spis treści | poprzednia strona | następna strona
35 Sen wariata

Śnieg padał bez przerwy już trzeci dzień. Było to w sumie bez znaczenia, bo już po pierwszym dniu miejskie służby zaniechały nierównej walki z żywiołem. Pogrążony w śniegu Zakrzów wyczekiwał odwilży.... . W ciężkiej od dymu i innych zapachów atmosferze zakrzowskiej knajpy lokalne grono meneli przeczekiwało trudny okres nad kieliszkiem mocniejszej cieczy.  Większość niestety już pierwszego dnia wyczerpała zasoby finansowe, niektórzy próbowali brać "na krechę", inni zmuszeni byli trzeźwieć. Barman jak zwykle trwał na posterunku zliczając forsę zarobioną na konsumentach. Nikt nie odważał się mu podskakiwać. Chodziły słuchy, że odkąd zjada dziennie kilo sterydów, potrafi połknąć pół litra razem ze szklanym  opakowaniem.

W lokalu nie działo się nic ciekawego aż do południa dnia drugiego. Wtedy to spróchniałe drzwi wejściowe otworzyły się i co trzeźwiejsi ujrzeli coś, czego w tym miejscu nie pamiętali najstarsi menele. W drzwiach stał emeryt ubrany w wyświechtany mundur wojskowy, czarny płaszcz i oficerki. Kapitan Odyniec - lokalny popapraniec, weteran Armii Krajowej. Znał go tu każdy, był w sumie największą atrakcją Zakrzowa. Do knajpy zaglądał rzadko, bo nie uznawał państwowego monopolu i jego produktów, a własne destylaty wolał pić u siebie. Prawie w ogóle nie opuszczał swego bunkra w zakrzowskim lesie, a kiedy już to robił, to dla dokonania zemsty lub w interesach.

Ekscentryczny przybysz  zlustrował knajpę posępnym wzrokiem, a goście oraz barman starali się nie dawać mu wyraźnego powodu do puszczenia interesu z dymem. Kapitan podszedł w końcu do opuszczonego stolika i kilka razy kopnął leżącego pod nim pijanego menela nakrytego plandeką. Był to ob. Tadeusz Kieszkowski znany także pod pseudonimem Bez Kitu, uchodzący za symbol zakrzowskiego menelstwa.

- Wstawaj bumelancie! Trzeba na nowo zbudować socjalizm! - krzyknął Odyniec pod adresem leżącego.

- Tszczego? Aleszsz... panije władzo.... ja jesssstem tsześfy..... - wybełkotał Tadek gramoląc się spod stołu. - Aaaaaaaaa, to wy, Kapitanie....... . Już myślałem, że to posterunkowy Węgorz. Menda jedna.... .

- Masz tu na otrzeźwienie... - Kapitan dał menelowi ćwiartkę Żytniej. - Trzeźwiej szybko, bo mam interes.

Tadek odruchowo łyknął flachę za jednym pociągnięciem i przeszedł do porządku dziennego.

- No, bez kitu, chudy sikacz był.... - menel rzucił osuszoną butelką w barmana, ale trafił w sufit. - To mówisz interes....  ile można stracić?

- O posępny aniele boskiej abstrakcji... - westchnął Kapitan - można tylko zarobić, ale....

- Ale potrzebujesz jelenia takiego jak ja do odwalenia brudnej roboty by potem subiektywnie podzielić się z nim ewentualnym zyskiem. - dokończył Bez Kitu.

- Może i nie do końca, ale w przybliżeniu... muszę się udać na Pawłowice, a to niełatwa sprawa. Nawiasem mówiąc, mógłbyś zacząć  używać dezodorantu...

- Próbowałem ale miał tylko 5% mocy... Odwaliło ci na starość? Wiesz ilu tam poszło i nie wróciło? Pawłowiczanie nie za bardzo lubią "miastowych" na swym terenie.... .

- Właśnie dlatego się stamtąd wyniosłem... ale se właśnie przypomniałem, że zostawiłem tam skarby wojenne.

- Przyznaj się, piłeś denat? Bredzisz bardziej niż zwykle.

- Nie mogę tu więcej powiedzieć. Ściany mają uszy i nie zamierzam się z nimi dzielić. Powiem tylko że tylko ty znasz ten teren w miarę dobrze i na pewno na to pójdziesz. Ja pamiętam go sprzed pół wieku. Poza tym za połowę wartości tego, po co tam leziemy zgodziłbyś się zamieszkać na Pawłowicach na stałe.. .

