki razy.
- Oczywiście doceniam pańskie dotychczasowe dokonania dla naszej firmy, pracuje pan u nas już- tutaj przerwa na spojrzenie w stos papierów na stole - prawie 12 miesięcy. Uważam, że to wystarczająco długo... żeby ocenić pana przydatność do pracy.
Kurwa, zaraz będą konkrety - pomyślałem zaciskając pięści coraz mocniej.
- Pozwoli pan, że powołam się na statystyki?
Nie wyraziłem sprzeciwu, bo niby jak? Niech mówi o tych wszystkich spóźnieniach i niedotrzymanych terminach. Może sobie gadać, już mi kurwa wszystko jedno.
- Jest pan najbardziej wydajnym pracownikiem w zespole.
Że co?
- Ma pan prawidłowe podejście do wykonywanej pracy. W przeciwieństwie do kolegów nie marnuje pan czasu na bezproduktywne pogawędki. Robi pan po prostu to, co do pana należy. Proszę mi wierzyć, to jest naprawdę rzadkość w tej firmie...
Ugryzł się w język, obaj wiedzieliśmy, że nie powinien tego powiedzieć.
- W związku z tym chciałbym zaproponować panu nowe stanowisko. Pańskie kwalifikacje wprawdzie nie w pełni odpowiadają wymaganiom jakie stawiamy przed innymi kandydatami, ale to nie problem. Zapewnimy panu stosowne szkolenia, żeby dokształcił się pan w odpowiednim czasie, oczywiście na koszt firmy.
Próbowałem mu coś odpowiedzieć, jednak z mojego gardła wydobył się jakiś dziwny gulgot w niczym nie przypominający mowy artykuowanej.
Trochę skołowany wróciłem do domu. Marta przybiegła jak tylko otworzyłem drzwi. Coś było nie tak.
- Musimy porozmawiać - powiedziała, jeszcze zanim zdjąłem buty.
- Radek, ja ostatnio... to znaczy my..
- Dostałem awans - próbowałem powiedzieć. Nawet nie wiem po co.
Oboje milczeliśmy. Ja z powodu inwazji dróg oddechowych, ona najwyraźniej z innych przyczyn.
- Radek, zmieniłeś się. Zrobiłeś się spokojny, nie krzyczysz na mnie, w ogóle nie klniesz, zaczęłam się martwić, bo nawet nie pijesz.
- Ja... - nadludzkim wysiłkiem próbowałem wyznać jej miłość.
- Nic nie mów. Ja wiem. Robisz wszystko tak jak cię o to proszę, jakby było ci zupełnie wszystko jedno. To co piszesz na kartkach jest takie miłe, jakbyś chciał stwarzać jakieś pozory. Zmieniłeś się w tak krótkim czasie. To wszystko przez NIĄ!
- ccc..ccoo?
- Masz kochankę!!!
- No co tak stoisz? Mógłbyś przynajmniej coś powiedzieć!
Maciek Partyka [blackgrzywa@wp.pl]

Aga :: Samobójca ... .. .
OD AUTORKI:
Krótkie, jedno z pierwszych moich opowiadań... Oceńcie sami, bo ja mam do wszystkiego co moje dość "ostre" podejście... :)
TESTAMENT
1. Chcę by na moim pogrzebie nie było księdza.
2. Chcę by mój grób był bez krzyża.
3. Nie chcę by za mną płakano.
4. Niech to, co napisałem(wiersze, opowiadania itp.) zostanie zaniesione i to, co najlepsze opublikowane,(jeśli istnieje taka możliwość).
5. Z moimi rzeczami róbcie, co chcecie.
6. Nie chcę by się za mnie modlono.
7. Nie chcę by kłamano mówiąc, że byłem chrześcijaninem.
P.S. To na tyle, żegnajcie!
Wstał od stołu. Swój testament włożył do koperty, którą zapieczętował. Wyszedł z mieszkania zostawiając kopertę w miejscu widocznym, ale dopiero, gdy się dobrze przyjrzeć- to zapobiegawczo, by nikt nie zauważył koperty od razu- czyli wtedy, kiedy będą przeszukiwać jego pokój.
