|
spis treści | poprzednia strona |
następna strona
|
|
17 Inercjał
|
|
Sawicki otworzył
leniwie oko. Obudził go kogut - kapral nie mogący przełamać swojej zwierzęcej
natury. Wtórowała mu reszta inwentarza - szympans, niedźwiedź i knur. Nazywali
to "medytacją dynamiczną umożliwiającą trandesdescencyjny kontakt z
wyższym bytem", jednak dla porucznika nadal była to zwykła kakofonia. Wiedząc, że stracił ostatnią nadzieję na sen, Sawicki zwlókł
się ze pryczy i podszedł do umywalki. - Wara! - burknął szczur w zlewie, - To moja nora, a ty nie
będziesz mi jej zalewał. - Wybacz Rachmadan, ale muszę doprowadzić się do porządku -
powiedział Sawicki, po czym chwycił gryzonia za ogon i odrzucił go w kąt celi. - Ty koci synu! Twoja matka...AAAA!!! - krzyknął szczur przy
zderzeniu się z betonową ścianą. Porucznik dokonał szybkiej ablucji, wytarł się w szmatę do
podłogi dumnie nazywanej "ręcznikiem" i ze smutkiem stwierdził, iż
jest bardziej brudny niż przed myciem. Zabrał się więc do powtórzenia całej
operacji. - Późno dziś wstałeś - zauważył knur. - Późno zaczęliście wasz koncert - odpowiedział porucznik,
wycierając się w koszulę. Musiał słuchać tego porannego wycia od kiedy tu przybył, to
znaczy od miesiąca. Wszystko zaczęło się od tego, że jego adiutant miał
sprowadzić na lewo papierosy z Moskwy. Porucznik Michał Sawicki miał znajomości
u odpowiadających za zaopatrzenie Twierdzy III, więc wszystko powinno pójść jak
z płatka. Niestety, po załatwieniu transportu przez pośrednika, adiutant
poszedł się czegoś napić. A jak wiadomo, w moskiewskich barach różni ludzie się
kręcą. Tacy na przykład oficerowie żandarmerii wojskowej. Dostali pozwolenie na
wyjście z pobliskiej jednostki wojskowej i poszlajanie się po okolicznych
pijalniach. Tak się właśnie złożyło, że wybrali ten w którym był adiutant
Sawickiego, a potem dosiedli się do jego stolika. Podporucznik miał już zdrowo
w czubie, więc z radością uraczył panów żandarmów historyjką o genialnym
procederze uprawianym przez niego oraz przełożonego. Tamci byli na tyle
trzeźwi, że postanowili zatrzymać nowo poznanego znajomego na czas nieokreślony.
W tym celu zaprowadzili go do swojej jednostki w celu wyciągnięcia informacji.
Następnego dnia wykonano pilny telefon do dowódcy Twierdzy III. Ten postanowił
pozamykać wszystkich podejrzanych, do czasu uzyskania niezbędnego materiału
dowodowego. - Powiedz mi jedno Tejwe - powiedział Sawicki do trzody
chlewnej, - Nosisz jarmułkę, jakoś założyłeś tałes, uznajesz się za judaistę -
wszystko ok. Powiedz mi tylko, jak to możliwe, skoro dla żydów świnia jest
stworzeniem nieczystym? Knur wlepił w niego skonsternowane spojrzenie. Rozejrzał się
konspiracyjnie na około i powiedział szeptem: - Nachyl się koleś. Michał spełnił jego prośbę. Świniak przez chwilę milczał, po
czym rzekł: - Słuchaj, masz rację, nie jestem judaistą. Jarmułkę i tałes
kupiłem na bazarze. Jestem tak naprawdę dżinistą, nie chciałem jednak, aby
reszta śmiała się ze mnie. No wiesz, to nieuki, wzięli by mnie za jakiego
nawiedzonego czy coś w ten deseń. A starotestamentowy ma spokój. Nikt nie chce
być posądzony o antysemityzm. - Sprytne to - powiedział porucznik. - No jasne. Wiesz co? Dam ci radę. Zapuść brodę i zrób ten
sam numer przed sądem. - Chyba nie zdążę. Mają mnie dziś sądzić. Zresztą, z
pewnością zajrzeli do moich papierów. Gdybym przyznał się do narodowości
żydowskiej, sprawdziliby moje drzewo genealogiczne co najmniej do pradziadka.
Pomyśl, co by zrobili, gdyby okryli, że jestem bardziej polski, niż naczelnik
Guberni Polskiej? - A może nie sprawdzą? Albo adwokat mógłby ich oskarżyć o
manipulację papierami... Sawicki westchnął - Nie mam prawa do adwokata. Zresztą, czy
myślisz, że jestem pierwszym takim spryciarzem? Na pewno nie. Pomysł z
oszukiwaniem co do swojej religii nie jest nowy - gdy mieszkałem na wsi,
słyszałem o przypadku, gdy całe stado krów ogłosiło przejście na hinduizm. Wiesz
co się z nimi stało? Knur pokręcił głową. - Poszły do rzeźni jako element rewolucyjny, a hindusi
protestujący przed sądem wylądowali w więzieniu za zakłócanie spokoju
publicznego. - Myślisz, ze mnie też to czeka? - zapytał dżinista z
przestrachem w oczach. - Nieeee! Wylądujesz raczej od razu na ruszcie. - O bogowie! Muszę złożyć ofiarę! Tylko jak ja tu rozpalę
ognisko... Michał roześmiał się. Patrzył przez chwilę na świnię
próbującą wyłudzić od kogoś zapalniczkę, po czym odwrócił się do zaczętego poprzedniego
dnia rysunku na ścianie. Był rysowany kawałkiem znalezionego pod łóżkiem węgla.
