|
To opowiadanie
zostało napisane na szkolny konkurs, który nigdy nie został rozstrzygnięty, ale
moja nauczycielka mówiła, że moje opowiadanie się jej spodobało :D
Słońce budziło
się dopiero nad całym Etherwind. Jego promienie nie musnęły nawet jeszcze
pałacu w Gorack.
Xaras przetarł
oczy rękoma. Ziewnął. Usiadł na łóżku. Wyjął z szafki nocnej Kamienie Służebne
i stuknął nimi. Po chwili pojawiła się służka - Nephilianka. Ukłoniła się nisko
i zaczęła:
- Tak panie? Czego sobie życzysz? - mówiąc, machała miarowo
swoim pięknym, kocim ogonem i trzepotała czarnymi, skórzastymi skrzydłami.
- To co zwykle, Geri. Lekkostrawne udko kurczęcia Mantara.
- Tak panie. - Nephilianka skończyła i wyszła z pokoju.
Xaras podszedł
do lustra i przejrzał się w nim. Potrząsnął bujnymi, brązowymi włosami. Był on
Człowiecznym - przedstawicielem rasy najbardziej rozpowszechnionej na
Etherwind. A w dodatku należał do rodziny królewskiej, gdyż jego matka była
siostrą Imperatora. "Czas pomęczyć małego Kerdzika" - pomyślał.
Wyszedł z komnaty.
Szedł długim
korytarzem do apartamentu swojego małego kuzyna - Kerda. Po drodze oglądał
mnóstwo obrazów, przedstawiających różne sceny z życia Imperatora. Walki, sądy,
koronację... Zagapił się i wpadł na kogoś.
- Ała! - odezwał się kobiecy głos.
- Uważaj jak chodzisz...ty..... - Człowieczny umilkł, gdyż
zauważył, że wpadł na królową - żonę Imperatora, matkę Kerda. -
Och...przepraszam, o Pani. Nie wiedziałem....
- Nic nie szkodzi Xarasie. - zaśmiała się Elgereth.
- To się już więcej nie powtórzy.
- Każde dziecko w twoim wieku jest nieco roztrzepane.
- Dziecko? Ja nie jestem dzieckiem! Mam już całe sto
sześćdziesiąt lat!
- Xaras, nie tym tonem. Nie zapominaj do kogo mówisz. -
rzekła Elgereth srogo.
- O...tak....jasne...- mruknął pod nosem Człowieczny i
zniknął w drzwiach następnej komnaty.
Na samym
środku pokoju stała pozłacana, Platynowa kołyska. Drzemał w niej słodko mały
Kerd. Xaras pochylił się nad łóżeczkiem. Tak zazdrościł temu maluchowi. Sam by
chciał kiedyś zasiąść na tronie....i posiadać te piękne skrzydła, które swego
czasu wyrosną Kerdowi. Ten maluch, jak wszyscy zresztą mężczyźni w jego rodzinie
z linii panującej, był Elfem Smoczym Serafinowym. Legendy mówiły, że te
stworzenia mają ogromną moc magiczną, a ich średnią długość życia szacuje się
na tysiąc dwieście lat. A poza tym mają jeszcze te wspaniałe trzy pary skrzydeł
pokrytych błękitnymi runami w języku Cieni. Kerd obudził się.
- Ksialaś.....tłutaj jeśteś.... - powiedział.
- Tak, Kerdziku. Jestem przy tobie.
- A cy zawsie będziesz? - zapytał słodko. Xaras aż się
wzruszył.
- Oj tak. Nie pozwolę, żeby ktoś kiedykolwiek zrobił ci
krzywdę. - Człowieczny skończył i przytulił Elfika, który wypuścił przypadkowo
z ręki magiczną ognistą kulę.
- Ojej....
- Nic się nie stało. - Xaras po chwili ugasił płonącą
zasłonę czarem Bicza Wodnego . Obaj umilkli i patrzyli się na siebie. Zaczęli
się bawić.
Zbliżała się
pora obiadu. Rodzina królewska schodziła do jadalni. Miejsce przy końcu stołu,
na ogromnym, hebanowym krześle zajął Imperator. Obok niego usiadła Elgereth
wraz z Kerdem. Xaras usadowił się obok wuja Grenta, Retsita, dowódcy straży
królewskiej. Retsici byli to ludzie dobrze zbudowani, niezwykle silni i
wytrzymali, o ciemnej karnacji.