Ruszył w nieokreślonym kierunku. Postanowił skończyć swe, jakże marne życie. Nie wiedział tylko, w jaki sposób to zrobi. Przychodziło mu do głowy kilka możliwości, jednak on szukał tej najszybciej, a zarazem najmniej bolesnej, a więc:
1.Powiesić się, ale:
- zamiast od razu zerwać jeden z kręgów szyjnych może zacząć się dusić, przez co będzie powoli umierał
2. Skoczyć z 10 piętra, ale:
- a co jeśli jakimś cudem przeżyje?
3. Łyknąć garść tabletek, ale:
- za późno już wyszedłem z domu
Postanowił skorzystać z opcji drugiej. Ruszył w kierunku zabudowań. Teraz mając już rozwiązanie swojego zadania szedł odważnie i równym krokiem.
Wkrótce dotarł do pierwszych bloków, były to jednak bloki cztero-piętrowe, a więc za niskie by z nich "skorzystać" w oddali rysowały się sylwetki wieżowców(na szczęście!). Zastanawiał się czy przypadkiem nie zauważą, iż nie wziął ze sobą telefonu, ani kluczy. Praktycznie nie wziął ze sobą nic, żadnego sprzętu, miał puste kieszenie. To było jednak mało ważne, przecież i tak go nie znajdą, już jest za późno.
Nie miał przyjaciół, dziewczyny, nikt za nim nie przepadał istniał na marginesie społeczeństwa, nawet rodzice woleli jego młodszego brata. Nie uczył się najlepiej, jego jedynym zainteresowaniem była poezja, napisał kilka ładnych wierszy, ale w końcu poezja nie zapewni mu poczucia bezpieczeństwa, poezja nie zapewni mu niczego, to tylko słowa"rzucone" na papier, nic więcej...
Dotarł do pierwszego wieżowca. Postanowił, że nie będzie wjeżdżał windą na dziesiąte piętro tylko wejdzie tam po schodach "Tak będzie lepiej- nie lubię małych pomieszczeń- pomyślał"
W końcu wszedł na samą górę, otworzył okno i wyjrzał na zewnątrz. Długo tak stał zastanawiając się, co ma zrobić. Po chwili jednak wszedł na parapet, czuł wiatr wiejący mu prosto w twarz, spojrzał w dół, zamknął oczy i skoczył.
Oczu nie otwierał do samego końca, czuł jak wiatr omiata jego ciało, był ciekaw ile pozostało mu jeszcze drogi, ale nie postanowił nie otwierać oczu, wiedział, że tak będzie lepiej...
Leciał kilka sekund, potem z dziwnym odgłosem jego ciało uderzyło w beton. Czaszka pękła, a jej zawartość- mózg- wypłynęła na chodnik. Jedna z rąk była wywinięta w dziwny i jakże interesujący sposób. Natomiast jedna z nóg złamała się, kość wystawała na zewnątrz, a wkoło było pełno krwi.
Ktoś dostrzegł ciało leżące na chodniku i natychmiast zadzwonił po pogotowie. Przyjechało po pewnym czasie, by zabrać zwłoki, jedyne, co po nich pozostało to wielka plama krwi na chodniku.
Matka odnalazła testament, już wiedziała, że jej syn nie żyje- płakała, a jakże- po przeczytaniu testamentu postanowiła, że spełni prośby syna...
Na pogrzebie nie było księdza, na grobie nie było krzyża. Wprawdzie płakali za synem, ale nie były to rzewne łzy, wierszy nigdzie nie zanieśli-, bo i po co?- Z rzeczami- a jakże- zrobiono, co chciano, wszystko, co niepotrzebne wyrzucono, a reszta "poszła" na strych. Nie modlono się-, "bo, po co? Modlić się za takiego durnia"- kłamać również nie kłamano, jest ateistą i koniec "taki sam dureń jak każdy ateista- mówili wszyscy w koło- prędzej, czy później wszyscy ateiści poumierają.
Szybko o nim zapomnieli, nikt później nie wspominał, nie było, czego, nic po nim nie zostało, jedynie grób, zapomniany, nieodwiedzany, porzucony. Nikt go nie sprzątał, bo nie miał, kto- rodzice mieli inne sprawy na głowie, a braciszkowi się nie chciało- ot, taki grób, zapomniany, grób zwykłego szarego człeka, który zmarnował się przez ludzi, przez ich głupotę. Zmarnował się prawdziwy poeta.