Obrazek przedstawiał Twierdzę na tle otaczającej ją skąpej przyrody. Twierdzę III zbudowano na sztucznym pagórku u podnóża Uralu.
Jej zadaniem jest kontrola nad stoma kilometrami okolicznych terenów,
ochranianie głowic nuklearnych i trzymanie w ryzach partyzantów ukrywających
się w górach od upadku Federacji Rosyjskiej. Twierdza wykonywała swoje obowiązki na wiele sposobów.
Bliskie skupiska oporu ostrzeliwała za pomocą dział. Te nieco dalsze
pacyfikowała specjalnie przeznaczona do tego celu dywizja zmechanizowana. Za to
najdalsze były bombardowane przez bezzałogowe helikoptery. Sawicki usłyszał jak otwierają się drzwi celi. Wszelkie
stworzenia w celi zamarły w bezruchu. Tylko Rachmadan wykłócał się z dzikimi
szczurami o kawałek kiełbasy. Porucznik odetchnął głęboko i odłożył węgiel. Już nie
dokończy rysunku. - Michał Sawicki! Który to? - zapytał żandarm. Wyglądał
jakby był stworzony do munduru - wysoki, błękitnooki, jasna skóra kontrastująca
się z czernią materiału. - To ja - powiedział spokojnie porucznik. Do środka weszło dwóch szeregowców na sterydach. Jeden z
nich uderzył Michała w twarz, drugi dla pewności dał mu kilka kopniaków. - Jeśli chcieliście dać mi do zrozumienia - powiedział z
trudem Sawicki, - że mam nie próbować
uciekać, trzeba było powiedzieć. Szeregowcy wzięli go pod ręce i zaczęli prowadzić korytarzem
na salę rozpraw. Twierdza, mimo wielkich możliwości bojowych, miała dwa
mankamenty - nie posiadała ani okien, ani przestronnych pomieszczeń. Trzeba
było mieć naprawdę wytrzymałą psychikę, aby wytrzymać tam pół roku obowiązkowej
służby. Na więcej stać tylko świrów. Przedstawiciele Sądu Wojskowego pracowali w Twierdzy od jej
powstania dziesięć lat temu. Byli tam najdłużej ze wszystkich, nawet dowódca
obiektu pracował tylko pięć lat i już miał za sobą trzy nieudane(niestety)
próby samobójcze. Gdy porucznik wchodził do sali sądowej, przedstawiciele
prawa siedzieli już na swoich miejscach, ubrani w stroje urzędowe. Mimo
pozornego spokoju na ich twarzach, porucznik wyczuwał wokół nich nerwową aurę. - Niech oskarżony zajmie miejsce - powiedział przez głośnik
chroniony przez szybę kuloodporną sędzia. Oskarżony stanął na małym podeście. Z podłogi wyjechały
cztery przeźroczyste ścianki, które miały zapobiec ewentualnej ucieczce. - Otwieram rozprawę. Jej przebieg będzie przyspieszony, a
wynik wiążący. Nikt z zebranych na sali nie ma prawa bronić oskarżonego,
albowiem nie ma on prawa do adwokata. Siedzący po prawicy sędziego mężczyzna nacisną małą płytkę
na blacie ze sklejki. Z sufitu zjechał mały mikrofon. - Czy porucznik Michał Sawicki, który zdradził ojczyznę
kupując nielegalnie używki od popleczników wroga i deprawujący podwładnych,
jest tym samym Michałem Sawickim, który w Guberni Polskiej był przykładem
oficera i głowy rodziny? - Potwierdzam drugą część pytania. O tym pierwszym Sawickim
nie słyszałem. Oskarżyciel skrzywił się. Gdyby porucznik potwierdził w
całości pierwsze pytanie, już mógłby być rozstrzelany. Trzeba będzie zastosować
inne metody. - A więc... - zaczął
oskarżyciel, lecz porucznik przerwał mu: - Za przeproszeniem, nie zaczyna się zdania od "a
więc". Oskarżyciel ponownie skrzywił się, ale nie dał się
wyprowadzić z równowagi. Powiedział powoli, spokojnym głosem: - Oskarżony nie przyznaje się do bycia Michałem Sawickim
który sprowadzał papierosy, ale nie może zaprzeczyć, że ewidentnie nie okazuje
szacunku instytucji sądu. - Ależ okazuję! Tylko dbam o poprawną wymowę pana
oskarżyciela, aby nie popełnił podobnego błędu w bardziej oficjalnej sytuacji. Kilku obserwatorów parsknęło śmiechem. Sawicki bawił się
całą sytuacją. Dobrze wiedział, że wyrok zapadł już dawno. Chciał przynajmniej
odejść z klasą. - Jest to oznaka - kontynuował, - dbania o dobre imię Sądu
Wojskowego, a więc - powiedział to specjalnie głośno, - jest to oczywisty
dowód, że taki esteta i patriota jak ja, nie może być paserem sprzedającym na
lewo papierosy! Przez salę przetoczyła się kolejna fala śmiechu. Tym razem
również zaśmiali się strażnicy. Jedynie trzyosobowy Sąd w składzie sędzia,