Wniesiono
potrawy. Zaserwowano rosół z Mantara, Jentową pieczeń (Jenty to gigantyczne
stworzenia, podobne do słoni, używane również jako szybki i bezpieczny
transport), sałatkę z Drzewa Rodnego oraz wiele innych wspaniałych i
aromatycznych dań. Xaras już chciał
ugryźć ociekające pachnącym sosem udko Shnaipera, kiedy Imperator uderzył nożem
w puchar i wstał.
- No świetnie. Wujek będzie ględził. - Człowieczny szepnął
do Kerda.
- Tatuś błędzie ględził... - powtórzył Elfik.
- Kerd! - skarciła go Elgereth. Maluch obraził się wielce na
matkę, co niezwykle rozbawiło Xarasa.
- Szanowna rodzino, drodzy współpracownicy.... - zaczął
Imperator niskim, ale dźwięcznym głosem. - Może to być nasz ostatni wspólny
obiad. - przez salę przeszedł szmer: "Jak to? Ostatni?!". Imperator
nie zważał na to i kontynuował dalej - Soulsplace wypowiedziało nam wojnę. To
było nieuniknione. - teraz rozpoczęły się już ciche rozmowy. - Trzeba jak
najszybciej rozpocząć działania wojenne.
- Rith, nie można rozwiązać tego jakoś dyplomatycznie? -
zapytała drżącym głosem piękna Elgereth.
- Już próbowaliśmy. Władca Soulsplace jest głuchy na nasze
prośby. To okrutny Mroczny Elf....ale zwołując sobie wojnę z nami szykuje sobie
pewną śmierć. Powinien o tym pamiętać.
- Nie bądź tak pewny zwycięstwa, Rith. Zawsze powtarzałeś,
że jesteś jak gladiator. A gladiator pamiętał, że może natrafić na przeciwnika
silniejszego od siebie. Wszyscy wiedzą jak Soulsplace jest potężne.
- Lecz nie potężniejsze od nas. - Imperator upierał się przy
swojej wersji.
- Rith...
- Elgereth! Decyzja została już podjęta na obradach Kernotu!
- Jak to? Zwołałeś Kernot? I nic mi o tym nie powiedziałeś!
Jestem Najwyższym Głosem w mieście Gorack i powinnam być na tym zebraniu!
Postąpiłeś niezgodnie z prawem.
- Zrobiłem to specjalnie, ponieważ chciałem uniknąć takich
scen. - runy na skrzydłach Imperatora rozjaśniły się groźnie.
- SCEN?! SCEN?! Jestem twoją żoną. Nie zapominaj o tym. A
jeśli dojdzie do tej wojny to życzę sobie na niej być.
- Wykluczone.
- Nie obchodzi mnie twoje zdanie, ty zarozumiały egoisto. -
Elgereth skończyła i roztrzaskała talerz o podłogę. Szybkim krokiem wyszła z jadalni. Trzasnęła
drzwiami.
Och, jak Xaras
nienawidził tych ich kłótni. Żal mu było najbardziej Kerda, który płakał, gdy
rodzice na siebie krzyczeli. A najgorsze było to, że nikt nie mógł wtrącić się
podczas sprzeczek królewskiej pary. Raz, w furii, Imperator kazał wrzucić pewną
osobę do katakumb, za wciskanie nosa w
nie swoje sprawy. Człowieczny nie czuł wobec Ritha respektu czy szacunku. Po
prostu się go bał.
Imperator
wrócił do posiłku. Widać było jak niechętnie je te przepyszne potrawy. Runy na
jego skrzydłach nadal niebezpiecznie świeciły. Oznaczało to, że był gotów do
walki. Wtedy w Elfach Smoczych Serafinowych zbierało się najwięcej magicznej
energii. Mogły zniszczyć praktycznie każdego.
Po chwili
zaczął ponownie:
- Biorę Kerda ze sobą. - na sali zapanowała głucha cisza.
Nawet pan Thug, Człowieczny, przestał jeść.
- Jak to.... - tylko Xaras zdołał wydusić z siebie słowo.
- Biorę go ze sobą. - mówił spokojnie. Runy wciąż świeciły.
- Elgereth by na to nie pozwoliła...
- Nie obchodzi mnie to, na co ona pozwala, a na co nie! -
Rith mówił już przez zaciśnięte zęby.
- Ja też chcę jechać! On jest taki mały, a już...