12.02.2006 Rok
Aga [aga_evil@o2.pl]

T.R.Weich :: Notatka ... .. .
Zdarzył się wypadek. Osobliwy był to wypadek, można by rzec. Na stosunkowo łatwym odcinku drogi wiodącej wokół jeziora zderzyło się kilkanaście samochodów. I to jest właśnie osobliwe, bo dzień był słoneczny, widoczność dobra, nawet bardzo, droga równa, nawierzchnia sucha, a samochody wjeżdżały jedne w drugi, jakby prowadzący je kierowcy nagle oślepli. Kolejna dziwna rzecz, samochody były kompletnie "skasowane", ale nikomu z siedzących w środku ludzi nic się nie stało, to dobrze. Nie stało się nic nikomu, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Lecz, i to właśnie jest następną niejasnością, w niektórych samochodach pełno było zaschniętej krwi. I jeszcze jedna ciekawostka, żaden z uczestników wypadku nic nie pamięta. Wszyscy po prostu stracili pamięć. Ostatnią rzeczą, którą sobie przypominają, przed tym, zanim pamięć znowu się im uruchomiła, była mgła na jeziorze. Jednakże, coś się wszystkim uczestnikom zdarzenia musiało poplątać, przecież o żadnej mgle nie mogło być mowy, jak zaznaczyłem na początku, dzień był słoneczny, a widoczność doskonała.
Później, kiedy lekarze przebadali niektórych z biorących udział w całym tym szaleństwie, stwierdzono, że na ciałach wielu z nich, widoczne są ślady po poważnych ranach. Niemniej jednak ludzie ci twierdzą, że żadnych takowych ran nigdy nie odnieśli. Zastanawiające!?
Zarządzono poszukiwanie świadków. I udało się znaleźć jednego, jedynego świadka. Tylko, że to, co mówił nie trzymało się "kupy", było zupełnie bez sensu. Prawdopodobnie miał nie nierówno pod sufitem. Był pasterzem i w czasie wypadku doglądał owiec, na pobliskim pagórku. Twierdził on mianowicie, co następuje:
Na chwilę przed całym zajściem jezioro pokryte było grubą warstwą chmur albo mgły, która nagle się rozpłynęła, a po jeziorze maszerował jakiś człowiek. Tak po prostu szedł sobie po wodzie bosymi stopami. I wtedy samochody zaczęły, z hukiem, wjeżdżać jeden w drugi. Maszerujący po wodzie wszedł na brzeg i ruszył w kierunku karambolu. Kilka minut chodził pomiędzy samochodami, a potem wrócił na jezioro. Pojawiły się obłoki, chwilę nic się nie działo, a kiedy obłoki znowu, tak samo nagle, jak wcześniej, rozpłynęły się, rozpłynął się z nimi i tamten człowiek.
Wysłuchano zeznań, najwyraźniej pomylonego pasterza, jedynego świadka, ale nikt nie prowadził żadnych notatek, bo i po co spisywać tę paplaninę "szurniętego"?
Prawdopodobnie cała ta dziwna historia nigdy nie doczeka się logicznego wyjaśnienia.
Koniec
Woodstock 15.09.2005
T.R.Weich [t.r.weich@gazeta.pl]

T.R.Weich :: Na drugą stronę ... .. .
Co ja tu robię? - Pomyślała stara, zgarbiona kobieta z laską w ręce. Stała na poboczu drogi i ze smutkiem w oczach spoglądała na drugą stronę, gdzie stał obiekt jej tęsknot, mały ciepły i czysty domek. Wystarczyło, żeby tylko przeszła przez cztery pasy trasy szybkiego ruchu i już mogła otworzyć drzwi swojego domu, wejść do środka, usiąść i odpocząć. Był tylko jeden problem. Nigdzie, jak okiem sięgnąć, nie widziała przejścia dla pieszych. Nigdzie nie widziała świateł, nigdzie tunelu pod, czy wiaduktu nad jezdnią.