oskarżyciel i sekretarz pozostali niewzruszeni. - Pański ton wskazuje na ironię całej wypowiedzi, więc nie
może być ona traktowana jako odpowiedź. Pytam więc raz jeszcze, czy jest pan
Michałem Sawickim urodzonym szesnastego grudnia, dwa tysiące pięćdziesiątego
dziewiątego roku we Wrocławiu, który w wieku dwudziestu pięciu lat wstąpił do
wojska, służył dziesięć lat na froncie Unijno-Rosyjskim, a potem przez trzy
lata pełnił funkcję szefa ochrony sztabu Sił Nuklearnych Twierdzy? - Tak. To ja. - Więc przyznaje się pan do sprowadzenia papierosów? - Nie. - Przecież pan potwierdził swoją tożsamość! W całej Twierdzy
jest tylko jeden Michał Sawicki. - Ale jest również Michał Rawicki. On również jest w
ochronie. Mój adiutant musiał się przejęzyczyć. - Tak? Wysoki sądzie, proszę o możliwość wezwania
podporucznika Bjorna Hanunsena. Sędzia lekko drgnął, jakby ktoś nim poszturchiwał. - Zezwalam. Drzwi sali otworzyły się. Do środka wprowadzono niskiego,
przestraszonego blondyna, błądzącego przestraszonym wzrokiem po zebranych. - Pan jest Bjorn Hanunsen? - zapytał sędzia. - Tak - powiedział cicho, skuty Bjorn. - Czy poznajecie tego człowieka? - sędzia wskazał na
porucznika. - No jasne, to przecież mój przełożony. - Hanunsen! - wrzasnął Sawicki, - Nigdy mnie nie
widzieliście! - Ale jak nie widziałem, jak widziałem panie poruczniku. - Nie znasz mnie! To rozkaz! - Wysoki sądzie, pierwszy raz widzę go na oczy. - Ale przed chwilą pan mówił, że zna - przypomniał sędzia. - Coś mi się przywidziało. - Ech... - westchnął sędzia, - Dla kogo więc sprowadzaliście
te papierosy? - Dla porucznika Michała Sawickiego, którego nie znam i
pierwszy raz widzę na oczy. Przez salę przewinął się rechot. Kilka osób musiano
wyprowadzić. - Cisza! - krzyknął sędzia waląc młotkiem, - W świetle
dowodów ogłaszam, że porucznik Michał Sawicki jest winny zarzucanych mu czynów.
Skazuję go na... W tej chwili do przeszklonej części sali sądowej wszedł
podoficer i szepnął coś sędziemu na ucho. Ten coś zapytał się u przybysza ze
zdziwioną miną, po czym mówił dalej: - Skazuję go na ekspedycję karną! Koniec rozprawy! Pod Michałem ugięły się nogi. Stracił na chwilę równowagę,
gdy ścianki jego klatki wróciły pod poziom podłogi. Jednak widok podoficera
idącego w jego stronę, zadziałał jak kubeł zimnej wody. - Kim pan jest? - zapytał go Sawicki. - Proszę pójść za mną - odpowiedział beznamiętnie podoficer
i ruszył w stronę drzwi. - Aaa! Witam panie Sawicki! - powiedział nadzorca regimentu
karnego, - Proszę wejść! Porucznika zdziwiła bezpośredniość i stosunek do niego
majora Wolfganga Weissa. To właśnie on był odpowiedzialny za krwawe stłumienie
powstania więźniów, spowodowanego złymi warunkami bytowania. To Weiss kazał
obedrzeć ze skóry szeregowca, który wylał mu kawę na marynarkę. - Zapali pan? - zapytał major, wyciągając cygara z szuflady. - Usiłuję rzucić palenie. - O! A od kiedy? - Od czasu, gdy wylądowałem w celi. Major uśmiechnął się. - Pan nie wie, dlaczego tu jest, prawda? - Nie, lecz mniemam, że za chwilę dowiem się. W oczach Weissa pojawił się jakiś dziwny błysk, lecz zaraz
zniknął. - Poruczniku Sawicki - zaczął major, - Jak zapewne wiesz,
prowadzę karny regiment. Są do żołnierze wytypowani spośród więźniów do
przeprowadzania misji...specjalnych. Słyszał pan o desancie na Kamczatkę? To
nasza robota. Sam ich wyszkoliłem i poprowadziłem! Naoglądał się parszywej dwunastki... - pomyślał Sawicki. - Niestety, wciąż
brakuje mi oficerów - kontynuował major, -
Gdy usłyszałem, że ma być stracony dobry dowódca, nie chciałem stracić
takiej szansy. - Rozumiem, że chodzi o mnie? - Tak. Pańska spostrzegawczość mi imponuje - Weiss
uśmiechnął się jeszcze szerzej, -
Chciałbym, aby objął pan karny pluton zwiadowczy. - Chciałbym? To mam wybór? - Owszem. Albo pan obejmie dowództwo, albo będzie musiał
poddać się karze śmierci. - Cóż...Reasumując nasuwające się wnioski, dochodzę do
konkluzji, że jestem zmuszony przyjąć propozycję. - Świetnie! - krzyknął wesoło major i pacnął na biurko
brulion dokumentów, - Niech pan to przeczyta i zejdzie do koszar numer sześć.