- Kerd Gerard Niemien jest moim synem! Musi umieć walczyć,
dowodzić. Ty nie potrzebujesz tych umiejętności.
- Jak to....ale ja chcę! Chyba też należę do tej rodziny. Co
najmniej tak mi się zdaje. Kerd jest jeszcze słaby, nie poradzi sobie.
- Jak ja mówię, że go wezmę, to znaczy, że tak zrobię! I
żaden smarkaty dzieciuch nie będzie mi rozkazywał.
- Dzieciuch? Smarkaty? Dobra! A bierz sobie swojego Kerdzika
gdzie chcesz! - wszyscy wstrzymali oddech. - Niech stamtąd nie wróci! -
wykrzyczał Xaras i wybiegł z jadalni. Runy Imperatora rozjarzyły się wściekłą
czerwienią.
Człowieczny
pędził korytarzem do swojej komnaty. Do drodze wpadał na jakichś nephiliańskich
służących. Łzy spływały mu po policzkach. Dlaczego on chce brać Kerda? Przecież
on jest za mały! Na pewno zginie! A nie chce wziąć go - Xarasa, który ćwiczył w
różnych stylach walki i był wspaniałym wojownikiem.....ale....niech sobie go
bierze! Jak mu Kerd zginie to będzie miał...wtedy zrozumie, że popełnił błąd.
Padł na łóżko.
Na szafce nocnej stało jeszcze jego śniadanie, w ogóle nietknięte. Ze
zdenerwowania próbował rozerwać poduszkę. Jednak jego wysiłki poszły na marne,
gdyż już dawno Imperator rzucił na nią zaklęcie Trwałości. Za nic w świecie nie
podarłby tej poduszki. Do pokoju wszedł Izyt.
- Xaras? - zapytał.
- Marco, nie widzisz, że nie jestem w nastroju do rozmowy? -
Człowieczny powiedział najspokojniej, jak teraz potrafił.
- Kerd kazał pogadać z tobą.
- Nie JESTEM W NASTROJU!!! - zagrzmiał Xaras. Wziął swoje
nie zjedzone śniadanie i cisnął nim w Izyta. Marco zrobił zgrabny unik.
- Spokojnie. Jak mi mój ogon odrąbiesz, to jak będę się
poruszał? - rzekł. Istotnie, Izyci jako jedyna rasa, prócz Cieni, nie posiadali
nóg, lecz długi wężowy ogon. Na twarzy Xarasa pojawił się lekki uśmiech.
- Wiesz, kiedy Cienie się spotykają?
- Hm, w sumie niedługo będą miały święto..... - Marco
zamilkł. - Ej! Przecież wiesz, że nie mogę ci nic mówić o obrzędach Cieni! Nie
pamiętasz co było ostatnio? Chciały....
- ...mnie złożyć w ofierze podczas nocy Ofiary Ostatecznej.
- dokończył Xaras. - Wiem, wiem. Ale teraz będę o wiele bardziej ostrożny.
Proszę.....
- No......ech.....powiem ci. - Izyt nie potrafił odmówić
Xarasowi. - Za tydzień mają Święto Krwi. Obchodzą je w lesie Szeptów, gdy tylko
księżyc wtoczy się na Górę Rozmachu.
- Dzięki Marco! Jesteś niezastąpiony.
- I to jest właśnie moja największa wada. - zażartował Izyt.
Rano Xaras
dowiedział się, że w nocy Imperator pojechał na Soulsplace. Elgereth również
zniknęła. Widocznie udało jej się przekonać Ritha....
Jednak nie
było również Kerda. Człowieczny stał nad tą kołyską, przy której jeszcze
wczoraj bawił się z małym Elfikiem. Wciąż nie mógł zrozumieć
dlaczego....dlaczego Rith zabrał malucha? Co miał na celu? Przecież Kerd nie
panował jeszcze nad swoją mocą.
Xarasowi udało
się wyrwać z pałacu wraz z Marciem. Chodzili po placu targowym i oglądali
wystawy. Najbardziej zainteresował ich Cień wystawiony na sprzedaż.
- Chodźcie do mnie ludzie! - zawołał otyły kupiec,
Szlachetny. Jego długie, szpiczaste uszy aż drżały z podniecenia. - Chodźcie i
zobaczcie! Mam do licytacji bardzo rzadkie stworzenie - Cienia z lasu Szeptów!
