spis treści | poprzednia strona | następna strona
18 Runiczna ściana

Otworzyłem oczy. Westchnąłem i spojrzałem na nie dzwoniący od lat budzik. Była szósta rano. Na dworze pozostawało jeszcze ciemno. Mój autobus odjeżdżał do szkoły za trzydzieści minut. Należało się spieszyć.

Rozluźniłem się i odmówiłem "litanię", mieszaninę przekleństw i próśb do świętych, aby ten dzień był znośny. Potem szybkie wkładanie przygotowanego poprzedniego dnia ubrania i śniadanie tzn. resztki kolacji z dnia poprzedniego. Podczas jedzenia zawsze słucham jakiejś debaty na antenie radia. Kiedyś zastanawiałem się o której ci politycy wstają, aby być w miarę wcześnie w radiu. Było to całkowicie niezgodne z wizerunkiem polskiego parlamentarzysty. Oni chyba nagrywają to wieczorem dnia poprzedniego, a potem tylko odtwarzają rankiem. To zapewne część jakiegoś wielkiego spisku, mającego na celu zmienieniu stosunku Polaków do władzy, poprzez psychomanipulcję i przekaz podprogowy. Obywatel rano nasłucha się takiej debaty, zlasuje się mu mózg, a potem ogląda "Teleekspres" i zgadza się z tym bucem, którego rankiem słuchał, bo przecież ktoś kto zrywa się o czwartej, aby porozmawiać o sprawach krajowych, musi mieć rację. Nawet jeśli jej nie ma.

Trzymając w jednej ręce kromkę chleba z nieco wysuszonym pasztetem, drugą wyjmowałem z szafki mój kajet, w którym zapisywałem wartościowe dane.

Trwała właśnie kłótnia między Oleksym, a kimś z Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. Nie wiem o co, w każdym razie nieźle się żarli.

- A pan jesteś ubek! - krzyczał przyjaciel piwa.

- Ja bardzo przepraszam, - odpowiedział Oleksy, tym swoim zachrypniętym głosem - Ale to nie ja biegałem w stanie wojennym z pomarańczową czapką na głowie.

Zerknąłem na zegarek w kuchni. Piętnaście minut. Zgasiłem radio i poszedłem założyć kurtkę oraz buty.

Na dworze padał śnieg i wiał silny wiatr. Drzewa pokryły się białym puchem ze wszystkich stron. Z gałęzi zwisały błyszczące, lodowe sople. Na ziemi leżała kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Szósty zmysł podpowiadał mi, że nie są to oznaki dobrego dnia.

Zacząłem przeć przez korytarze śniegowe w kierunku przystanku autobusowego. Po drodze zahaczyłem o kiosk "Ruchu", gdzie kupiłem "Wieczór Wrocławia", do poczytania podczas jazdy.

Na przystanku nie było nikogo. Przez wybite dawno temu szklane ścianki hulał wiatr. Jedyną ochroną przed wiatrem była wiśnia, rosnąca nieopodal przystanku pod którą w lecie leży pod nią mnóstwo pestek. Jednak tamtego dnia było tylko kilka niedopałków "Karaluchów". Ludzie chyba czekali na zmianę warunków pogodowych, bo o tej porze powinien być tabun ludzi.

Czekając na spóźniający się autobus, obserwowałem bloki powstałe w okresie średniego Gierka. Tej wspaniałej epoce, która pozostawiła nam między innymi miłość do Maluchów, do pierwszego sekretarza, oraz liczne kredyty, o czym mało który robotnik teraz pamięta. W tej ich bryłowatości było coś charakterystycznego dla komunizmu - całkowita toporność i praktyczność. Wszystko takie same, bez miejsca na wyobraźnię architekta. Chociaż, może to i lepiej, patrząc na ich obecne wybryki...

- Cztery... - mruknąłem. Dokładnie naprzeciwko mnie stały, na skraju nowej części osiedla cztery świeżo powstałe bliźniaki, oddalone od siebie równymi odstępami. Zapisałem w notatniku tą informację, oraz uwagę o potrzebie zmierzenia kąta ich nachylenia względem bloków.  

Wreszcie, na przystanek wtoczył się stary Ikarus. Trzasnęły odrapane drzwi, z tyłu buchały spaliny. Wszedłem do środka, opierając się o zagiętą na środku schodków, odrapaną rurę. Szybko odnalazłem wolne miejsce pod oknem. Plecak położyłem obok, rozkładając jednocześnie gazetę: "Premier Buzek wygłosi..." - głosiło pierwsze zdanie artykułu na pierwszej stronie. Nieee, polityki nasłuchałem się już z radia. "Numery totolotka". O! To coś dla mnie. 27445. Dla przeciętniaka, to cyferki, przegrana pensja, klucz do fortuny. Dla mnie, część większej całości. Znalezienia dowodu na matematyczność świata. Zapisałem je w moim kajecie w samą porę, bo do środka weszły dwie emerytki.

- Widzi pani Szałkowa? - zaskrzeczała jedna konspiracyjnym tonem, - Siedzi taki i miejsca nie ustąpi starszej kobiecie.

Zawsze zastanawiałem się, co emerytki robią w tych rannych autobusach. Ani do pracy nie jadą, bo już to ich nie tyczy, ani na ogródek, bo to nie ta pora roku. Sprawnie, niczym drapieżniki, odnajdują niczego nie spodziewającą się ofiarę. Do tego zawsze znajdują sobie kogoś, kogo będą się czepiać.

- A widzi pani co czyta? - powiedziała druga, - "Wyborczą"! To gazeta tego Żyda Michnika! Ten czyta, też Żyd.

- Po pierwsze to nie "Wyborczą", tylko "Wieczór Wrocławia" - przerwałem, - Po drugie, wolne miejsca są obok następnych drzwi. Po trzecie nie czepiajcie się Żydów, bo na Chrystusa bluźnicie.

Bojowniczki "Radia Maryja" coś tam mruknęły do siebie i poszły podrażnić kogoś innego.

Ostatnio odnoszę nieodparte wrażenie, że Rydzyk jest jakimś szpiegiem ruskich, przynajmniej ich sympatykiem. Przecież pranie mózgu poprzez środki masowego przekazu to metody KGB, zakazane przez konwencje międzynarodowe.

Szarpnęło autobusem. Usłyszałem huk metalu uderzającego o poniemiecką kostkę. Zatrzymaliśmy się. Z kabiny wylazł motorniczy i pobiegł na dwór. Po chwili wrócił obwieścić najnowsze wieści:

- Proszę wyjść.

- Dlaczego? -  ktoś zapytał.

- Zgubiliśmy podwozie - wyjaśniał kierowca, - Będzie trzeba wziąć autobus na lawetę.

- Lófasz - mruknąłem po węgiersku i zawlokłem się z siedzenia.

Na dworze było równie nieprzyjemnie, jak w chwili, gdy wsiadałem. Nie było co czekać na następny autobus. Miałem do przejścia tylko Plac Grunwaldzki i kawałek "Trójkąta Bermudzkiego".

Oczywiście, nie miałem na myśli pewnego obszaru na Pacyfiku. "Trójkąt Bermudzki" to obszar we Wrocławiu w okolicy pomiędzy Traugutta, PZU i skrzyżowaniem Kniaziewicza(oczywiście, to umowna granica, bo każdy ma swoje). Charakteryzuje się poniemiecką architekturą, jeszcze z początków XX wieku. Nowych jest tylko kilka plomb, zupełnie nie pasujących do okolicy. Większość kamienic bardzo ucierpiała podczas powodzi w 1997 roku. W mieszkaniach, szczególnie tych niższych, panuje straszna wilgoć. Chociaż dawniej piękne, teraz kamienice rozpadają się w oczach. Nie ma pieniędzy na ich remont.

Właściwie niewiadomo skąd wzięło się określenie "Trójkąt Bermudzki".

Najprawdopodobniej nazwa pochodzi od ogarniającej wszystko atmosfery rozkładu, jaką wytwarzały tamtejsze domy - odpadające od ścian tynki, zacieki na ścianach, menelstwo gnieżdżące się w bramach. To wszystko składa się na swoisty folklor tego regionu miasta.

Dochodziłem już do szkoły. Szedłem w pewnej odległości od kamienic, bo śnieg zmienił się w śnieg z deszczem, skapujący z dachów na ulicę. Moim próbom ucieczki, przed spadającą wodą, przyglądały się, ze ścian budynków liczne twarze oraz chimery, zamieszkujące pośród wykutych w kamieniu motywów kwiatowych i antycznych. Czasem mam wrażenie, że te budynki żyją własnym życiem, jakby te płaskorzeźby chichotały między sobą, gdy nie patrzę nań, lub wymieniają uwagi na mój temat.