Odział już sformowany. - Co!? Już? - Już, już. Nie ma na co czekać. Wróg nie śpi! - powiedział
Weiss i podał rękę osłupiałemu Sawickiemu, - Witam na pokładzie! - A czy... - Nie czas na pytania! - warknął Wolfgang, - Masz godzinę na
przeczytanie tych dokumentów. Potem idź do swoich żołnierzy. Bezczynność może
ich zdeprawować! - Zdeprawować? To który to rzut strategiczny? Weiss nie odpowiedział. Wyszedł z pokoju i zatrzasną drzwi.
Sawicki po raz kolejny tego dnia westchnął. Dwunasta rano, a już zdążył wpędzić
knura w depresję, oberwać, być osądzonym, a na koniec zrobiony szefem oddziału
karnego. "Sprawozdania agenta Adriana Warskiego ps.
Słowik". Sawicki zaintrygowany otworzył kartonową okładkę i zaczął czytać. Pierwsze dwanaście stron było nudnymi raportami z pracy na
fikcyjnym stanowisku w Urzędzie Miasta Uralsk. Warski miał za zadanie
inwigilowanie tamtejszych środowisk urzędniczych. Sawicki pobieżnie je
przeczytał, przeklinając przesadną skrupulatność w wymienianiu szczegółów
"Słowika". Na trzynastej agent opisuje niespodziewany atak partyzantów.
Michał uważnie przeczytał ten fragment, nie dowierzając, że stuosobowy odział
partyzantów zdobył trzytysięczne miasto. Co ciekawe, w mieście tego dnia
stacjonowała dywizja pancerna. Jeśli wierzyć opisowi "Słowika",
żołnierze Unii porzucili broń i dobrowolnie poddali się wrogu. Dalsze strony to życie w okupowanym mieście(jeśli stuosobowy
odział można nazwać okupantem), oraz nieudane próby "Słowika" w
inwigilowaniu grupy partyzantów. Ostatni papier był datowany dzień poprzedni.
Jedyne co jeszcze było wartościowe w raporcie, to zdanie: "Doprawdy, nie
wiem dlaczego, ale wszystkie grupy społeczne kolaborujące z nami dokonały samo
rozwiązania i przeszły na stronę wroga ". Dla laika jest to mało znacząca
informacja. Dla znawcy - ważna informacja. Wynika z niej, że wszystkie
organizacje zawiązane do działań anty reakcyjnych, przestały istnieć w
momencie, gdy były najpotrzebniejsze. Na końcu porucznik znalazł służbową notatkę zaadresowaną do
niego: Poruczniku Sawicki. Z materiałów które pan przeczytał wynika jeden wniosek - coś
dziwnego wydarzyło się w Uralsku. Od zajęcia go przez partyzantów z gór, nikt
go nie opuścił. Pana zadaniem będzie
udanie się z żołnierzami pod granicę miasta, dokonania rozpoznania terenu i (jeśli
to możliwe) wejścia do miasta. Po wykonaniu zadania ma pan powiadomić Twierdzę
oraz zaczekać na grupę szturmową. Podpisano: Major Wolfgang Weiss. Sawicki spojrzał na zegarek. Uśmiechnął się - jakoś wyrobił się w godzinę. - Nu, to do roboty, - mruknął i rzucił brulion na stół. Gdy porucznik wszedł do koszar, powitał go kapitan Kopecki,
znajomy Sawickiego jeszcze ze szkoły. W chwili mobilizacji pierwsi zgłosili się
na front wschodni, walczyli w tej samej jednostce. Gdy przeniesiono ich do
Twierdzy, ich drogi rozdzieliły się. Michał dostał do ochrony silosy nuklearne,
Kopecki koszary karne. Dostał awans, ale jak się później okazało, nie było to
rekompensatą dla wszystkich problemów które miał z koszarami. - Cześć Andrzej! - powiedział Sawicki na widok przyjaciela,
- Co tam u ciebie! - Ech...Standardowe pytanie. A co ma być? Bród, smród i
ubóstwo. Wyobraź sobie, że statystycznie co tydzień ktoś się wiesza! Hmm...Może
to i lepiej, bo ciągle dostaję nowych. Miejsca zaczyna mi brakować...A ty? Co
tu robisz? - Wyobraź sobie, że dostałem pod opiekę pluton. - Aaa...To ty szmuglowałeś te papierosy! No, no, co by
powiedziała twoja mama. Zawsze byłeś takim grzecznym chłopcem... - Oszczędź mi tego wywodu. Co za ludzi dostałem pod komendę? - Czekaj... - Kopecki zajrzał w papiery, - O! Masz zarazem
pecha i szczęście. - Co masz na myśli? - zaciekawił się Sawicki. - To w całości piąty rzut strategiczny. - O cholera! Piąty rzut strategiczny został utworzony w ostatnim roku
wojny. Utworzono go w całości z absolwentów kierunków humanistycznych.