- na te słowa przybiegł duży tłum gapiów. Wśród nich znalazł się Młokos,
przedstawiciel rasy Młokosów. Były to niskie
stworzonka, o wyłupiastych oczach i długich uszach, bardzo inteligentne oraz
niezwykle wredne.
- Na ile wyceniasz tego Cienia? - zapytał Młokos swoim
skrzekliwym głosem.
- 10000 Stylli. - odparł Szlachetny.
- Dla mnie jest wart o wiele mniej.
- Ależ drogi Młokosie, Cienie to bardzo rzadka rasa,
strasznie trudno takowego złapać.
- Hm.... - Młokos przyjrzał się Cieniowi i odrzekł - Nie
zmieniam zdania. - i poszedł w kierunku pałacu.
- Co tu robił Młokos? Czy nie powinien być na wojnie? -
powiedział Marco do Xarasa.
- Nie wiem. Też się nad tym zastanawiam....
- Witaj.
- Czy to ty mówiłeś? - spytał Xaras drapiąc się po głowie.
- Nie. A słyszałeś coś?
- Tutaj.
- No znowu. Nie udawaj. Nabijasz się ze mnie.
- Hej, to ja. - dopiero teraz koledzy zobaczyli, że przez
cały czas mówi do nich ów Cień z klatki. Otworzyli usta ze zdumienia. Xaras
rzucił okiem na jego "dymowe" ciało i popatrzył się mu w oczy.
Czerwone, dzikie, pełne żądzy zemsty.
- Zrobicie coś dla mnie?
- Jasne. Mów. - Człowieczny odpowiedział szybko.
- Widzicie tamten wyłącznik? Niech któryś z was
niepostrzeżenie go naciśnie. Wtedy będę mógł uciec. Bo wiecie, muszę jak
najszybciej wrócić na Soulsplace.
- A to czemu? - spytał podejrzliwy Marco. Xaras stuknął go
łokciem.
- Nie bądź głupi. Musimy go uwolnić. To barbarzyństwo tak
przetrzymywać Cienie. A tak w ogóle -
zwrócił się do więźnia. - Jak ci na imię?
- Shadow. A teraz szybko naciskaj wyłącznik, póki kupiec nie
patrzy.
- Oczywiście. - skończył Xaras . Niepostrzeżenie wcisnął
przycisk. Kraty z magicznej energii natychmiast znikły. Shadow uśmiechnął się:
- Nie martw się. Leprin o. - odrzekł i natychmiast uciekł.
Kupiec zorientował się, że w klatce nie ma jego zdobyczy. Zaczął wykrzykiwać
różnorakie przekleństwa. Pospiesznie wsiadł na swojego Shehora (były to
stworzenia podobne do koni, jednak posiadały długi ogon, niczym jaszczurka i
kolce zamiast kopyt) i popędził za Cieniem.
- Leprin o? - spytał Xaras. - Marco, co to znaczy?
- Hm... - Izyt skupił się.
- No....na pewno jest to w języku Cieni. Nie znam go zbyt dobrze, ale to
przetłumaczę. Tylko napiszę, a będzie mi łatwiej. - Marco zaczął pisać jakieś
znaki. Podrapał się po głowie i powiedział - To oznacza "uratuję go".
- A co mogło mu chodzić?
- Nie wiem....naprawdę....ale lepiej wróćmy to pałacu.
Zbliża się kolacja.
Po obfitym
posiłku Człowieczny padł na łóżko. Rozmyślał nad słowami Cienia: "Leprin o
- uratuję go". Nie miał pojęcia, co mogły oznaczać.
Wreszcie
nadszedł ten dzień (a raczej noc). Święto Krwi. Wieczorem Xaras podkradł trochę
jedzenia z kuchni i wyruszył do Lasu Szeptów.
Schował się za
drzewem. Obserwował z ukrycia jak Cienie, unoszące się nad ziemią, przygotowują
swój ołtarz oraz przyprowadzają zwierzęta na ofiary. Księżyc "wtoczył
się" na Górę Rozmachu. Cienie natychmiast ustawiły się w określonym
porządku, niejasnym dla zwykłych śmiertelników. Ich kapłan podleciał do
ołtarza. Od pozostałych różnił się tym, że jego oczy miały szafirowy kolor i były
bardzo podobne do szlachetnych kamieni. Przemówił głosem ochrypłym,
charakterystycznym dla ich rasy:
- Dumor ert ku zims de Holier of Blod... - choć Xaras nie
rozumiał z tego ani słowa, wsłuchiwał się z uwagą.
