spis treści | poprzednia strona | następna strona
34 Porządki

Coś tknęło Juzefa z samego rana. Nie pomogło przewrócenie się na drugi bok i inną stronę wyra. Uczucie takie dopadało menela kilka razy do roku, a objawiało się chęcią uporządkowania swego terytorium. W takim wypadku konieczne było szybkie działanie w celu zaspokojenia chęci poprawy walorów estetycznych otoczenia. Znalezienie czegoś, co dało by się posprzątać, nie stanowiło większego problemu, gdyż Juzef przeważnie nie za bardzo przejmował się image'em swoim, swej chałupy i podwórka. Znosił góry gratów z pobliskich śmietników, które teraz w dużych ilościach zdobiły obejście, piwnicę i tereny przyległe.

Kolejne tknięcie, które naprowadziło go na właściwy trop, nastąpiło w drodze miedzy chałupą a wychodkiem. Wtedy to złośliwy krzak malin podstawił mu nogę, wskutek czego na pół przytomny Juzef padł jak długi w kałużę wypływającą zza wychodka. Z tej przyziemnej perspektywy dostrzegł, że pilnych zabiegów porządkowych wymaga jego podwórko, konkretnie jego niezawalona gratami część. Stwierdzenie to było o tyle prawdziwe, że sad i ogród przylegające do jego siedziby nie były porządkowane chyba od czasów wojny, wskutek czego zaczęły żyć własnym życiem. Powstała w ten sposób nieduża dżungla z bogatym ekosystemem zwierzęcym złożonym głównie z kotów sąsiadów.

Problem wymagał głębszego przemyślenia nad flaszką i puszką paprykarzu. Menel wrócił do chałupy. Nim minęło południe, miał już gotową koncepcją. Pierwsza myśl wykoszenia chaszczy kombajnem nie przeszła. Jego wypożyczenie było zbyt drogie, a kradzież zbyt kłopotliwa. Podpalenie również nie wchodziło w grę, gdyż niejako przy okazji spłonęłaby chałupa własna i kilka przyległych. Nie było więc wyjścia.

W samo południe Juzef stanął koło wychodka uzbrojony w kosę, siekierę i ruską piłę łańcuchową. Kilkumetrowy łan chaszczy szumiał poruszany delikatnym wiatrem. Menel chwycił mocniej kosę i zabrał się za pierwszą kępę pokrzyw. Z początku wygrywał, ale sprzęt nie wytrzymał i uległ złamaniu na twardych, kilkudziesięcioletnich łodygach. Poszła w ruch siekiera. Nieco przytępiona, ale dała radę uschniętej topoli. Zrąbane drzewo przewróciło się na dom sąsiada.

- Wypadek przy pracy.... - mruknął Juzef robiąc przerwę na cos mocniejszego. Sąsiada na szczęście nie było w domu. - Może nie zauważy.... .

Po chwili refleksji wrócił do pracy. Ruska piła łańcuchowa, wyjąc upiornie i skrzypiąc, wgryzła się w łan dziwnych drzew przypominających jabłonie, na których wisiały zeszłoroczne zasuszone, robaczywe jabłka. Menel kosił wytrwale, płosząc z krzaków koty sąsiadów i jakieś dziwne stworzenia przypominające kury. Być może był to drób, o kradzież którego posądził sąsiada i spalił mu za to wychodek, od którego to zajęła się stodoła.... .

Godziny mijały, a Juzef coraz bardziej zagłębiał się w las. Z czasem przestał się orientować skąd przyszedł, a dokąd ma zmierzać. Chaszcze z każdej strony były jednakowo gęste, do tego panowała prawie całkowita ciemność. Nie widząc innego wyjścia, pokierował się instynktem, który naprowadził go na wrak niemieckiego czołgu. Z jego wnętrza wystawało kilka kościotrupów. Obok leżały resztki innego pojazdu rozerwanego wybuchem.

- Cholera, to ja się po osiedlu uganiam, a tu tyle złomu się marnuje... . - westchnął menel. - Będzie pewnie dzieło dziadka. A myślałem, ze te swoje opowieści wojenne przeżył w knajpie po kilku głębszych... .

Po krótkiej kontemplacji wraków zakończonej postanowieniem ich przyszłego spieniężenia, instynkt popchnął Juzefa w dalszą drogę. Wyciętą piłą ścieżką dotarł na niewielką polanę, pośrodku której stała poniemiecka chałupa z czerwonej cegły.

- Cholera, to się daleko zapuściłem... - powiedział do siebie. Nie przypominał sobie bowiem, żeby na jego posesji był drugi dom. Chyba że stodoła, ale to jeszcze za komuny wyleciała w powietrze, jak jego ojciec nieopatrznie wrzucił niedopałka do beczki ze spirytusem... .