Spowodowane było brakiem w kadrach nauk ścisłych, oraz potrzebą redukcji
stanowisk. Początkowo opinia publiczna była zbulwersowana. Mówiono o niszczeniu
inteligencji, łamaniu jakiś tam konwencji itd. Potem jednak cała sprawa przestała
kogokolwiek interesować(oczywiście poza przymusowo wcielanymi do wojska). Miało to też swoje dobre strony, politechniki nigdy nie
miały tylu chętnych. - No, nie jest tak źle! - zapewnił Kopecki, - Są bardzo
grzeczni. Najgorszy trafił tu za pobicie po pijaku jakiego kaprala. - To niedojdy! Ledwo potrafią strzelać! - W ogóle nie potrafią. - Jak ja mam cokolwiek z nimi zrobić? - Nie wiem. To nie ja nimi dowodzę - kapitan wzruszył
ramionami. - Dzięki za słowa otuchy - rzekł Sawicki, wchodząc z Kopeckim
do koszar. Wszyscy żołnierze stali regulaminowo przy pościelonych
łóżkach. Każdy co najmniej magister, większość w okularach, wszyscy
znerwicowani. Sawicki chciał wyć, gdy ich zobaczył. Już widział, dlaczego
brakuje oficerów. Pewnie zostali postrzeleni przez własnych podwładnych. - Powodzenia - powiedział kapitan z uśmiechem i udał się do
wyjścia. Żołnierze zwrócili oczy na Sawickiego. Porucznik przez
chwilę myślał jak zacząć. - Żołnierze plutonu karnego! - rozpoczął patetycznie, -
Otrzymaliście niepowtarzalną szansę odkupienia swoich win i zapisania się
chlubnie w historii - to powinno na ich zadziałać, - Waszym pierwszym
zadaniem(miejmy nadzieję, ze nie ostatnim), będzie dokonanie rozpoznania wokół
miasta Uralsk, które wróg zajął kilka dni temu. Przygotujcie się na długi
marsz, cel jest oddalony kilka kilometrów. Zadanie jest stosunkowo proste, ale
niektórzy z was mogą nie wrócić. Zrozumieliście? Rozległy się niepewne pomruki. - A mogłem zostać na gospodarce - westchnął Sawicki. Ural wygląda naprawdę pięknie w zimę. Te połacie bieli
spokojnie zalegające na ostrych szczytach, delikatnie przyprószone śniegiem
drzewa... Niestety, obrazki nie oddają nawet w połowie mrozu, od którego aż
szczypią policzki. To jest ten element,
o którym nigdy nie wspomina się turystom jadącym w góry, nawet
najbezpieczniejsze. Sawicki nerwowo pocierał ręce. Byli w drodze dopiero od
kilku dni, a już jeden się powiesił, dwóch zginęło w dżentelmeńskim pojedynku
na karabiny, jeden spłonął przy próbie rozpalenia ogniska żelem zapalającym,
pięciu poparzyło się przy próbie gaszenia. Michał sam był zadziwiony takim wynikiem. Nawet podczas jego
pierwszego rekonansu, odbytego zaraz po przybyciu do Twierdzy, nie było tyle
ofiar. - Miasto! - krzyknął kapral Kopytko. - Ucisz się i cierp w milczeniu, - mruknął porucznik, - Ja
też chcę do miasta. - Miasto! Miasto przed nami! - darł się dalej Kopytko. Sawicki spojrzał zrezygnowany. Faktycznie, w niszy pod
jednym ze szczytów, były jakieś zabudowania. Wyjął zmarzniętymi rękami
lornetkę, aby przyjrzeć się dokładnie miastu.
- To...Uralsk - powiedział zmęczonym głosem, po czym dodał
już całkiem zwyczajnie, - Pluton! STAĆ! Zatrzymali się. Większość żołnierzy położyła się na ziemi.
Wokoło unosiła się mgiełka ich oddechów. - Zbliżamy się do miasta. Zejdziemy z drogi i będziemy iść
lasem, aby uniknąć przypadkowej konfrontacji z wrogiem. Wstawać! To nie
wycieczka. Docenci i magistrowie zaczęli podnosić się z miejsc.
"Zupełny brak kondycji..." - pomyślał porucznik i schował lornetkę za
pas. Ruszyli. Z elektronicznej mapy wszytej w rękaw, Michał
odczytał, że mają jeszcze około pięć, sześć kilometrów. Nie wiedział dokładnie,
odbiornik sygnału satelitarnego wszyty w kołnierz uległ uszkodzeniu, na skutek
złego obchodzenia się z kurtką.