Przechodząc w zimie przez te okolice, widzę światła w oknach pustych mieszkań. Ktoś mógłby powiedzieć, że sprawka dzikich lokatorów, ale czy taki mieszkaniec na przemian gasi i zapala światło? Czasem słyszy się o bezdomnych, którzy zginęli w tych kamienicach w dziwny sposób. Nagły skręt kiszek, zamarznięcie w lecie. Niekiedy któryś wpada w szał i zabija wszystkich kumpli, demoluje mieszkanie, a na końcu popełnia samobójstwo. Policja jest już przyzwyczajona do tego, tylko przyjeżdża i zabiera ciała. Dla nich to norma. Kolejne dane do statystyki.

- E, junge! - powiedział głos w którejś z bram, - Hast du enien feuer?

W jednej z bram stał starszy mężczyzna w białym kitlu i z drucianymi okularami na nosie. W kościstych palcach trzymał niezapalnego papierosa. Opierał się luzacko o przedwojenne, drewniane drzwi.

- Bitte, sprechen polnisch - odpowiedziałem. Nie znoszę, gdy ktoś przyjeżdża do obcego kraju i nawija do tubylców po swojemu. To jest brak szacunku dla kraju, w którym się znalazł. Wyjątkiem są tu Słowianie, którzy zawsze się ze sobą dogadają w narodowych językach.

"Dojcz" uśmiechnął się złośliwie i ukrył się w mroku korytarza. Wydało mi się, że cień ożył. Z mroku częściowo wyłoniły się mocno zniekształcone sylwetki ludzi i zwierząt. Wyciągały ku cofającemu się mężczyźnie swe zdeformowane kończyny. Objęły całkowicie Niemca, czyniąc go dla mnie niewidocznym. 

Przez chwile walczyłem z ochotą wejścia w tą bramę, ale powstrzymałem się. To pewnie jakieś ranne przywidzenia.. Zapisałem liczbę zjaw(doliczyłem się około dwudziestu) i poszedłem dalej.

Moja szkoła to moloch powstały pod koniec lat dwudziestych. Grube mury, na wysokości parteru oraz pierwszego pięta otynkowane jakimś trudnym do zidentyfikowania materiałem. Coś pomiędzy cegłą, a rudym kamieniem. Reszta pokryta białym tynkiem. Brak zdobień, charakterystyczny dla Art Deco. Wewnątrz - kilka rodzajów szkół dla młodzieży i dorosłych. Licea, zawodówki, technika. Podczas wojny budynek był więzieniem dla tysięcy Polaków, Jugosłowian i innych nacji, po niej - kołchoz psychiczny dla Wrocławskiej młodzieży. I w dodatku jeden z ostatnich reliktów PRL, jeśli chodzi o zależności między ludzkie w nim panujące.

Wszedłem ciężkim krokiem do wnętrza. Od razu poczułem ten typowy dla szkół średnich zapach zmieszanych ze sobą dziewczęcych perfum, dezodorantów i potu. Trzeba być naprawdę wprawionym, aby nie mieć odruchu wymiotnego. Na szczęście przyzwyczaiłem się do tego zapachu dosyć szybko, więc przyjście do szkoły nie kojarzy mi się jednocześnie z wymiotami.

- A gdzie wieszak? - warknęła szatniarka, gdy oddawałem kurtkę.

- Nie mam. To radziecka kurtka - odparłem, - U ruskich wszystko jest inaczej. Inne zapięcie, kalendarz, rozstaw torów, wieszaki w kurtkach...

- Przecie wiem - powiedziała i rzuciła mi pogięty numerek z wydrapanym napisem "WKS King".

Tu trzeba nadmienić, że to naprawdę była radziecka kurtka, a konkretnie część munduru polowego oficera KGB, wzór z lat osiemdziesiątych. Dziwne, że szatniarka nie zauważyła patek na klapie. Kupiłem ją kiedyś na bazarze Świerbodzkim, jak mama wyciągnęła mnie za zakupy. Spodobała mi się, bo leżała między rzeczami z wojny, obok naboi i odznaczeń. "To stara kurta" - mówił sprzedający cygan, - "Hitlera pamięta.".

Dopiero potem zorientowałem się, że ma nie więcej niż piętnaście lat. Początkowo mnie to zdenerwowało, ale przynajmniej miałem porządne okrycie na dni takie jak ten. Doskonale chroni mnie przed wiatrem, a podczas deszczu nie namaka wodą jak inne.

Od czasu do czasu zastanawiam się, skąd ten cygan miał to wszystko...

Pierwszą lekcją była matematyka. Nie powiem, aby ta myśl napełniał mnie radością.  Właściwie, to prawie każda lekcja z profesorem Janem Węgrzynem to katorga, przede wszystkim z powodu tej jego mani pytania wszystkich po kolei i często okazywanej nienawiści do ludzi. Ma około czterdziestu lat, jest zrzędliwy jak osiemdziesięciolatek, a blady jakby już nie żył. Wyjątkiem są chwile, gdy Węgier(tak go potocznie nazywamy) chlapnie sobie parę głębszych i zacznie robić różne głupstwa. Ostatnio zaczął od opowieści o psach w przestrzeni bezpowietrznej, zakończonej efektownym wyleceniem krzesła przez okno. Ten gość musi mieć niezłe układy, skoro jeszcze nie został wywalony przez wicedyrektora Bocianowskiego. To dosyć niezwykłe, bo słyszałem, że Bociek pewnego dnia wrócił do domu i zamordował całą rodzinę, bo nie dostał pilota od telewizora. Sędzia orzekł, że oskarżony nie był wtedy poczytalny i zafundował mu darmowe wczasy w psychiatryku. Kilka lat później stwierdzono całkowite wyleczenie, zakończone przywróceniem go na łono społeczeństwa jako wicedyra naszego liceum. "Praca z młodzieżą jest częścią terapii" - mówili lekarze. Taa...Jeśli ktoś jest sadystą, to może wyżywanie się na uczniach faktycznie sprawia mu ulgę.

Właściwe te odpały byłyby całkiem znośne, gdyby nie jego wizje zarządzania szkołą, które nie są już nawet z Marsa, ale z zupełnie innej galaktyki. Na przykład,  kiedyś wpadł na pomysł, aby cała szkoła wzięła udział w manifestacji zorganizowanej przez Narodowe Odrodzenie Polski pt. "Dobry Żyd, to martwy Żyd". Co gorsza, kazano mi przebrać się za Chasyda i agitować przechodniów do sprzedania Polski. Pochód kończył się na rynku, gdzie miałem być poturbowany przez NOPowców. Na niby, podobno. Po manifestacji, przez tydzień miałem siniaki.

Te wszystkie wybryki tolerował nasz dyrektor - alkoholik, o wdzięcznym przezwisku Behemot. Pochodziło od demona o takim imieniu, którego największą uciechą było jedzenie, a siłą nerki. Mógł wypić całe może wszelkiego rodzaju alkoholi. Podobnie zresztą, jak nasz dyrektor. To bardzo sympatyczny człowiek, ale niestety, zupełnie nie obchodzi go sytuacja panująca w szkole. Traktuje ją jako bar skrzyżowany z sypialnią. Tylko czasami wtrąci się, jak Bociek za bardzo przegnie. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce około rok temu, jak na dzień przed jedenastego listopada Bocianowski chciał spalić na stosie masona. Behemot na to się nie zgodził. Podobno sam był w loży. 

Przed salą licznie zgromadziła się prawie cała moja klasa. Jak zwykle zajmowali się bezsensownym robieniem hałasu. Pierwszy zauważył mnie Zdzisio Turkiewicz, jeden z licznych szkolnych wielbicieli odzieży dresowej, adidasów i fryzury "na kolano". Piastował też stanowisko Pierwszego Spadochroniarza, czyli tego, który nie zdał największą ilość klasy. Pewnie dlatego, że dosyć rzadko pojawiał się w szkole, a jeśli już, to praktycznie się nie odzywa. Cóż, w końcu mowa wymaga pewnej dozy inteligencji.

= A w ryja chcesz? = mówiła mina Zdzisia, jedna z kilku których używał do komunikacji z otaczającym go światem.