Kobieta zlęknionym wzrokiem obserwowała nieprzerwany strumień samochodów, zmierzających w obu kierunkach. Jedne samochody były mniejsze inne większe, jeździły szybciej i wolniej. Kobieta najbardziej bała się tych wielkich samochodów, z naczepami. Na samą myśl o nich, ciarki biegały jej po całym ciele. Kolejny taki kolos przemkną obok staruszki i podmuch wiatru, który temu towarzyszył, o mało co nie przewrócił kobiety.
Po raz setny popatrzyła w lewo i w prawo, tak ją uczyli rodzice, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Jakież to stare czasy, a i samochodów było mniej. Przejść przez ulicę w tamtych czasach mógł nawet żółw. A ona tak właśnie się teraz czuła, powolna jak żółw.
Dlaczego żaden z kierowców nie zwolni? Przecież muszą ją widzieć. Jeszcze jeden rzut oka w lewo i w prawo, tylko że, co z tego. Ani przez chwilę na drodze nie robi się na tyle spokojnie, żeby mogła na nią wejść i bezpiecznie przejść na drugą stronę. Może powinna postawić nogę na asfalt, a wtedy samochody zatrzymają się albo chociaż trochę zwolnią? Tak chyba piszą we wszystkich Kodeksach Ruchu Drogowego, a jeśli nawet nic takiego w książkach nie ma, to kierowcy i tak powinni zatrzymać się, i przepuścić ją.
Postawiła prawą nogę na jezdni. Nic. Nikt się nie zatrzymał, nikt nawet nie zwolnił. Chciała postawić drugą nogę, ale szybko ją cofnęła. Jeden z tych wielkich samochodów pędził prosto na nią. Kierowca trąbił i wymachiwał pięścią.
Uciekła i stała teraz na poboczu z łomoczącym sercem, rozglądając się nerwowo to w prawo, to w lewo.
Co zrobić? Jak przejść? - Myślała, spoglądając na dom po drugiej stronie.
Łzy cisnęły się jej do oczu, jedna wybrała się nawet na spacer po policzku. I wtedy wpadł jej do głowy szalony pomysł. Zamknie oczy i nie patrząc, przejdzie na drugą stronę. Przecież jakoś musi się tam dostać, a nic lepszego nie mogła w tej chwili wymyślić. Przeżegnała się, zamknęła oczy, głęboko nabrała powietrza w płuca i zrobiła pierwszy krok. Serce o mało nie wyskoczyło z jej piersi. Drugi krok. Jeden z samochodów minął ją o parę centymetrów. Kierowca krzyczał coś w środku, czego ona nie słyszała, walił też pięścią o kierownicę, ale ona tego nie widziała. Powieki zaciskała coraz silniej i silniej, i nic ją nie interesowało. Kolejny krok i jeszcze jeden. Samochód minął ją o włosek. Tym razem z tyłu. Chciała zrobić następny krok, ale przeszkodziło jej w tym silne uderzenie. Podcięło jej nogi, uniosła się w powietrze, przeleciała dwa, trzy metry i runęła na drugi pas jezdni, prosto pod koła nadjeżdżającego TIR'a. Ten przejechał po staruszce i nawet się nie zatrzymał. Następny samochód zrobił to samo.
Co ja tu robię? - Pomyślała stara, zgarbiona kobieta z laską w ręce. Stała na poboczu drogi i ze smutkiem w oczach spoglądała na drugą stronę, gdzie stał obiekt jej tęsknot, mały ciepły i czysty domek. Wystarczyło, żeby tylko przeszła przez cztery pasy trasy szybkiego ruchu i już mogła otworzyć drzwi swojego domu, wejść do środka, usiąść i odpocząć. Był tylko jeden problem. Nigdzie, jak okiem sięgnąć, nie widziała przejścia dla pieszych. Nigdzie nie widziała świateł, nigdzie tunelu pod, czy wiaduktu nad jezdnią.
Zaraz, zaraz? Czyż to nie wydarzyło się już? A może tylko coś podobnego śniło się jej? Albo pamięć płata jej figla? Tak. To na pewno wina pamięci. Musiała przecież niejeden raz przechodzić przez tę jezdnię, aby dostać się do swojego domu, po drugiej stronie.