Właściwie, to tylko mapa była jedynym działającym elementem elektrycznym
munduru. Tak więc Sawicki musiał zapomnieć o grzejącym ubraniu, o dożylnym
wprowadzaniu substancji odżywczych czy zmiennym maskowaniu typu
"Kałamarnica". Ubrania reszty były w jeszcze gorszym stanie -
technologicznie tkwiły na poziomie początku wieku. Nie lepiej z bronią - po
nożu ,AK-97 i kilku magazynkach na głowę. Szli przez las. Pod stopami trzeszczał śnieg. "Jeśli
dalej będziemy robić tyle hałasu, znajdą nas raz -dwa " - myślał porucznik
i zaczął rozglądać się za jakimś miejscem na obóz. Znalazł je na polanie, jakieś kilka kilometrów od miasta. Od
północy i zachodu niewielkie wzniesienie. Od wschodu rzeka, na południu gęsty
las, czyli powinno być łatwe do obrony. - Pluton! Stać! Zatrzymali się. Teraz wszyscy, włączając porucznika,
położyli się na ziemi. Sawicki wyjął fajkę z plecaka i nabił ją resztką
tytoniu. Odpoczywał i myślał. Robił to tak intensywnie, że nie zauważył
zgaśnięcia fajki. Dopiero po chwili, przeciągnął skonsternowany dłonią po
wąsach i zapalił ją ponownie. - Kap|ralu! - zwrócił się do leżącego nieopodal Kopytki, -
Założymy tutaj obóz. Zbierz ludzi i idź z nimi na polowanie. - Rozkaz! - ucieszył się kapral. Szybko wstał, otrzepał się,
a potem poszedł z kilkoma żołnierzami do
lasu. Porucznik zaczął grzebać w plecaku, w poszukiwaniu puszki z
żelem zapalającym. Znalazł ją dopiero na dnie torby. Ucieszony podszedł na
środek polany i wylał troszkę zawartości puszki. Żel natychmiast zapłonął.
Przez chwilę Sawicki ogrzewał się przy ogniu, po czym wylał płyn jeszcze w
dwóch miejscach polany. Żołnierze obsiedli ogniska, niczym muchy lampę. Porucznik rozpalił jeszcze jedno, dla siebie, na skraju
obozu, gdzie zaczekał na kaprala. Kopytko wrócił z miną zdobywcy. Jego towarzysze nieśli
dzika, dwie sarny oraz daniela. Kapral kazał im oprawić zwierzęta i przysiadł
się do Michała. - Zadanie wykonane, panie poruczniku! - Doskonale, każ rozbić namioty i przygotuj ruszt. - Tak jest - powiedział bez entuzjazmu Kopytko, omiótłszy
tęsknym wzrokiem ognisko. Sawicki przez chwilę patrzył na oddalającego się kaprala.
Pyknął jeszcze dwa razy fajkę, i zabrał się do wyjęcia małej radiostacji. - Ja Grab, ja Grab - szepnął do mikrofonu, - Oka, Oka,
słyszycie mnie? - Tu Oka. Słyszymy was - powiedział głos w słuchawce, -
Jestem na miejscu. Straciłem kilku ludzi. - Zaatakowano was? - Nie - zaprzeczył Sawicki i zaczął opowiadać drogę z
Twierdz. - Eee...No tak. Kontynuujcie misję. Bez odbioru - trzasnęło
w słuchawkach. Transmisja zakończyła się. Sawicki skrzywił się. "A w Szkole Oficerskiej mówili,
że będę pracować z profesjonalistami" - pomyślał. Żołnierze bardzo szybko uwinęli się z oprawieniem i przygotowaniem
dziczyzny. Już o zmroku na każdym ognisku przypiekał się jakiś zwierz. W
przypadku porucznika, tylko sarnie udo. Obgryzał je ze smakiem, w końcu coś
świeżego. Poprzedniego dnia zjadł ostatnią konserwę. Reszcie skończyły się
jeszcze wcześniej. Myślał o jedzeniu na drogę powrotną. Będą musieli iść cały
czas lasem i robić częstsze postoje, jeśli coś chcą upolować. Rozległy się strzały. Po chwili następne, z innego miejsca.
Sawicki podniósł się na kolana, aby zlokalizować strzelających - stali na kraju
lasu i ostrzeliwali coś w jego głębi. - Przestać strzelać! Przestać strzelać! -krzyczał porucznik.
Bez rezultatu. Do strzelaniny zaczęli włączać się inni. Wszyscy podrywali się z
miejsc. W obozie zapanował chaos. Jedni walczyli z cieniami w lesie, drudzy
zaczęli panikować, biegnąc na łeb, na szyję w stronę rzeki. Sawicki spostrzegł
kaprala Kopytko, który podobnie jak on chciał uspokoić żołnierzy. - Co się dzieje?! - zapytał Michał. - Nie wiem, panie poruczniku! Wszystkim nagle odbiło! Jeśli
czegoś nie zrobimy, pozabijają się nawzajem! W jednej chwili w kapralu zaszła wyraźna zmiana. Złość
ustąpiła miejsca strachowi, poirytowanie - panice. Kopytko odskoczył od
porucznika, jakby zobaczył ducha i skierował się do rwącej rzeki, w której już
potopiła się część żołnierzy. Pierwszy raz w życiu, Sawicki poczuł się tak bezradny.