- W tym roku zbiory będą udane - odpowiedziałem. To wprowadziło go w konsternację.

 W oku mojego "rozmówcy" pojawił się nikły blask, jakby przejaw procesów myślowych. Jednak zgasł zbyt szybko, zanim zdążyłem go zidentyfikować.

= Tak = stwierdził i poczłapał gorylowatym chodem w głąb szkoły.

Wzruszyłem ramionami. Już w podstawówce obiecałem sobie, że nie będę się niczemu dziwić. Tym razem zrobiłem wyjątek.

- Cześć! - usłyszałem głos za sobą. Obróciłem się. To był Zenek, mój najlepszy(bo jedyny) kolega. Jak zwykle wyglądał jak "wyjęty psu z gardła", to znaczy nieuczesany, w pogniecionym i powyciąganym do granic możliwości swetrze. Spod brudnych, prostokątnych okularów patrzyły na mnie te jego rozbiegane oczy.

- Cześć Święty! - powtórzył, dodając moje przezwisko. To był jedyny pseudonim, którego genezy nie znałem. Tak mnie ktoś kiedyś nazwał i zostało.

- Słyszałem co do mnie powiedziałeś. Nie musisz się powtarzać - odrzekłem.

- Fajnie, - Zenek zarzucił grzywą przetłuszczonych włosów, - Wiesz co mi się dzisiaj śniło?

- Ziemniak?

- No jakbyś tam był! No normalnie ziemniak! - zawołał.

- Zenek, tobie wszystko kojarzy się albo z ziemniakiem, albo popędem płciowym.

- Naprawdę? - skonsternował się i pobiegł do reszty, - Hej! Wiecie co mi się dzisiaj śniło?

- Ech... - westchnąłem.

Usiadłem na podłodze, po lewej mając kubeł na śmieci, a po prawej moją ulubioną towarzyszkę kłótni, nie mogącą odnaleźć się w jakiejś konkretniej subkulturze. Włosy pomalowane na niebiesko, kolczyk w nosie połączony łańcuszkiem z kolczykiem w uchu - to punk. Glany i obręcz z kolcami - z metali. Biała koszula z krawatem i mini - to chyba własna inwencja, zahaczająca stylem o jakieś dewiacje.

- Po co tu usiadłeś, świński ryju? - mruknęła pod moim adresem. Zastanawiam się, jak można mieć taką miłą buzię i być tak złośliwym.

- Tak, ja też cię lubię. Co słychać?

- A jak myślisz kretynie! - wybuchnęła złością, - Jestem zagrożona na półrocze z matmy! Gdyby ten idiota pozwolił mi poprawić...

- Fajne marszczy ci się nos, jak krzyczysz - przerwałem.

- Naprawdę? To po mamie. Ona też tak miała. To jest w mojej rodzinie...A co cię to obchodzi gównojadku? - wróciła do wściekłego tonu.

- Lidziu, chciałem ci tylko powiedzieć, że jesteś brzydka jak się złościsz.

- Phi! - fuknęła i demonstracyjnie udała się do toalety. Gdzieś czytałem, że polki mają bardzo słabe pęcherze. Może oddając mocz, rozładowują napięcie wewnętrzne? Bo na pewno w pęcherzu.

Rozległ się dźwięk dzwonka. Uczniowie zaczęli wchodzić do klas, popędzani przez nauczycieli. Usłyszałem dźwięk walenia pękiem kluczy o ścianę. To na pewno Węgier. Chyba tylko on ma ten idiotyczny zwyczaj tłuczenia tymi kluczami o wszystko co się da. Starałem się możliwie szybo iść na przeciwległą ścianę, gdyż Węgier z rozpędu i mnie by przyłożył. Na szczęcie tylko przemknął i nerwowym ruchem otworzył drzwi klasy.

Wszyscy rzucili się na swoje miejsca. Zupełnie beż potrzeby, bo to tylko wydłużało czas lekcji. Niewiele, ale jednak. Dostosowując się do innych, zasiadłem w moim królestwie, w ostatniej ławce pod oknem. Okiennice były zasłonięte połamanymi żaluzjami. Do pomieszczenia wpadało tylko trochę słabego światła z zewnątrz. 

- Czort! - krzyknął na mnie Węgier, - Ty bękarcie! Do tablicy!

To potwierdziło  beznadziejności tego dnia. Zmęczonym ruchem wstałem z krzesła i ominąwszy kolebiącego się na krześle obok mnie Zenka, powlokłem na początek klasy, z nieznanych powodów zwanego potocznie środkiem.

- Weź - podał mi książkę, - Przeczytaj zadanie 38A, ze strony 73G.

- "Z miasta A do miasta B wyjechał pociąg." - zacząłem czytać, -  "Miał cztery wagony plus lokomotywę. W pierwszym wagonie był węgiel, w drugim pumeks, w trzecim złoto, a w czwartym Viagra. Kąt padania światła słonecznego w trzeciej minucie jazdy na nos maszynisty wynosi 43 stopnie. Wiedząc, że pasażer jadącej obok drezyny jest biseksualnym karłem-transwestytą, oblicz czas jazdy pociągu i ilość atomów które się na niego składają." Ale panie psorze, to zadanie z fizyki...

- Czort! - warknął Węgier, - Ile razy mam powtarzać, że zdanie nauczyciela jest święte?!

- Nie powinien pan powtarzać - odpowiedziałem służalczym tonem, -  To maksyma którą powinien znać każdy uczeń. Jesteśmy tylko prochem w pańskich rękach.

- No właśnie Czort, no właśnie - taka odpowiedź go usatysfakcjonowała, - Widzi klasa?! - zwrócił się do hołoty, -  Nawet takie indywiduum wie, co to szacunek, jak się je odpowiednio ustawi.

Wziąłem kawałek kredy i zacząłem pisać wzór. Po przebrnięciu przez pierwsze obliczenia, musiałem przesunąć tablicę, bo nie starczył miejsca. Gdzieś w połowie zadania, do klasy weszła Lidka.

- Kwiatkowska! - warknął na nią Węgier, - Czemu przychodzisz dwadzieścia minut po dzwonku?!

- Musiałam załatwić parę spraw...

- ...toaletowych - dodałem, nie odrywając ręki od tablicy.

- Dlaczego ty musisz się zawsze wtrącać? - mruknęła niezadowolona.

- Jeśli dziś jest poniedziałek, to dlatego, iż masz piękne nogi.

Klasa zachichotała. Doskonale wiedziałem, że ona nie lubi, gdy jej prawie komplementy. Może tylko udawała, bo kilka razy się uśmiechnęła. Tym razem zareagowała klasycznie, to znaczy popatrzyła na mnie z pogardą.

- Czort! Nie flirtujcie, tylko rozwiązujcie to zadanie, kujonie jeden! Nie mamy całego dnia!

Skończyłem pięć minut później. Węgier zdziwiony obejrzał moje dokonania, może nawet coś zrozumiał, a potem kazał mi siadać.

Reszta lekcji upłynęła mi w spokoju. Pożyczyłem nawet walkmana od Zenka i włączyłem sobie moją kasetę z nagraniami Chóru im. Aleksandrowa. Bardzo lubię ten radziecki zespół, właściwie nie wiem czemu. Być może dlatego, że śpiewają po rosyjsku, a ten język brzmi dla mnie bardziej zrozumiale, niż ten angielski szwargot. No i czy Amerykanin potrafiłby zaśpiewać porządnie "Kalinkę" albo "Podmoskiewskie wieczory"?

Następną lekcją była również matematyka, więc miałem zamiar zostać na przerwie w klasie. Niestety, Węgier kazał wyjść wszystkim na korytarz. Może to i lepiej, bo tym razem ja poczułem potężny napór ciśnienia na pęcherz moczowy. Szybko pognałem do ubikacji.

Ręce myłem w popękanej umywalce, zamieszczonej obok pisuarów, tuż obok ściany z oknami. Kran, niegdyś może srebrny, obecnie miał barwę rdzy. Płynęła z niego tylko zimna woda, bo za ciepłą trzeba przecież więcej płacić.  

Spojrzałem na własne smutne oblicze odbijające się w lustrze. Przez chwilę kontemplowałem własną twarz, gdy nagle zobaczyłem w odbiciu plamę krwi, wyciekającą spod jednej z kabin. Drzwi były nieco otwarte, więc przesunąłem się, aby zobaczyć w zwierciadle jej wnętrze.