- Gdzie i kiedy?

- Jutro, 22.00, na moście kolejowym. Weź sprzęt na nadzwyczajne wypadki.

- Pomyślim.  - powiedział Tadek włażąc z powrotem pod stól. - Na razie idę pogadać z pająkami o polityce... .

*      *     *

 

            Obładowany ukrytym pod kurtką wyposażeniem Tadeusz Kieszkowski z trudem wylazł na zaśnieżony nasyp kolejowy. Odyniec już od dawna stał tam i oparty o barierkę mostu kolejowego obserwował nostalgicznie zabudowania Zakrzowa.

- Znów się spóźniłeś... - skrytykował Tadka na wstępie.

- Bez kitu, pies nadgryzł mi siekierę.... musiałem zaszpachlować. - wytłumaczył się Bez Kitu. - To może skończmy gadkę bo pizga tu nieco i ruszajmy.

- Ano idziom.... .

Dwaj menele niespiesznie ruszyli nasypem nieczynnej linii kolejowej do Trzebnicy w stronę Pawłowic. Mimo późnej pory, śnieg i światło księżyca rozjaśniały drogę. Tadek jak zwykle nie wytrzymał nawet pięciu minut milczenia.

- Miałeś mi w końcu wyjaśnić po co tam leziemy.... - zagaił zapalając papierosa marki Męskie.

- Nie ma o czym gadać.... - Odyniec próbował się wykręcić, ale w końcu uległ. - No dobra... dawno, dawno temu.... . No, na poważnie. Zaraz po wojnie zdarzyło mi się mieszkać na Pawłowicach, w budynku po byłej szkole, który teraz stoi odłogiem. Miałem farta, bo w piwnicy znalazło się trochę wojennych zdobyczy po poprzednim właścicielu chałupy, który nieoczekiwanie zniknął, co w połączeniu z moją kolekcją broni... no, sporo tego było.

- No i?

- Przemieszkałem na tym zadupiu prawie pół roku. Potem zwalili się jacyś emigranci z Rumunii i Węgier, tak że w efekcie byłem jedynym Polakiem na Pawłowicach. Nawiasem mówiąc, do dzisiaj większość tamtejszych mieszkańców to właśnie Rumuni....

- Ha! wiedziałem że oni chyba nietutejsi.... - skonkludował Tadek.

- No.... mendy chciały wykurzyć mnie z ich zadupia na różne sposoby. W końcu gdy spróbowali  ostrzelać mnie w nocy z czołgu, postanowiłem emigrować na Zakrzów. Niestety wszystkie chałupy już zajęte były, więc musiałem w bunkrze zamieszkać. Ale ma to i swoje dobre strony... w każdym razie udało mi się zabrać z Pawłowic tylko część moich zbiorów, głównie broń. Po resztę nieraz wracałem, ale tubylcy dobrze pilnowali.... teraz może już zapomnieli. Przydałoby się zabrać chociaż Bursztynową Komnatę.... .

- Tak, tak. Masz  Bursztynową Komnatę....? Kalesony Hitlera też masz? - zadrwił Tadek

- Mówię poważnie! Kiedyś z chłopakami "pożyczyliśmy" od szwabów parę ciężarówek... potem się okazało, że na pace mieli jakieś bursztynowe cacka, no to się podzieliliśmy... . Ja ma kawałek ściany i cztery klamki. 20 kilo ważyło.. .

- No dobra.... miejscowi pewnie dawno już to wynieśli. Za cos przecież muszą pić.

- Na pewno nie znaleźli. Dobrze ukryte było i zabezpieczone. Nie wiem czy sam to odnajdę... .

- W każdym razie.... - Tadek odkorkował flaszkę jakiegoś wysokoprocentowego specyfiku i pociągnął spory łyk.  - ....Pawłowice już na horyzoncie. O, jest coś jeszcze. Jakiś typ lezie z naprzeciwka.

Odyniec spojrzał przez zabytkową, radziecką lornetkę. Zbliżający się osobnik miał ze dwa metry wzrostu i półtorej szerokości.

- Spokojnie, to tylko zombie. Zdzisław Paszczuk, pierwszy sołtys Pawłowic.

- To on jeszcze żyje?

- Nauka radziecka zna takie przypadki.... miejscowi wykopali go dwa lata po śmierci żeby robił za agenta. Podobno codziennie nocami, od pół wieku, łazi tędy na Zakrzów żeby wykradać nowinki cywilizacyjne. Ponoć w ten sposób na Pawłowice dotarł socjalizm, telewizja czy ostatnio internet.