Menel podszedł w stronę chałupy, na wszelki wypadek mając piłę pod ręką. Zbity krzywo wychodek chylił się ku ziemi. Po spróchniałych schodach wlazł pod drzwi wejściowe. Były otwarte, więc wszedł. Nieporządek, jaki zastał w środku, przypominał mu jego własny, ale brak mu było rozmachu.

- Kapturku, to ty? - z pokoju obok dobiegło rzężenie staruszki. Menel skierował tam swe kroki.

Pośrodku niedużego pokoju stało rozklekotane łóżko, na którym leżała babcia. A może to był dziadek..... . Tygodniowy zarost na jego/jej zakazanej gębie sprawiał problemy w ustaleniu płci. Juzefa trochę to zdziwiło, ale w końcu zapytał.

- Babciu, a dlaczego masz takie wielkie uszy?

- Żeby móc lepiej słuchać Rammsteina.. - odpowiedziała babcia nieco innym głosem niż przedtem.

Juzef poczuł dziwne deja vu. Kiedyś już chyba słyszał taką gadkę, chyba na tym kanale z kreskówkami, co go ściągnął anteną z miednicy z satelity. Miał w nazwie coś z kartonem, myślał, że to o surowcach wtórnych, a się okazało, że pokemony... .

- A dlaczego masz taką ... rozciągłą twarz? - pytał dalej.

- Żeby móc sobie polizać łokieć... - odrzekła babcia wymijająco.

Menel zauważył u niej dziwną wadę uzębienia objawiającą się wystającymi na przodzie dwoma kłami. Nie zdążył już o to spytać, bo babcia, jak mógł się tego spodziewać, zdjęła przebranie okazując się odzianym w obcisły, skórzany dres wilkiem.

Sądząc po przednich zębach, może nawet wilkołakiem. Nie było jednak czasu nad tym myśleć, gdyż przeciwnik natychmiast rzucił się do ataku. Juzef uchylił się i zwierz przyrżnął w ścianę. Pozbierał się dość szybko i znów zaatakował. Udało mu się przewrócić menela i już miał się w niego wgryźć, ale ofiara zdążyła kopnąć go w czułe miejsce. Wilkołak, skomląc przeraźliwie, miotał się po pokoju. Tym razem zaatakował Juzef. Wyjął z cholewy gumofilca samopał własnej roboty i wystrzelił w wilka. Duży rozrzut broni sprawił jednak, ze nie trafił. Wilk przestał się cackać. Przy pasie miał uczepionych kilka granatów i kałasznikowa. Szarpnął mocno karabin, tylko trochę za późno skapnął się, że przy okazji zaczepił nim o zawleczkę jednego z granatów i wyrwał ją. Przez chwile patrzył z niedowierzaniem a potem zaczął panicznie szukać odbezpieczonego granatu. Ale było już za późno. Juzef, widząc co się dzieje, wyskoczył przez okno. Chwilę później wybuch rozerwał rzecz jasna wilka, a wraz z nim całą chałupę.

Niebawem znów zapadła cisza. Oclalały menel wygrzebał się spod hałdy gruzu i rezygnując ze skonsumowania szczątków Wilka ruszył dalej. Chwilę później opuścił las, wychodząc na skraj jakiegoś osiedla. Zabudowa nie przypominała Zakrzowa, a po najbliższej ulicy łaziły jakieś małe, niebieskie ludziki.

- Cholera, co to jest? - zdziwił się menel.- Nic nie piłem, a takie wizje mam... .

`Dla pewności podszedł bliżej. Ludziki były jak najbardziej prawdziwe, wyglądały jak Smerfy. Gdy przechodził, przyglądały mu się dziwnie. Skręcił do pierwszego lepszego sklepu, który okazał się sklepem monopolowym. Na półkach stało mnóstwo najróżniejszych smerfnych trunków. W kącie kilku Smerfów spożywało na miejscu.

- Co podać? - zagaiła siedząca za ladą Smerfetka.

-Mocne, dobre, tanie.. - streścił menel kładąc na ladzie stary banknot z Waryńskim, który najbardziej przypominał lokalną walutę. Ekspedientka przyjęła zapłatę i podała dwulitrową flaszkę z niebieską zawartością.

Juzef wyszedł z nią na zewnątrz. Odcyfrował niewyraźny napis na etykiecie.

- Aromatyzowane wino smerfojagodowe "Klakier"..... ciekawe.