Na sedesie siedziała jakaś postać. Jej głowa była obdarta ze skóry i mięśni. Czaszka była otwarta. Do jej środka włożono oczy. Po popękanych kafelkach walały się wnętrzności wyrwane przez dziurę w piersi. Krew wciekająca z ran była wszędzie - na podłodze, na ścianach kabiny, na mundurze trupa. Przymknąłem oczy - ciało  znikło. Był tylko porcelanowy sedes i uchylone drzwi.

Po matematyce, na której ku swojej uciesze nauczyciel powstawiał aż dziesięć pał(nie omieszkałem tego zanotować), nadeszła pora na biologię. Przedmiot ten prowadziła Wrzeszcząca Lolita, czyli pani Michalina Zając. Przezwisko wzięło się od przesadnego makijażu, oraz wszelkiego rodzaju ohydnych sukien, w których lubowała się ta kobieta po pięćdziesiątce. To była kiedyś kochanica jakiegoś partyjnego. W swoim czasie trzęsła całą szkołą. Jej słowo była ważniejsze od dyrektorskiego, a trzeba pamiętać, że Behemot był wtedy naprawdę silną osobowością, zainteresowaną losem szkoły. 

Lekcję Wrzeszcząca Lolita zaczęła od sprawdzenia szybko listy obecności, po czym przeszła do rzeczy:

- Dzisiaj omówimy układ odbytniczy.  Otwórzcie książki na stronie 354 i napiszcie notatkę.

Profesorka wstała i poszła na zaplecze. Uwielbiam takie lekcje, które w ogóle nie angażują ucznia intelektualnie. Czasem tak sobie myślę, że szkoła tylko niepotrzebnie rozprasza ucznia. Przecież młody człowiek, gdy chce, może przerobić cały materiał i coś z niego zrozumieć. No, część młodych ludzi.

- Czy do twarzy mi z tym długopisem w nosie? - zapytał mnie Zenek.

- A czy Turcy wygrali pod Wiedniem?

- Nie... - odparł po chwili namysłu.

- To wyjmij ten długopis z nosa, bo zrobisz sobie krzywdę.

Zenek, wyraźnie zasmucony, zrobił co kazałem. Przez chwilę rozmawialiśmy o wpływie zorzy polarnej na cykl miesiączkowania pingwinów, aby wreszcie zejść na tematy polityczne:

- AWS to kleru pies i przegra wybory - stwierdził Zenek.

- Ale i tak są lepsi od komuchów, albo UPR.

- Dlaczego? Oni mają dobre pomysły...

- Taa? - niedowierzałem, - Podaj przykład.

- Chcą zlikwidować podatki.

- Super. A z czego będą utrzymywane szpitale?

- No..eee...Będą prywatne.

- Genialne. A co z biednymi, których nie stać na leczenie?

- O tym nie pomyślałem...

- Oj Zenuś, Zenuś...Przez takich jak ty Kaczyńscy przejmą kiedyś władzę.

- Bez przesady, to niemożliwe.

- Niemożliwe, to jest przejść przez komunę i na tym zyskać.

 Zadzwonił dzwonek. Teraz W-F. Przedmiot, którego z głębi serca nie znosiłem. Nigdy nie mogłem zrozumieć coś jest takiego przyjemnego w bezsensownym ganianiu za piłką, skoku w dal, czy przeskoku przez kozła. Być może niektórzy lubią nie tyle męczenie się, co tą "męską atmosferę" klitek, nazywanych dumnie "szatniami".

Zbiegłem po schodach na parter. Jakoś przecisnąłem się przez korytarz, a następnie drzwi prowadzące na mały placyk za szkołą, przy którym wybudowano halę sportową. Idąc do niej wstrzymałem powietrze, albowiem nie chciałem wdychać dymu papierosowego, nad poziomem którego czuwali uczniowie zgromadzeni na placu.

Na W-Fistę czekaliśmy w małym barku, będącym przedsionkiem do właściwej części hali. Zajęliśmy z Zenkiem jeden ze stolików pod oknem, z którym było prawdziwe życie. Widok na nie osładzał mi ogarniającą mnie głupotę, której świetnym przykładem były rozmowy innych chłopaków z klasy, siedzących przy stoliku obok:

- Byłem na imprezie. Rzygałem - pochwalił się Robert.

"Jak to tak lubisz" - myślałem, - "to weź sobie środek wymiotny. Efekt murowany."

- He! Dobre! A dobre suki były? - zapytał Olgierd, nasz klasowy "maczo".

"A co, potańcówka była w schronisku?!"

- No, jak nie wiem co! - stwierdził przedmówca.

"Jak tort? Jak kopanie rowów? Jak puzonik obwiązany seledynową kokardką z wentylatorkiem na czubku?"

- Haha! Rzygałem. Haha! Dobre... - skapował wreszcie człowiek o niesamowitym refleksie - Stefan, świetnie pracujący na przyszłość w postaci posady śmieciarza.

- Ja mieć duża biceps - tymczasem Karolek, niewiele bardziej rozgarnięty od Zdziśka, kontynuował zupełnie inny temat.

= A w ryja chcesz? = zapytała mina Zdziśka.

- Tera! Na gołe klaty!

Dwa dryblasy wstały. Zdarli z siebie koszule i napięli mięśnie.

W tym momencie do baru wszedł W-Fista. Potężnym ciosem w potylicę, zafundowanym mięśniakom, ustalił hierarchię i kazał nam iść przebrać się.   

Kontynuowaliśmy temat skoków. Dziś - skok wzwyż. W tym celu poszliśmy do małej sali gimnastycznej ukrytej gdzieś w kazamatach naszej hali sportowej. Kafar(to znaczy nauczyciel wychowania fizycznego) kazał nam poustawiać materace. Ja jakoś wymigałem się od tej pracy, chowając się za jakimiś gratami.

- Nu, rebiatuszki - powiedział, - A tera będzieta skakać. Bystra, bystra!

Zaczęliśmy powoli przeskakiwać ustawioną przez niego barierkę. Gdy nadeszła moja kolej, rozpędziłem się i już lecąc zobaczyłem...SS-mana przybitego do ściany sal, z którego ran toczyła się świeża krew.

 Zagapiłem się i wleciałem na kij. Pęknął, a ja poleciałem na materace. Gdy spojrzałem na górę, SS-mana już tam nie było.

- Co młody, skakać nie umiemy? - zapytał Kafar.

- Nie, to tylko problemy techniczne.

- Zniszczyliście barierkę.

"A moje obolałe członki są mniej ważne, od tego połamanego kija, ty durny kacapie?!" - pomyślałem.

Wykonałem jeszcze kilka skoków. Niemiec już się nie pojawił ani razu.

Podobne przywidzenia zacząłem miewać na początku roku. Zawsze są to postacie w niemieckich mundurach, zabite w jakiś wymyślny sposób. Początkowo myślałem, że wariuję, więc nie dzieliłem się tym z innymi. Pewnego razu zapytałem mojego kuzyna z technikum, czy nie miewa jakiś dziwnych przywidzeń. Odpowiedź była twierdząca. Powiedziałem mu, dlaczego pytam. Chwilę o tym porozmawialiśmy, aż opowiedział mi pewną historię, która rzekomo zdarzyła się w połowie lat siedemdziesiątych i może miała coś wspólnego z naszymi wizjami. Mianowicie, był kiedyś pewien uczeń, który tak ja i kuzyn, miewał dziwne przywidzenia. Z tego powodu badał dokładnie historię tej okolicy. Podobno, przeglądając książki naszej biblioteki, zalazł małą, ale bardzo interesującą wzmiankę na temat szkoły. Zszedł wtedy do piwnic i zaczął penetrować tamtejsze korytarze. Trwało to jakiś czas, aż pewnego dnia zniknął. Odnaleziono go trzy dni później w Parku Szczytnickim, powieszonego za szyję na drzewie. Kuzyn usłyszał to od naszego woźnego, Styrlitz. Czasem ich widzę, jak wyskoczą razem na jakieś wino marki "Wino". Wtedy to zbagatelizowałem. W końcu mogła to być kolejna pijacka opowieść naszego woźnego.

Tym razem byłem zdeterminowany. Postanowiłem odszukać kuzyna i pójść z nim na wino razem ze Styrlitzem. Ponieważ jednak szanuję swoje zdrowie, wpierw skorzystałem z długiej przerwy na wycieczkę do biblioteki, odszukać fragment, jaki odnalazł tamten uczeń(jeśli w ogóle istniał).