- To sprawa dla reportera.....

- Nie gadaj, tylko zejdź z torów. Zdzichu potrafi być agresywny koło północy.

Ubrany w drelich i czapkę pilotkę zombie przeszedł obok nich zostawiając smród czosnku.

- Pewnie na miejscu będzie więcej takich atrakcji? - domyślił się Tadek.

- Pewnie. Inaczej bym cię ze sobą nie brał..... . .

Tory w końcu przecięły się z główną ulicą Pawłowic, którą prowadziła dalsza droga do dawnej siedziby Odyńca. Wobec znikomej obecności tubylców, menele pokonali ostatni etap podróży bez większego trudu. Spośród chaszczy, przy zaimprowizowanej na zasypanym żużlem trawniku pętli autobusowej dojrzeli dwupiętrową, poniemiecką kamienicę. Przykryta warstwą  śniegu wyglądała nienajgorzej, ale wyraźnie było widać brak tynku i okien. Przy jednej ze ścian rosła spora topola. Kiedyś był tam drewniany ganek, ale najwyraźniej tubylcy rozebrali go na opał.

- No i jak tam wleziem, skoro wieśniaki podpieprzyły ganek? - zapytał Tadek retorycznie.

- Jak to jak? Po drzewie.... .

Tadeusz spróbował zaprotestować, bo nie miał naturalnych predyspozycji do łażenia po drzewach, ale z Odyńcem nie było gadania. Weteran mimo swego wieku bez problemów wskoczył po drzewie na pierwsze piętro chałupy. Tadek, chcąc nie chcąc, musiał się przemóc. Też wlazł, choć trwało to pół godziny.

- No, jestem... - wydyszał gdy w końcu stanął na pokrytym wytartym parkietem korytarzu. - Wiesz że powyżej dwóch metrów nad ziemią załącza mi się lęk wysokości.... .

- Nie przejmuj się. Czuję, że jesteśmy na dobrej drodze... .

Odyniec stanął pośrodku korytarza. Z sufitu zwisały spore sople, drzwi na obu ścianach wyglądały na dość nowe. Weteran po chwili skupienia  wyznaczył kierunek poszukiwań.

- Pierwsze od lewej. - polecił. Tadek natychmiast otworzył. Pomieszczenie było ciemne najwyraźniej puste.

- Coś cię twoje zdolności za... - nie dokończył, runął jak długi na podłogę pod ciosem oślizgłej łapy. Z pokoju wyskoczył na niego zombie podobny do tego spotkanego na torach. Miał na sobie dres, a jego skóra przypominała mocno przeterminowany pasztet. Umarlak uziemił na dobre Tadka i zaczął rozpinać swoje brudne gacie, zapewne w celu odbycia stosunku analnego.

- Koniec świata! Zombie pedał! - krzyknął  zrozpaczony Tadek - Odyniec! Działaj!

Kapitan wiele już w życiu widział, ale to go kompletnie zatkało. Mimo to zadziałał odruchowo. Oderwał ze ściany kawałek boazerii i dźgnął zombiego parę razy zanim ten zdołał się dobrać do Tadka. Zombiak zaraz się rozlał po podłodze. Najwyraźniej w kupie trzymała go tylko silikonowa skóra. W środku już się rozpuścił od picia denaturatu.

- Cholera, to się w pale.... we łbie znaczy nie mieści! Ja już mam dość.... . - wysapał Tadek otrzepując się z resztek zombiego. - To chyba jest zaraźliwe!

- Nie przejmuj się. Na Pawłowicach to normalka...  - Odyniec dla relaksu zapalił papierosa Męskiego. - Chociaż ja też się  nie spodziewałem że  poszli już na takie świństwa.... .

- Dobra. Koniec pierdół. - Tadeusz wstał udając odważnego - Idziemy dalej. Ale ty przodem.... .

Kapitan założył czapkę przodem do tyłu, chwycił w zęby zardzewiały bagnet i wskoczył do następnego pomieszczenia. Do uszu Tadka dobiegło szczekanie, chrapanie i zduszony kwik. Po chwili weteran wylazł z triumfalną miną ciągnąc na smyczy COŚ.

- Co to za kuro-świnio-psie zombie? - spytał z zainteresowaniem Tadeusz.

- Warez, mój pierwszy pies.... - przyznał się Kapitan - Tak wygląda po pół wieku siedzenia w szafie.