Próbował zatrzymać swoich podwładnych, obezwładnić ich - wszystko na próżno. Gdy porucznik tak stał pośrodku tego chaosu, ktoś zaszedł go
od tyłu. Niestety, błyskawiczny cios w potylicę uniemożliwił Michałowi
zobaczenia twarzy sprawcy. Porucznik otworzył leniwie oczy. Czół straszny ból głowy,
zupełnie jakby imprezował kilka dni. Gdy chciał rozmasować guza, zauważył, że
jest związany. Ktoś przypiął go grubymi pasami do fotela dentystycznego.
Najprawdopodobniej ta sama osoba siedziała teraz przy klawiaturze stojącego w
rogu komputera. Siedzący w kącie miał wygląd lekarza. Biały kitel, narzucony
niedbale na niebieską marynarkę, łysy czerep i
maska chirurgiczna na twarzy. Chude, przyozdobione sygnetami palce
błyskawicznie latały po klawiaturze. Na ten widok Sawicki czym prędzej chciał
wyrzucić zalegający w ustach knebel. - Nie próbuj nawet tego robić, - rzucił niedbale lekarz, nie
odwracając głowy od monitora, - Przy każdej próbie zmiany jego położenia,
knebel zareaguje pęcznieniem. Już to czujesz, prawda? Faktycznie, substancja którą Sawicki miał w ustach zaczęła
rosnąć. - A teraz robaczku, - lekarz odwrócił głowę. Michał zobaczył
jego szalone, rozbiegające się we wszystkie strony oczy, - Odpowiesz mi na parę
pytań. Będę wiedzieć kiedy kłamiesz, opaska na twoich skroniach rejestruje fale
mózgowe. W wypadku kłamstwa, komputer poinformuje mnie o tym. Czy to jasne? Sawicki pokiwał przecząco głową. Komputer zabuczał. - O! Sam widzisz, że nie możesz mówić nieprawdy. No nie? -
lekarz wbił porucznikowi coś w skórę. W tamtej chwili, więzień zaczął cierpieć
każdą komórką ciała, każdym włoskiem. Knebel stłumił wrzask. - Widzisz, jaki mogę być niemiły robaczku? - spytał lekarz,
zabierając urządzenie, - Ten elektryczny pastuch to ciekawe urządzenie, nie
sądzisz? Żadnej reakcji. - Wyjmijmy może ten ohydny knebel, będzie ci się lepiej
mówiło. Łysy chwycił jakąś butelkę z płynem i wlał go do ust
porucznika. Syntetyczny knebel skurczył się do rozmiarów ziarnka grochu.
Sawicki splunął nim w oko lekarza. - Aaaa!!! - tym razem oprawca mocno wbił swój przyrząd.
Bolało jeszcze bardziej. - No, koniec zabawy - powiedział lekarz wyjmując pastucha, -
Czas na pytania. Co zobaczyłeś w lesie. - Nic - powiedział
słabym głosem porucznik. - Prawda - łysy coś zapisał w kajecie, - Czy czułeś w
rodzaju mrowienia? "O co może mu chodzić?" - myślał Sawicki. - Nie. - Prawda. - Czy miałeś ochotę zobaczyć co jest w lesie? - Chciałem opanować ten bajzel. - Odpowiadaj "tak" lub "nie"! - warknął
lekarz. - Nie. - Czy waszym zadaniem było zajęcie miasta? - Nie - Sabotaż? - Nie. - Zwiad? - Tak. - Dobra... - łysy dalej coś kreślił, - Teraz cię przebadam. Rosjanin podszedł do swojego biurka. Nacisnął kilka klawiszy
na raz. Sawicki usłyszał, ze coś zjeżdża z sufitu. Robiło to bardzo
powoli, z wyraźnym chrzęstem. W pewnym momencie zatrzymało się. Porucznik
poczuł, jak na jego głowie zaciska się coś w rodzaju wielkich kleszczy. Zaczęło
mu szumieć w głowie. Łysy dalej tłukł hałaśliwie w klawisze. Kleszcze zaczęły się
obracać, robiąc krwawe ślady na skórze porucznika. Lekarz lekko je odchylił,
widząc krew i przyśpieszył je. Coś zaczęło się dziać na ekranie. Rosjanin zaczął przecierać
z niedowierzaniem oczy, mamrocząc pod nosem. Wtem, wysiadł prąd. Zgasło światło, maszyna przestała
obracać kleszczami. Lekarz zaklął głośno po rosyjsku. Otworzyły się drzwi. Do pomieszczenia wlało się światło z
korytarza. Po chwili do środka weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Rozległy
się przytłumione strzały. Zapalono ponownie światło. Na podłodze leżał lekarz z dużą dziurą w głowie. Jeden z
zabójców wyłączył urządzenie, drugi wyszedł za drzwi, pilnować wejścia. Żołnierz zaczął rozwiązywać więzy Sawickiego. - Kim jesteś? Kim był ten wariat? Co to.. - pytał mimo
zmęczenia porucznik. - Spokojnie. Zaraz wszystkiego się dowiesz. Weź teraz ten
materiał - podał mu jakąś białą szmatę, - Wsiąknie krew i wspomoże gojenie.