W bibliotece urzędowała niska, błądząca przestraszonym wzrokiem bibliotekarka. "Pięćdziesięcioletnia dziewica ", jak ją nazwał kiedyś Zenek. Być może pracował tu jeszcze w latach siedemdziesiątych, więc mogła coś wiedzieć.

- Przepraszam - zapytałem, - Czy nie pamięta pani może takiego chłopaka, co za komuny szukał jakiś informacji o szkole?

- Nie..nie pamiętam - odpowiedziała niepewnie, - To było tak...dawno. Tylu...uczniów.

Wiedziałem, że to powie. Trzeba było wytoczyć ciężkie działa:

- Podobno się powiesił - powiedziałem z naciskiem.

- A! A! - bibliotekarce rozszerzyły się oczy, - Ten...Tak...Był taki jeden. Dużo czytał. Zawsze dzień dobry mówił i...

- Czy nie wie pani, jakie książki przeglądał? - przerwałem

- Nie za bardzo...Ale...Chyba wszystkie o Wrocławiu jakimi wtedy dysponowaliśmy.

- Czy ktoś czytał je potem, po samobójstwie?

- Nie - zaprzeczyła, - Przez jakiś czas...krążyła fama, że...te książki pecha przynoszą. Tylko raz, jedna z nich była wypożyczona...Przez woźnego.

- Chciałbym wypożyczyć tą książkę.

Bibliotekarka poszła w głąb budynku. Po chwili wróciła z opasłym tomiskiem pod pachą. Była to "Szczegółowa historia ulic i obiektów Wrocławia", wydawnictwo "Oficyna miłośników Wrocławia", wydanie pierwsze.

- Tylko uważaj na nią - przestrzegła, - To ostatni...egzemplarz tej książki.

- Dlaczego? - zapytałem, stawiając tomisko na stole.

- Cały nakład spłonął, zaraz po wydrukowaniu. Wydawnictwo, aby przetrwać, zaczęło wydawać  ilustrowanego Marksa.          

Podziękowałem i usiadłem przy jednym z biurek przeznaczonych dla czytelników. Ledwo otworzyłem książkę, a poczułem w okolicy znajomą obecność.

- Nie musisz chować się za tą gazetą, wiem że tu jesteś - powiedziałem, nie odrywając oczu od tomiska, - Zamiast mnie szpiegować, pomogłabyś.

Lidka ze złością rzuciła "Słowo Polskie" w kąt i usiadła obok mnie.

- Czego chcesz? - zapytała, odsuwając krzesło.

- Będziemy razem analizować stronnice, które otworzę.

- A czego mam na nich szukać?

- Czegoś o naszej szkole.

- Hmmm...Może po prostu poszukaj jej w spisie treści? - zaproponowała Lidka.

- Oczywiście, mógłbym to zrobić. Ale tak jest ciekawiej, bardziej psychologicznie. Wręcz Freudowsko.

- Jesteś nienormalny! - stwierdziła z oburzeniem w głosie.

- Dziękuję. To może chociaż przeanalizujemy razem definicję?

Nie odpowiedziała, więc wyszukałem w spisie szkołę. Szybko odnalazłem odpowiednią stronicę i...zobaczyłem, że jej brakuje.

- Chyba nic nie będziemy analizować... - mruknęła Lidka,- Dziwne. Czemu ktoś miałby wyrywać stronę?

- Wandali nie brak.

Strona była usunięta z jakiegoś powodu, a nie dla zabawy. To było widać. Tomisko było zszywane, więc trudno wyrwać stronę i nie zostawić śladów. W tym wypadków zupełnie ich nie było. Najprawdopodobniej ktoś ją wyciął. 

- Mamy jeszcze piętnaście minut do dzwonka. Może pójdziemy coś zjeść w barze? - zaproponowałem.

- I mam dostać salmonelli?

- A co, chcesz żyć wiecznie?

No i poszliśmy. Przez cały czas zastanawiałem kto zniszczył książkę i dlaczego. W pewnym momencie, a konkretnie gdy Lidka nawijała o jakiś perfumach, na które zbierała od pół roku, przypomniał mi się ten woźny. On ostatni wypożyczał tą książkę, więc musiał wyciąć tą stronę. Nie mógł zrobić tego nikt wcześniej, bo poprzedni był tylko ten uczeń, a on przecież poszukiwał informacji o szkole. Chociaż, może wyciął ją specjalnie, aby przeanalizować w domu...

- Słuchasz mnie, czy nie? - warknęła na mnie Lidka.

- Jak radia włączonego.

- To dobrze. No, to ja jej mówię: "Nie rób sobie tych włosów, bo będziesz wyglądać jak Kwaśniewska". Ale ona swoje i zrobiła te włosy...

Tymczasem ja ponownie pogrążyłem się w myślach. Nie zdołałem jednak wymyślić nic konstruktywnego. Pozostawało wybrać się z kuzynem do kanciapy Styrlitza i wypić z nim parę głębszych. Może to coś da...

Zadzwonił dzwonek. Młodzież zerwała się z krzeseł i zaczęła gnać w kierunku szkoły. Moje rozmyślania musiałem na razie odłożyć na później.

 

Następnego dnia, na początku długiej przerwy, poszedłem odwiedzić mojego kuzyna. Miał jakiś przedmiot techniczny, więc nie dość, że musiałem się wspinać na czwarte piętro, to jeszcze robić to tylnimi schodami, na których zawsze ktoś siedzi. Do dziś sobie łamię głowę, jak niemy, taki dokładny i pedantyczny naród   Zazwyczaj ten ktoś nie chce ruszyć swoich czterech liter, tylko okupuje swoje miejsce, jakby obawiał się nagłego przejęcia go przez wroga.

Jednakże, po wielu kłótniach, wyzwiskach i konfliktach, udało mi się wreszcie dojść do klas z przedmiotami zawodowymi. Kuzyn Jacek jak zwykle siedział w rogu małego korytarzyka, pod gaśnicą, z jakąś książką w dłoniach.

- Co czytasz? - zapytałem, gdy podszedłem do niego.

- "Problematyka czwartego wymiaru" - powiedział, nie odrywając oczu od książki.

- Nic nowego. Jesteś przewidywalny.

- Tak jak ty. Czego chcesz?

- Potrzebuję twojej pomocy - przeszedłem od do rzeczy.

- Ile?

- Nie dzisiaj.

- A! To nowość - powiedział kuzyn sarkastycznym tonem, - Czyli chcesz, abym coś za ciebie zrobił?   

Ten facet chyba czytał w moich myślach.

- Tak...coś w tym rodzaju. Musimy się napić ze Styrlitzem.

- O nie, jak ostatnio z nim piłem, to obudziłem się na Ołbinie, z głową w piekarniku, w mieszkaniu jakiejś emerytki.

- Będziemy pić wodę! On dostanie wino.

- To po co chcesz z nim pić? - zapytał Jacek, - Chcesz go spić, a potem wykorzystać?

Nie. On nie czyta w myślach. Po prostu czasem potrafi przewidywać rzeczy oczywiste.

- Styrlitz coś wie o tych widzeniach. Jestem tego pewien.

- Ta? Na podstawie czego to wywnioskowałeś?

Opowiedziałem mu o tej historii z wisielcem i wyciętą stroną.

- To nie jest nic pewnego. Woźny może cos wiedzieć, a równie dobrze nic. Po co chcesz to zbadać?

- Tydzień temu spadłem przez te zwidy ze schodów. Cztery dni temu wylałem wodę do kwiatków na Boćka, z czego tłumaczyłem się pół godziny Wczoraj złamałem barierkę, za którą trzeba było płacić. Te mary utrudniają mi życie.

- Cóż...Khem...Mnie też - stwierdził Jacek. Pogrzebał trochę w plecaku ,wyjął z niego dwie puste butelki po winie "Kosmos - dwie godziny na orbicie" i podał mi je mówiąc - Idź do kibla i napełnij je wodą.

- Kranówą? To niezdrowe.

- Przegotowanej ci się zachciewa burżuju? Chamstwo i drobnomieszczaństwo z ciebie wyszło, ot co!

- Dobra, dobra alkoholiku - odgryzłem się, - Już lezę je napełniać tym śmierdzącym rdzą płynem, dla ciebie będącym wodą. Kiedy się spotkamy?

- A ile masz lekcji?

- Siedem.

- Ja osiem. Poczekasz na mnie przy szatniach. Potem zejdziemy do podziemi. A teraz zjeżdżaj, bo muszę znaleźć miejsce w którym skończyłem czytać...