Tylko że, co ona tu robi, po co tu szła? Tego nie mogła sobie przypomnieć. Ech, ta pamięć. W młodości miała dobrą pamięć, potrafiła godzinami recytować wiersze z kapelusza. Szybko się uczyła, nie miała problemów z zapamiętywaniem dat i nazwisk, nawet numery telefonów pamiętała po pierwszym usłyszeniu. Ale, czy aby na pewno? Czy przypadkiem nie jest to tylko fiksacja jej zmęczonego umysłu? Po co tu w ogóle przechodziła?
Wtedy znów przypomniała sobie o swoim przytulnym, ciepłym i cichym domku. Spojrzała przez drogę i zatęskniła. Musi tam przejść. Z zamyślenia wyrwało ją trąbienie klaksonu. Kierowca wymachiwał pięściami i coś krzyczał. To chyba do niej. Wtedy zauważyła, że obiema nogami stoi na jezdni. Szybko cofnęła się na pobocze. Jak ma się przebić przez ten nieprzerwany sznur pędzących samochodów? Kiedy nie byłaby taka stara i zmęczona, poszłaby w poszukiwaniu przejścia dla pieszych, ale na to nie ma już siły. Najlepiej zamknąć oczy i tak przejść na drugą stronę. Może, kiedy nie będzie patrzeć, wszystkie te dymiące potwory znikną, a ona bezpiecznie przejdzie. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Zrobiła jeden krok i drugi, a potem był pisk opon i coś w nią walnęło. Trochę zabolało, ale tylko odrobinę. Ból tak samo nagle zniknął, jak nagle się pojawił.
Co ja tu robię? - Pomyślała stara, zgarbiona kobieta z laską w ręce. Stała na poboczu drogi i ze smutkiem w oczach spoglądała na drugą stronę, gdzie stał obiekt jej tęsknot, mały ciepły i czysty domek. Wystarczyło, żeby tylko przeszła... Albo jej się to śniło, albo wszystko to już kiedyś przeżyła. Déja vu? Tak się to chyba nazywa? Nie, to nie Déja vu. Była prawie pewna, że to wszystko musiało już kiedyś się wydarzyć. Ale jak to jest możliwe? Czyżbym umarła i dostała się do piekła? - pomyślała. Chciała sobie zrobić szybki rachunek sumienia z całego życia, ale nic nie pamiętała. Zupełnie nic. Wpadła w panikę. Dom. Mój cichy, przytulny i ciepły dom. A jednak coś pamięta. Ale jak dostać się na drugą stronę? Pokuśtykała kilkadziesiąt metrów w jedną stronę. Wróciła i pokuśtykała kilkadziesiąt metrów w drugą stronę. Nigdzie żadnego przejścia. Jak się przedostać? Przecież musi przejść na drugą stronę. Przejdź na drugą stronę, przejdź na drugą stronę - powtarzała sobie. Przejść na drugą stronę? Ale jak? Żaden z samochodów ani na chwilę nie zwolnił. Żaden z kierowców nie zwracał na nią nawet najmniejszej uwagi. Ja śnię. Tak. To nie Déja vu, ani piekło. To jest sen. Zamknę oczy, a kiedy je otworzę, będę już leżeć w moim łóżku. Uśmiechnęła się, zamknęła oczy. Przejść na drugą stronę, przejść na drugą stronę, przejść..... Jeden, drugi, trzeci krok, uderzenie, ból, ciemność.
Game over. "Marsz żałobny" Szopena.
Dwaj młodzieńcy stali przy automacie do gry.
- A byłem już tak blisko! - Wrzasnął jedne z nich. - Pożycz kasy.
- Nie mam. - Odpowiedział drugi młodzieniec.
- Masz widziałem.
- To na zakupy. Mama dała mi na dżinsy.
To wytłumaczenie nie wystarczyło pierwszemu z młodzieńców i z całych sił zaczął namawiać kolegę, aby jednak tamten zrezygnował z kupna spodni. Potem zaczął z innej strony i zabrał się za próbę przekonania przyjaciela, aby zaoszczędził, kupując tańsze spodnie, a zaoszczędzone pieniądze zainwestował w przejście "Na drugą stronę". Tym razem odniósł sukces. Kompromis został zawarty. Najpierw spodnie, potem gra. Opuścili salon gier, a automat ciągle jeszcze "żalił się" Szopenem.
Koniec
Wiedeń 10.03.2004
T.R.Weich [t.r.weich@gazeta.pl]
|