Zawiąż ją sobie na głowę. - Skądś znam twój głos... - powiedział porucznik, gdy
obwiązał sobie głowę. Wybawca zdjął kominiarkę. Sawicki aż pisnął z wrażenia. - Major Weiss! Ale co pan tu robi?! - Mówiłem ci, że dowodzę grupą komandosów. Zlikwidowaliśmy
całe dowództwo wroga. A wszystko dzięki tobie. - Nie rozumiem. Miałem tylko przeprowadzić zwiad. - Hehe...Pozwól, że coś ci wyjaśnię, - major zrobił krótką
przerwę, - Kiedy wróg zajął Uralsk, doszliśmy do wniosku, że odbicie miasta
jest praktycznie nie wykonalne w klasyczny sposób. Odpowiedzialne były za to
niezwykłe zdolności psychiczne wroga. Nie wytrzeszczaj gał! Sami wpadliśmy na
to przypadkiem, podczas przeszukiwania archiwów. Jego pracownicy co prawda nie
znaleźli tego co trzeba, ale jeden z nich wygrzebał jakieś segregatory pełne
papierów po rosyjsku. Zaciekawiony, przetłumaczył je na zrozumiały język.
Dokumenty te, opowiadały o jakimś projekcie prowadzonym jeszcze w latach
sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Mianowicie - komuniści robili jakieś próby
bomb atomowych małego zasięgu. Chyba nie byli zadowoleni ze efektów, bo szybko
się wynieśli. Kilka lat potem nikt nie zauważył, że na okręgu rażenia osiedlili
się ludzie. Po jakimś czasie mieszkańcom skażonego regionu zaczęły doskwierać
nowotwory, a wszystkie nowo narodzone stworzenia były albo martwe, albo
zdeformowane. Tyczyło się to też ludzi. Całą sprawę zatuszowano, w końcu w
socjalistycznym raju nie ma miejsca na mutantów. Po około dziesięciu latach o
rozpoczęcia się zmian genetycznych, urodziło się kilka dzieci, strasznie
zdeformowanych. Miały jednak pewną ciekawą umiejętność - potrafiły wpływać na
ludzkie umysły. Gdy komuniści dowiedzieli się o wszystkim, przeniesiono dzieci
do jakiegoś ośrodka na Uralu, w celu prowadzenia dalszych badań. Po upadku
systemu, trwały nadal. Archiwista zainteresował się sprawą i poszukał mapę
bombardowań z czasów wojny Unijno-Rosyjskiej. Laboratorium zniszczono na
początku wojny, ale chyba jednemu z mutantów udało się uciec.
Najprawdopodobniej dołączył, lub opanował grupę partyzantów i rozpoczął
prywatną wojnę. - A co to ma wspólnego ze mną? - Widzisz, dowództwo chciało go mieć. Nie mogliśmy więc
zbombardować miasta. Należało zlokalizować kwaterę wroga. Do tego trzeba jednak
podstępu. Chcieliśmy wysłać jakiś samobójczy odział, który łatwo wpadłby w ręce
wroga. Zapewne wzięliby ich do bazy, w celu przesłuchania. Były jednak dwa
problemy - gdzie znajdziemy dowódcę tak zdesperowanego, aby iść do miasta i
zarazem tak sprytnego aby nie zginął. No i nadajnik. W ubraniu by go znaleźli,
do wszycia w ciało trzeba pozwolenia...hmm...obiektu. I wtedy pojawiasz się ty.
Sprytny, oznaczony nadajnikiem więzień czekający na wyrok śmierci. Idealny
kandydat. Przyspieszyliśmy więc cały proces oraz wcielenie do korpusy karnego. - Kilka godzin... - To nasz rekord. Ale jest jeszcze coś. Gdy wprowadzono cię
do bazy, cała nasza dywizja stacjonująca w mieście ocknęła się. To samo z
resztą ludzi. Zaczęliśmy podejrzewać, że jesteś inercjałem. - Kim? - zdziwił się porucznik. - Człowiekiem, który może negować siłę mutantów. Nie wiemy
skąd się to bierze, występuje to u części ludzi poddanych lekkiemu
promieniowaniu. Jesteś bardzo silny. Potwierdziły to dane z komputera. Chyba
też cię podejrzewali. - To wszystko wyjaśnia. - To jeszcze nie koniec. Podejrzewamy, że są jeszcze inni
mutanci. Podobne ataki nastąpiły jeszcze w kilku miastach. - A co ja mam do tego? - Chcemy, abyś towarzyszył naszej grupie specjalnej
wytypowanej do zwalczania mutantów. Dostaniesz awans, mieszkanie służbowe i
wszystko czego ci trzeba. - I nie wrócę już do Twierdzy? - upewnił się Sawicki. - Nigdy. - Zgoda. Wolę zginąć na torturach takich ja ta, niż wracać
tam po raz kolejny. - Heh. Jeszcze tylko raz. Trzeba będzie tam wrócić w celu
dopełnienia formalności. No i medal pewnie dostaniesz. Sawicki zaśmiał się. Medal, awans, zmiana środowiska pracy.
Jego nawet uradowałaby wieść o przeniesieniu do Koziej Wólki. |
|
|