- No to niech se pohasa.. Warez, aport!  - menel wyjął z kieszeni zapleśniałą kiełbasę i rzucił na zewnątrz przez dziurę w ścianie. Dziwny pies urwał się ze smyczy i ze zwieszonym jęzorem wyskoczył za wędliną. Tymczasem Odyniec już zabierał się do wejścia do kolejnego pokoju.

- Tym razem jestem pewien. Czuję to w kościach.... - mruknął i wyważył zaryglowane od środka wrota. Tadek poszedł zaraz za nim. W ścianie była dziura, przez którą wpadało trochę światła z ulicznych latarni. Na zakurzonej podłodze leżały kawałki mebli. W ścianie znajdowały się dwumetrowe drzwi obok których siedziała na zydlu jakaś przygarbiona postać. Kapitan schował bagnet. Wyglądało na to, że się  go tu spodziewał.

- Co to? Twój kolejny zwierzak? - zaciekawił się Tadek trzymający się na bezpiecznej odległości.

- Może jakiś menel pawłowicki. Trzeba sprawdzić....

Typ przy drzwiach w końcu zauważył przybyszy i wstał z zydla. Miał trochę ponad metr wzrostu, był gruby i miał spiczaste uszy.

- Czego tu? Won bo Warezem poszczuję! Warez, do nogi! - zawołał zachrypniętym głosem.

- Warez chwilowo niedostępny... Kapitanie, to chyba jakiś gnom, krasnolud, cholera, nie znam się na tym.

- Rzeczywiście się nie znasz.... to jest krasnelf z jednego ze światów równoległych. Wynająłem go do ochrony tego, co jest za tymi drzwiami.

- Takiego knypka? Trza było jakiegoś kafara porządnego.... .

- Mylisz się. On ma MOC, a te pół wieku to dla niego ledwo ćwierć etatu, no i jest tani..... . Potrafi zrobić porządek.... widzisz te plamy na  ścianach? To resztki szabrowników, którzy się na niego natknęli...... .czekaj, pogadam  z nim... .

Kapitan podszedł do niezbyt przyjaźnie nastawionego strażnika. Krasnelf wyjął Rozmówki Ichniejszo - Polskie (zdanie, które powiedział na wstępie, było jedynym, które umiał po polsku) i zaczęli ostro konwersować. Po skończonej wymianie zdań Kapitan wrócił z niezbyt zadowolonym grymasem zarośniętej gęby.

- Co jest? - spytał Tadek wydłubujący bagnetem brud zza paznokci.

- Tak jak myślałem.... cholerny z niego służbista. Nie wpuści dopóki się nie upewni że my to my. Zresztą sam go tak poinstruowałem. I tutaj jest twoja działka..... .

- Co głupiego mam zrobić?

- Trzeba pokonać gościa w piciu denaturatu. Zrobiłem takie zabezpieczenie, bo kiedyś miałem najmocniejszy w okolicy łeb,  zwłaszcza do dziwnych trunków. Ale sam rozumiesz, starość nie radość, wiec ty musisz mnie zastąpić.

- Jasne. Do dwóch litrów daję gwarancję, dalej może być różnie.

- No, to do boju! Te, kurdupel! Stawiaj flaszki!

Krasnelf i Tadek zasiedli do miniaturowego stolika zastawionego kilkoma flaszkami denaturatu. Odyniec rozlał pierwszą kolejkę do zaimprowizowanych kieliszków.

- No to chlup! - Tadek golnął pierwszy kielich, podobnie i strażnik. Wobec braku problemów, Kapitan nalał drugą kolejkę, ale tym razem Tadek  zamiast kieliszka podstawił swoją półlitrową szklankę.  I tym razem obaj wytrzymali, strażnik tylko lekko się zakrztusił, a Tadek co szklankę robił się coraz weselszy. Pojedynek dobrnął jakoś do siódmej kolejki. Tadek łyknął swoją działkę i jeszcze wziął dolewkę. Strażnik chwiejącą się już ręką podniósł kieliszek do ust i jakoś zdołał wychylić. Ale po chwili .... .

- AAAhhearghhbdprrrr ..... zacharczał coś w swoim języku, po czym oczy stanęły mu w słup i padł jak długi na podłogę nakrywając się kopytami.

- Jasna cholera! Koleś wypadł ledwo przy aperitifie! A co tam, wypiję to, co zostawił..... .