"My nie możemy być krewnymi" - myślałem, mimo świadomości o licznych podobieństwach między mną a nim. Byliśmy podobnego wzrostu, patrzyliśmy na świat ciemnymi, inteligentnymi oczami. Mieliśmy miej więcej taki sam pogląd na niektóre sprawy. Nikt z otoczenia nie był w stanie do końca nas zrozumieć. Praktycznie byliśmy tacy sami, poza faktem że ja byłem lepiej wychowany. I przystojniejszy, rzecz jasna.

 

Dzień upłynął mi w atmosferze wyczekiwania. Nie zrobiły na mnie wrażenia kłótnie z Lidką, które odbywała ze mną prędzej z zasady, niż faktycznej potrzeby, oraz próba Zenka włożenia sobie do nosa nogi od stołu. Właściwie, to w normalnych warunkach też by nie zrobiły, ale tego dnia wszystko wydawało mi się takie zwyczajne. A jak coś jest zwyczajne na co dzień i zwyczajne w dni specjalne, ta zwyczajność się dubluje tworząc zwyczajność do kwadratu. Takie przynajmniej miałem odczucia.

Jacek spóźniał się. Było ta strasznie wkurzające, bo stałem pod tą szatnią ponad czterdzieści pięć minut a on się nie pojawiał.

- Jestem - rozległ się jego głos zza moich pleców.

- A! - krzyknąłem nieco przestraszony - Nie skradaj się tak! Chcesz, abym umarł na zawał?

- Nie była by to jakaś straszna strata dla ludzkości. Gotowy?

- Ja zawsze jestem gotowy. Na wszystko. Idiom.

Szliśmy korytarzem na parterze. Większość uczniów zdążyła już pójść do domu. Tylko nieliczni jeszcze szlajali się po szkole, z sobie tylko znanych powodów.  Sprzątaczki ruszyły w szkołę ze swoimi "rumakami", to znaczy miotłami obwiązanymi mokrymi szmatami, służącymi do mycia podłóg. Sądzę, że gdyby przyznawano Nobla za wynalazki, to odkrywczyni powinna go dostać. Sprawdza się praktycznie w każdych warunkach - do mycia ścian, podłóg i szyb. Nie trzeba telesklepu, za komuny wymyślano najlepsze, i najbardziej praktyczne wynalazki.

Jedna z klas była otwarta, bodajże od PO. Były w nim dwie sprzątaczki - jedna podlewała, a druga opróżniała kosz na śmieci. Nagle, zza framugi wyłonił się ten Niemiec, którego spotkałem w drodze do szkoły. Uśmiechał się głupawo i machał mi, jakby mnie żegnając. Szturchnąłem kuzyna.                                                                 

- Czego?                                                                                    

- Patrz - wskazałem na klasę od Przysposobienia Obronnego. Niemca już tam nie było.

- Stare, brzydkie baby - stwierdził Jacek, - No i co nam to daje?

- Ech...Nic.

- A może?

- Nie.

- Jesteś tego pewien?

- Tak!

- Zaprzeczenie i potwierdzenie wykluczają się wzajemnie.

- Arghh! - zazgrzytałem zębami.

- Hehe... - zarechotał kuzyn, - O słaba osobowości! Gdzie tobie do mnie, wybitnemu umysłowi mojego technikum, za którym szaleją kobiety...

- I kolega z ławki - odgryzłem się.

Jacek skrzywił się i demonstracyjnie przyspieszył. Uderzyłem go w słaby punkt - przypomniałem mu o sylwestrze 1996/1997, kiedy wybrał się do swojego znajomego, będącego zakamuflowanym homoseksualistą. Akurat wracałem wtedy z rodzicami obok domu, gdzie "bawił się" mój kuzyn. Do dziś pamiętam, jak wyskoczył przez okno i biegł w bieliźnie po ulicy. Stare dzieje...

- To tutaj - wskazał drzwi pod tylnimi schodami, które mijam zawsze, gdy mamy W-F. Dotąd nie wiedziałem, że tam właśnie urzęduje nasz woźny. Nigdy nie widziałem, aby wchodził tam ktoś poza młodszym konserwatorem (starszym był Styrlitz - pracował na dwa etaty). Jakby woźny nigdy nie opuszczał piwnic.

Jacek zapukał trzy razy. Przez chwilę nic się nie działo. Już miałem pytać kuzyna, czy długo mamy tak sterczeć, gdy nagle zaskrzypiały otwierane drzwi. Zobaczyliśmy w nich zarośniętego dziada, w brodzie którego bytowały liczne owady. Ubranie które nosił, śmierdziało na kilometr brudem i spirytusem technicznym.                                                     

Dziad podrapał się po włochatej głowie małpim ruchem. Drugą wyjął, z kieszeni w spodniach, klucz francuski.

- Czego tu! - zawarczał, wymachując francuzem.    

- Spokojnie, to ja! - powiedział Jacek, - Przyprowadziłem kuzyna!

- A po co?

Starszy kuzyn wyjął z plecaka wino.

- Chcemy zacieśnić więzi, że się tak wyrażę - powiedział, potrząsając butelkami. Zachlupotały wesoło.

- A po co? - powtórzył woźny, wyraźnie niezadowolony z życia. Nie dziwię się, z takim wyglądem też nie byłbym zadowolony, - Czegoś chcecie, no nie?

- Bez jaj - zapewniał Jacek, - Tyle razy z tobą piłem i jeszcze ani razu niczego nie chciałem.

- Ech, no dobra, właźcie. Tylko przedtem wytrzyjcie buty o wycieraczkę - wskazał szmatę na podłodze, - Nie chcę, abyście mi nabrudzili.

Popatrzyliśmy się zdziwieni z kuzynem na siebie i spełniliśmy polecenie Styrlitza. Zaczęliśmy iść za nim. Najpierw szliśmy przez warsztat i magazyny. W pewnym momencie woźny zboczył z drogi do sąsiedniego magazynu, wchodząc w jakiś mroczny korytarz. Kroczyliśmy nim przez jakiś czas, gdy wykonaliśmy kolejny zwrot, tym razem na schody. Kiedy schodziliśmy przez nie, wydawały mi się znacznie starsze, niż te na powierzchni. Były znacznie bardziej popękane i przetarte. 

Między naszymi nogami biegały szczury. Smród woźnego zaczął ustępować jakiemuś innemu, jeszcze bardziej silnemu. Jakby coś się rozkładało w okolicy.

Wreszcie wprowadził nas do małej kanciapy. W słabym świetle gołej żarówki, dostrzegłem stojący na środku stół, plugawy barłóg pod ścianą i rozpadając się szafkę obok drzwi. Wszystko tak samo brudne i odrażające jak ich właściciel.

- Byłeś tu już kiedyś? - szepnąłem do Jacka.

- Nie, tu nigdy.

Woźny okrążył pomieszczenie, podrapał się ponownie po głowie i w końcu klapnął sobie na rozlatującym się łóżku. 

- Mam dużo pracy, więc tylko jedną kolejeczkę. Rozgośćcie się.

Kuzyn ustawił na stole nasze butelki. 

- Ooo! - ucieszył się woźny, - "Kosmos"! To lubię.

- Masz zagrychę? - zapytałem Jacka tonem profesjonalisty.

- Zagrychę na jednego siarkofruta? - zdziwił się stary, - Czy ty kiedykolwiek piłeś wino, chłopczyku?

- Tak - odpowiedziałem po krótkim namyśle.

- Jasne - rzekł niedowierzającym tonem.

Odkręciłem korek mojej butelki i pociągnąłem spory łyk.

- Ha! Piszesz jak zawodowy menel! - powiedział woźny, uśmiechając się.

Odgryzł zębami korek i powąchał wino, jakby było wytrawne.

- Oho! Dobry rocznik - pociągnął parę łyków, - Nawet bardzo dobry.

Atmosfera zaczęła się rozluźniać. Styrlitz błyskawicznie opróżnił butelkę. Machnął ją w kąt, gdzie leżał stos podobnych, tanich win. Myślałem, że będę musiał wytoczyć w tym momencie ciężkie działa. Na szczęście, Jacek był przygotowany - wyjął jeszcze jeden "Kosmos", który również został szybko opróżniony. Pomimo tego, stary pijak nie zdradzał oznak upojenia alkoholowego, ani nawet podchmielenia.

-...i nazwaliśmy to Cholera - woźny zakończył swoją opowieść.