 

Odkorkował i zatykając nos, bo zawartość strasznie capiła, wypił na raz połowę, a resztę schował do kieszeni. Poczuł, jak ok. 49% mocy rozchodzi się po jego ciele. A potem ruszył w drogę powrotną.

Szło mu się dziwnie. Droga uciekała spod nóg, obraz przed oczyma zrobił się niebieski. Doczłapawszy na skraj lasu stwierdził, że dalszą drogę zagradza mu banda Smerfów uzbrojonych w kije bejzbolowe. Gdy się lepiej przyjrzał, zobaczył na ich skejtowskich bluzach z kapturami napis "Blue power".

- Chłopaki, obcy na naszym osiedlu! - krzyknął najniższy z bandy.

- Ale co to jest? - spytał drugi - Nie przypomina ani krasnoluda, ani muminka.... .

- Wiem, chłopaki! - wymyślił mały - To musi być jakiś nowy pokemon!

Grupa widocznie niezbyt lubiła pokemony, bo wszyscy jak na komendę chwycili za bejzbole i rzucili się na Juzefa. Ten, mimo że pijany, dał odpór pierwszemu atakowi skutecznym kopniakiem. Niestety tak się przy tym zamachnął, że padł na glebę. Smerfy to wykorzystały. W try miga otoczyły leżącego i zaczęły pałować z hasłem "Blue power" na ustach. Juzef próbował protestować, ale wino rozłożyło go kompletnie. W trakcie swego dzieła Smerfy niespodziewanie się ulotniły. Menel chciał wstać, ale nie mógł. Poczuł drżenie ziemi i po chwili ujrzał nad sobą kilkumetrowego wzdłuż i wszerz zająca. Z podobnie dużym bejzbolem. Zwierz zarechotał sadystycznie, chwycił pałę i powiedział tylko tyle.

- A to za Wilka... .

* * *

Tadeusz Kieszkowski i Jan Podanowski stanęli przy płocie posesji Juzefa zdumieni tym, co zobaczyli. Część porastającej ogródek wiekowej dżungli została wycięta. Na skraju chaszczy leżał sam Juzef. Nie dawał oznak życia i wyglądał dość niewyraźnie. Miał podbite oko, podarte drelichowe gacie oraz kilka ran ciętych i tłuczonych tu i ówdzie. Tuż obok niego leżała ruska piła łańcuchowa i butelka z resztką niebieskiego płynu. Tadek chciał skosztować specyfiku, ale gdy go powąchał, ochota mu przeszła.

- No tak. Zaś imprezował bez nas... - mruknął Jan.

Juzef wstał, ale wyglądał na półprzytomnego. Najpierw rzucił kilkuminutową wiązkę przekleństw, a potem zaczął coś bredzić.

- Pier***ne... Wilk.... Smerfy....skur****ny... - wystękał. - Oj, flaki będą fruwały. .

Nagle ocknął się na dobre. Twarz jego przybrała wyraz iście szatański, a w głowie narodził się pomysł. Tadek i Jan dla własnego bezpieczeństwa odsunęli się na bezpieczną odległość. Juzef nadal wywrzaskując bluzgi pobiegł do chałupy i wrócił uzbrojony w kanister benzyny, chałupniczą kopię Kałasznikowa i ręczną wyrzutnię przeciwpancerną. Benzyną polał chaszcze i podpalił. Ogień sięgał na wysokość kilku metrów.

- Popier***ło go. - stwierdzili zgodnie Jan i Tadek.

Ale chwilę później nie byli już tacy pewni, czy ten stan nie udzielił się także im. Bo oto właśnie zobaczyli, jak z płonących krzaków wybiega cała chmara Smerfów.

- Zakrzów power sk****ny! - krzyknął menel i zaczął kosić niebieskich seriami z kałasza.

Podwórko pokryło się niebieską krwią. Po chwili ziemia zadrżała i z tych samych chaszczy wyszedł kilkumetrowy wzdłuż i wszerz zając w czarnym, skórzanym dresie. Koledzy Tadka w tym momencie byli na najlepszej drodze do .... no, tego sami nie wiedzieli. Byle dalej stąd!

Gdy padł ostatni Smerf, zostali sam na sam. Juzef i Zając. Zając miał bejzbola. A Juzef panzerfausta. Zwierz chwycił bezjbola i ruszył do natarcia. Juzef spokojnie wycelował i nacisnął spust. Huknęło, błysnęło i kilka ton zajęczego mięsa rozprysnęło się po okolicy. Echo wybuchu, odbite od pobliskich bloków, zagłuszył dziki rechot Juzefa.

-Nu Zajec, pagadi....!

 

KONIEC

 
JUZEF [juzefwt@tlen.pl]

|strona 53|