Podczas gdy Tadek opróżniał pozostawione przez krasnelfa dwie flaszki denaturatu, Odyniec wygrzebał z kieszeni strażnika klucz do strzeżonego pomieszczenia.

- Mam! - zawołał triumfalnie - Rusz się. Nie czas teraz na chlanie, trzeba działać! - wygrzebał z pęku kluczy ten właściwy i otworzył strzeżone pomieszczenie. Tadek  zaraz do niego dołączył i obaj weszli do środka w podniosłym nastroju ciekawości. Podłogę izby pokrywała kilkunastocentymetrowa warstwa kurzu. Wszystkie meble oraz obwieszony porożami jeleni kominek nakryte były szmatami.

- Śmierdzi tu zabytkami.... - zauważył Tadek.

Nie pi***ol mi tu, tylko chodź pomóc! - Odyniec zabrał się za rozbrajanie jednej ze skrzyń, w których jak przypuszczał był zgromadzony jego dobytek.

- I gdzie startujesz z tą łyżką? - spytał Tadek z politowaniem.  - Tu trzeba porządnego łoma... - wyjął swój sprzęt i bez wysiłku podważył wieko skrzyni. W skrzyni, wśród amunicji i strzelb, były także bursztyny wielkości orzechów włoskich, ale także trochę dolarów.

- Nareszcie! Tyle lat na to czekałem! - Kapitan wyciągnął łapę w stronę swoich zbiorów. Gdy już prawie dotykał banknotów, rzeczywistość zaczęła stawać się coraz mniej wyraźna i sen nagle się urwał..................... .

*       *       *

Kapitan obudził się na podłodze w swoim bunkrze. Otarł gębę z błota i natychmiast zaczął bluzgać.

- K***a mać! Znowu nas obudziło w najważniejszym momencie! A już prawie..... .

- Więc to był tylko sen? - leżący obok Tadek w końcu się obudził. - Kurde, a był taki realny..... nawet kaca czułem jak na jawie.... .

- Cóż, przynajmniej moja teoria okazała się słuszna. Gdyby udało się nam zdobyć skarba we śnie, moglibyśmy go tam spieniężyć. Trzeba by jeszcze tylko opracować metodę przeniesienia zdobytej gotówki do naszego świata. Może trzeba wzmocnić eliksir.... .

Tadek spróbował podnieść się z gleby, ale zatoczył się i padł jak długi.

- Jesteś pewien że kac po denaturacie wypitym we śnie nie przeniósł mi się do rzeczywistości? Bo coś mnie tak.... .

- To niemożliwe. Gdyby tak było, to napchałbym se we śnie kieszenie tatmymi dobrami i po obudzeniu miałbym je przy sobie, a tak raczej nie jest. Podobnie nie istnieją w rzeczywistości Warez, zombie-pedał i krasnelf.

- No to dobrze. Kimnę sobie tymczasem, bo mnie to spanie zmęczyło. - ziewnął Tadek.

- Idę do kiosku po paczkę Męskich. Tylko mi tu w międzyczasie budy nie spal... .

- Ja bol Herr Kapitan! - mruknął Tadek i zraz po wyjściu Kapitana zapadł w sen. Pospał krótko, bo jakaś menda zaczęła go kopać. Otworzył oczy i zobaczył, że leży pod stołem w osiedlowej knajpie. Po trepach rozpoznał że niepokojącym go cwelem jest zapewne posterunkowy Węgorz.

- Wstawaj bumelancie! Trzeba na nowo zbudować socjalizm! - usłyszał z góry.

- Tszczego? Aleszsz... panije władzo.... ja jesssstem tsześfy..... - wybełkotał Tadek gramoląc się spod stołu. - Aaaaaaaaa, to wy, Kapitanie....... . Już myślałem, że to posterunkowy Węgorz. Menda jedna.... .

- Masz tu na otrzeźwienie... - Kapitan dał menelowi ćwiartkę Żytniej. - Trzeźwiej szybko, bo mam interes.

Tadek odruchowo łyknął flachę za jednym pociągnięciem i przeszedł do porządku dziennego.

- No, bez kitu, chudy sikacz był.... - menel rzucił osuszoną butelką w barmana, ale trafił w sufit. - To mówisz interes.... zaraz, przecież ja już to śniłem kiedyś..... .!

- O posępny aniele boskiej abstrakcji........ .

 

KONIEC(ta informacja ma cię dowartościować)

mejd baj JUZEF

 
JUZEF [juzefwt@tlen.pl]

|strona 53|