- A'propos Choler - wtrąciłem się, - Słyszałem, że wiewa pan wizje jakiejś masakry.

- Heh... - zarechotał, - U nas, alkoholików to normalne.

- Ale był kiedyś uczeń, który również je miewał. - w tym momencie ugryzłem się w język. Za szybko odkryłem karty.

Czekałem na wybuch, furię, ewentualnie wyśmianie mnie przez Styrlitza. Nie takiego jednak się nie stało. Uspokoił się, z jego twarzy szedł pijacki uśmieszek. Oczy utraciły swoją głupkowatość. Podniósł się z barłogu i otworzył szafkę. Wyjął z niej jakąś starą teczkę, którą rzucił mi pod nos.

- Otwórz - rozkazał.

Zrobiłem, co mi kazał. Moje serce zabiło mocniej. Wewnątrz leżała wycięta strona formatu A4. 

- To strona z tamtej książki!

- Czytaj!

Zajmujący prawie całą stronę tekst opisywał historię mojej szkoły. Pobieżnie przeczytałem jego początek. Nie znalazłem żadnych wartościowych informacji, przynajmniej takich, jakich nie byłoby w innych książkach. Dopiero gdzieś w połowie znalazłem podkreślony koślawą linią fragment: "W czerwcu 1944 roku, do obiektu przyjechała ekipa mająca powiększyć przestrzeń podziemną, aby pomieścić dodatkową ilość robotników przymusowych. Trudno opisać zdziwienie budowlańców, gdy okazało się, że piwnice szkoły są tylko niewielką częścią całego zespołu podziemi, ciągnącego się pod Breslau. Zaraz potem wszystkich robotników wcielono przymusowo do wojska i wywieziono na front wschodni. Sprawą zajęło się SS oraz Towarzystwo Thule. Najprawdopodobniej prowadzono tam różnego rodzaju eksperymenty, podobne do tych z innych wrocławskich obiektów. Pod koniec wojny doszło tam do zamieszek,  które szybko rozprzestrzeniły się po okolicy i równie szybko stłumiono.". - Nie rozumiem - powiedziałem, gdy skończyłem czytać, -  Czy to ma coś tymi widzeniami?

- Wszystko.

- A co konkretnie? Czy to co się działo podczas wojny, ma na nie jakiś wpływ?

- Tak. Wizje są echem, tego co się wydarzyło.

- Ech...I tak nie uwierzycie staremu wariatowi - westchnął.

- Niech pan spróbuje - zaproponował Jacek.

- No dobra - usiadł ponownie na barłogu, - Pod koniec wojny, gdy Koniew podchodził pod bramy miasta, magowie z Towarzystwa Thule zamierzali przeprowadzić eksperyment, który nie tylko uratowałby Breslau, ale może i III Rzeszę. Wymalowali znaki runiczne w pięciu kamienicach tak, aby były rogami pentagramu, którego centrum jest szkoła. Coś poszło nie tak i wszyscy zginęli poza więźniami.

- A co to ma wspólnego z tymi przywidzeniami?

- To co widzimy, to pochodzi z naszych umysłów. To dusze tych, którzy zawiśli między życiem a śmiercią.

- Taa... - mruknąłem z niedowierzaniem w głosie, - A jak możemy się od tego uwolnić?

- Myślę, że zmazanie znaków powinno wystarczyć.

- Skoro tak - wtrącił się Jacek, - To czemu jeszcze nikt tego nie zrobił?

- Znaki są poukrywane po specjalną farbą. Nie widać ich.

- Skąd pan to wszystko wie? - zdziwiłem się.

- Gdy przyjechałem tu do pracy, na ziemie odzyskane, znalazłem dokumenty Niemców, dobrze ukryte za piecem grzewczym.

- No dobrze - powiedziałem powoli, - A czemu pan nie zmazał tych znaków, zaraz po odczytaniu dokumentów?

- Papiery były po niemiecku, a ja nie znałem tego języka. Dopiero w latach siedemdziesiątych poprosiłem jednego z uczniów o pomoc w przetłumaczeniu.

- To był ten, co się powiesił? - powiedziałem i jeszcze raz ugryzłem się w język.

- Tak. Tego właśnie - rzekł smutno woźny, - Do dzisiaj tego żałuję. Ale tylko on nie pytałby mnie, skąd miałem te dokumenty i dlaczego nikomu o nich nie powiedziałem...

- I co dalej - zapytał Jacek, gdy Styrlitz nagle umilkł.

- Był bardzo zafascynowany tymi dokumentami. Miał prawdziwy talent do języka niemieckiego. Szybko wywnioskował, co trzeba zrobić. Postanowił samemu zniszczyć te znaki.

- A pan?

- Ja miałem obowiązek dzień i noc pilnować szkoły. Nie wolno było mi jej opuszczać.

- Dlaczego tamten nie zmazał wszystkich znaków?

- Udało mu się zniszczyć tylko dwa. Potem niespodziewanie popełnił samobójstwo.

- Uh...Czy to jedyny sposób, aby zapobiec tym wizją?

- Tak mi się wydaje - stwierdził.

- W takim razie musimy to zrobić, no nie Jacek?

- No..tak.

- Dobra. Zobaczcie to - wyjął z szafki mapę z zaznaczonymi kropkami, - To miejsca, gdzie są znaki. Ten budynek- wskazał jedną z kropek, - Został zniszczony podczas wojny. Te dwa - wskazał inne, - Załatwił tamten chłopak. Zostały jeszcze dwie kamienice.

- Jak odnajdziemy runy, skoro są ukryte? - zapytałem.

- Weźcie to - rzucił nam zielone szkiełko oprawione srebrem, - Znalazłem to kiedyś w jednym z korytarzy. Patrząc przez nie, znajdziecie znaki.

Widocznie uznał rozmowę za zakończoną, bo wskazał nam wyjście. Odprowadził nas samego parteru.

- Powodzenia - powiedział na pożegnanie.

 

Weszliśmy z kuzynem do śmierdzącej moczem bramy. Jacek wyjął z kieszeni agrafkę i pogrzebał trochę w zamku. Zamek puścił. Pchnąłem drzwi i wkroczyłem na korytarz.

- Tu musiało być ładnie - stwierdziłem, patrząc na popękane płaskorzeźby.

- Ale nie jest - rzekł kuzyn, - Lepiej nie oglądajmy architektury, tylko zróbmy co mamy zrobić.

Zgodziłem się. Zdjąłem okulary i przyłożyłem szkiełko do oka. Korytarz zabłysnął zgniłą zielenią. Obróciłem się dookoła własnej osi. Na drzwiach jednego z mieszkań zobaczyłem nikłe światełko. Dotknąłem rozpadającej się powierzchni.

- Za tymi drzwiami jest runa - powiedziałem.

- Ty coś przez to widzisz?

- Tak. I to dobrze. To nie jest chyba zwykłe szkło.

Jacek już miał wkładać agrafkę, ale się zawahał - A jak ktoś będzie w środku?

- To zapytamy, czy zastaliśmy Jolkę.

Zardzewiały zamek ustąpił szybciej od tego z bramy. W mieszkaniu nikogo nie było i to chyba od dłuższego czasu. Pokoje świeciły pustką. Dookoła walało się tylko trochę maneli, jak stare gazety czy butelki.

Ponownie przyłożyłem do oka szkiełko - tym razem światło było bardzo silne. Wydobywało się z boku kaflowego pieca. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że źródłem światła jest litera runiczna. Wyjmowałem właśnie scyzoryk, aby ją zdrapać, gdy powstrzymał mnie Jacek:

- Zaczekaj! Coś mi tu nie pasuje.

- Co?

- Nasza szkoła jest ogrzewana przez elektrociepłownie, tak?

- No i co z tego? - zapytałem, zniecierpliwiony.

- Styrlitz gadał, że znalazł dokument za piecem grzewczym, a przecież czegoś takiego nie ma w szkole.

- Fakt. I dlaczego opowiadał ci historię o tym wisielcu, skoro to mogło nasuwać podejrzenie, że on miał coś z tym wspólnego?

- Chyba nie powinniśmy na razie zdrapywać tego znaku. Zbyt dużo tu niejasności. Trzeba to wszystko wyjaśnić z woźnym.

 

Jacek zapukał trzy razy. Otworzył nam Styrlitz:

- I co? - zapytał, - Udało się?

- Tak - skłamałem, - Wszystko poszło zgodnie z planem. 

Oczy starca rozszerzyły się. Uśmiechnął się, ukazując niezbyt kompletne uzębienie. Zrobił spory krok do przodu, wszedł na środek korytarza i zaczął się śmiać jak opętaniec.

- Jestem wolny! Nareszcie wolny! Haha! Tyle lat i wreszcie wolny!

- Jak to wolny? Od czego?

- Od duchów, rzecz jasna. Już nic nie mogą zrobić!

- Czyżby? - usłyszałem głos tego Niemca w kitlu. Schodził powoli po tylnich schodach,  wycierając rękawem poręcz.

Od strony hali sportowej wyłoniły się dwie mocno poranione postacie w faszystowskich mundurach. Za nimi następne. Chodziły mimo braku nóg, rąk, a nawet głów. Niektóre nie miały oczu, innym oderwano uszy i obcięto nos. Wszystkie krwawiły i jęczały.

Z drugiej strony korytarza nadchodziły następne. Z każdą sekundą ich przybywało. Napierały na nas powoli setkami, potem chyba tysiącami.

Styrlitz rzucił się w kierunku piwnic. Drzwi zatrzasnęły się przed nim z hukiem.

Staliśmy z kuzynem sparaliżowani ze strachu. Myśleliśmy, że to koniec, jednak nieumarli skierowali się w stronę woźnego.

- Odejdźcie! - krzyczał, - Nakazuję wam, odejdźcie!

Martwi rzucili się na niego. Woźny zaczął wrzeszczeć. Przez chwilę widzieliśmy, jak kilkanaście sylwetek naraz pochyla się nad miejscem w którym stał Styrlitz. Potem nagle odsunęły się i odwróciły, idąc tam skąd przyszły. Po minucie nie było już żadnego z nich.

- C-co to było? - wykrztusiłem z siebie, - C-co się z n-nim st-t-tało? - wskazałem na plamę krwi przed zejściem do piwnic.

- Odebrał swoją nagrodę - powiedział spokojnym głosem niemiec.

- Nagrodę? - zdziwił się Jacek, - Jaką nagrodę.

- Śmierć.

To nie wyjaśniało wiele.

- A kim pan jest? - zapytałem, - I może pan wreszcie wyjaśni nam, o co chodzi z tym zwiadami.

Niemiec uśmiechnął się. Przez chwilę myślałem, że nie odpowiem, ale myliłem się:

- Ponieważ wyświadczyliście nam ogromną przysługę dzieci, zacznę może od początku, co najprawdopodobniej odpowie na wszystkie wasze pytania, a przynajmniej na większość z nich.

Podczas wojny - opowiadał, - Ja, doktor von Leutze, zostałem skierowany do tego obiektu z ramienia Berlińskiej Akademi Nauk. Był to mały, nie dofinansowany projekt odkrycia tajników germańskiej nekromancji, której nasz rektor był wielkim entuzjastą. Przysłał mnie tu na początku 1945, gdzie miałem spotkać się z kapitanem Hansem Styrlitzem, szefem tego obiektu.

- Z nim? Ale jak on tyle przeżył? Jak... - pytaniom nie było końca.

- Cierpliwości, dzieci. Jak więc mówiłem, miałem nadzorować cały ten projekt. Dzięki mnie szybko udało go rozwinąć w ciągu kilku miesięcy, nad czym Thule babrało się od pół roku. Gdy byliśmy prawie gotowi, miasto ogłoszono twierdzą, a Rosjanie zaczynali się do niej wdzierać. Chciałem jeszcze przeprowadzić kilka testów dla pewności, ale Styrlitz nalegał, aby się pospieszyć. Tak więc kazałem wymalować runy tworzące bok pentagramu, mający ochronić nas ewentualnymi skutkami ubocznymi i przygotowałem miejsce obrzędu, który miał poprowadzić kapitan. Obrzęd miał na celu ożywienie martwych więźniów orz stworzenie z nich całkowicie podporządkowanej armii. Tak więc złożyliśmy ciała w głównym holu, tymczasem Styrlitz siedział w podziemiach, gdzie stały obeliski.

- Obeliski?

- Tak, kilka kręgów w warstwach osadowych z epoki brązu. Odkopali je jeszcze robotnicy, mający powiększyć piwnice.

- To musieli głęboko kopać...

- Nie, bo podziemne korytarze były w bardzo dobrym stanie i ciągnęły się pod ziemię praktycznie w nieskończoność.

- I nie zeszliście niżej? 

- Dogrzebaliśmy się do neolitu, a schody prowadziły jeszcze niżej. Musieliśmy jednak przerwać penetrację i zająć się kręgami. Odrestaurowaliśmy jeden, ten przy którym urzędował Styrlitz. Oczywiście, ten idiota wszystko zepsuł. Ciała faktycznie ożyły, tylko, że wpadły w szał, rozszarpując na kawałki wszystkich żołnierzy których spotkały. Więźniów nie ruszały. Jakby tego było mało, pentagram nie chronił naszych ciał, tylko dusze przed zerwaniem więzów z tym światem, w wyniku czego po śmierci nikt kto zginął na jego terenie, nie mógł zaznać spokoju po śmierci.

- Co zrobiliście, aby unicestwić te stwory?

- My? Nic. To one unicestwiły nas. Dopiero radziecka bomba, która zniszczyła jedna z naznaczonych kamienic, przerwała pentagram. Ożywieńcy padli bez życia.

- Jak Styrlitzowi udało się przeżyć?

- Wraz z kilkoma kapłanami przebywał pod ziemią. To miejsce było chronione potężnymi czarami. W chwili, gdy większość kapłanów wyszła, zginęli od duchów towarzyszy skazanych na śmierć. Oczywiście, Hans bał się wyleźć, dzięki czemu przeżył.

- Więc te wizje to duchy - powiedziałem, - Ale jak udało mu się żyć tak długo?

- Styrlitz był magiem Thule, znał kilka sztuczek. Każdego ranka i każdego wieczora zabijał kilkanaście szczurów, aby przedłużyć swój plugawy żywot. Potrafił też wpływać na ludzkie umysły, dzięki czemu bibliotekarka pamiętała o dziwnym uczniu, a uczeń robił to, co chciał Hans.

- Ale zabił się. Czemu?

- Z wiekiem, moc Styrlitza słabła. Ten chłopak zorientował się, że jest coraz mniej świadomy. Dlatego ze sobą skończył.

- Wszystko jasne - wtrącił się Jacek, - Ale dlaczego wyrwał tą stronę i rozpuszczał te plotki o wisielcu?

- Och, to była cześć jego intrygi. Wiedział, że ktoś się tym zainteresuje i go odnajdzie. Potem pokazywał mu inne ślady - nazistowskie dokumenty, mapy, dając tym samym uczucie tryumfu.

- A tym kimś byłem ja i mój kuzyn, tak?

- Właśnie. A teraz dzieci, muszę was poprosić o jeszcze coś. Musicie zmazać te runy i uwolnić nas od tego świata.

- Ej, byłeś po drugiej stronie barykady. Czemu mielibyśmy ci pomagać? - dopytywał się Jacek.

- Arghh.... - mruknęła zjawa, - Że też nie mogę was kazać rozerwać! Czego chcecie?

- Chodź na stronę - powiedziałem do ducha.

- Jest taka jedna... - zacząłem, gdy odeszliśmy na bezpieczną odległość od kuzyna.

- No słucham...

Opowiedziałem mu to i owo.

- Heh, co prawda honor szlachcica mi na to nie pozwala, ale tym razie zrobię wyjątek. A co dla ciebie? - zwrócił się do Jacka.

- Chcę, aby Bociek dostał takiej sraczki, aby przez miesiąc nie było go w szkole.

- Załatwione. Wszystko jak zdrapiecie runy.

- Masz to jak w banku.

Zjawa przytaknęła i rozwiała się w powietrzu.

 

- Zrób coś dla mnie - powiedziałem do Jacka, gdy już zniszczyliśmy litery, - Powiedz moim rodzicom, że mją nieobecność na noc spowodowała nagła potrzeba udzielenia koledze pomocy intelektualnej.   

- Dobra, ale powiedz mi, czego sobie zażyczyłeś?

- No cóż...Powiedzmy, że chciałem, aby pewni rodziciele nie byli dzisiaj w wieczorem w domu.

- Aha...Ej, gdzie leziesz?

- Po kwiaty rzecz jasna. Przecież moje życzenie nie było ot, tak sobie, no nie?



Gwizdon [odyniecandpuzon@tlen.pl]

|strona 38|