Po krótkiej
przemowie kapłana rozpoczęła się ceremonia. Zwierzęta postawiono na ołtarzu.
Kapłan wypowiedział zaklęcie. Ofiary wyzionęły ducha. I istotnie, nad ich
martwymi ciałami unosiły się przez moment dusze, lecz po chwili znikły. Z oczu
zwierząt zaczęła wylewać się krew, którą wchłaniała splugawiona ziemia
spragniona tego płynu życia. Cienie zaczęły tańczyć i wyśpiewywać jakąś pieśń.
Człowieczny, wciąż schowany, obserwował wszystko co się działo bardzo uważnie.
Nagle coś się poruszyło w krzakach. Z krzewów wyszła zakapturzona postać.
Niektórzy natychmiast ruszyli na intruza. Postać odrzuciła napastników jednym
zaklęciem. Zrzuciła kaptur.....tajemniczą osobą okazała się być.....matka
Xarasa! Człowieczny nie dowierzał własnym oczom. Widział jak jego rodzicielka
zabija tak kochane przez niego stworzenia. Nie mógł dłużej wytrzymać. Wyskoczył
z kryjówki.
- Matko! - zawołał. Ona natychmiast odwróciła się w jego
stronę. Powiedziała:
- Odsuń się chłopcze. Nie jesteś tu potrzebny.
- Ależ mamo....to ja Xaras! Twój syn! Nie poznajesz mnie?
- Nie jestem twoją matką. Nazywam się Mastema.
- Mamo? Oszalałaś? Co ty wygadujesz? - Xaras poczuł, że
zaraz się rozpłacze. - Czyżby....nie....opętana....? - Mastema nie odpowiedział
nic, tylko uśmiechnął się szyderczo.
- NIE! - krzyknął Xaras. Chwycił matkę za ręce, potrząsał
nią...nie wierzył. Spojrzał jej w oczy. Nie były już zielone i roześmiane.
Teraz miały kolor krwi., pełne nienawiści. Demon uderzył Człowiecznego. Xaras
padł na ziemię. Po chwili się podniósł. Walczył....
Szarpali się
tak przez długi czas. Mastema miał już
zadać ostateczny cios, kiedy Xaras wyjął z kieszeni sztylet i ugodził go prosto
w serce. Demon poruszył ustami. Widać było, że w ostatniej chwili opuścił matkę
Xarasa. Zakrwawione ciało kobiety upadło u stóp Człowiecznego. Cienie uciekły w
popłochu. Xaras wyszeptał:
- Co ja zrobiłem? - patrzył raz na sztylet, raz na matkę.
Jej twarz zastygła w lekkim zdziwieniu, a oczy znów były zielone. Poczuł jak
łza spłynęła mu po policzku. Tak mijały chwile spowite w ciszy. Nagle z nieba
zaczął padać deszcz -zupełnie jakby
bogowie płakali za nią. Padał na ziemię lekko, a Xaras tylko przytulił
ciało zmarłej matki.
Niespodziewanie pojawił się wuj Grent. Płaczący Człowieczny widząc go,
odskoczył jak oparzony od matki. Retsit nic nie powiedział. Nie był w stanie.
Dla osoby, która nie znała poprzedniej wersji wydarzeń wszystko było jasne na
pierwszy rzut oka. Spojrzał surowo na Xarasa. On kiwał przecząco głową i
poruszał bezwiednie ustami. Grent
przytwierdził go zieloną energią i wziął ciało zmarłej. Człowieczny
wiedział, że nie wybrnie z tych kłopotów. Znał obowiązujące tu prawo. Pamiętał,
jak Rith kiedyś mówił: "Za zabicie członka rodziny królewskiej grozi
śmierć lub wygnanie na Deathricks, dziki kontynent, na którym nie ma szans na
przeżycie". Xaras powiedział smutnym głosem:
- Śmierć lub wygnanie.....
Imperator
wrócił z wojny o wiele wcześniej niż się wszystkim wydawało. Wydarzyło się tam
coś strasznego. Władca nie chciał o tym rozmawiać. Dopiero okropną prawdę
wyznał jeden z generałów:
- Kerd, następca tronu oraz Elgereth, żona naszego Władcy,
królowa Etherwind - zaginęli.
Prawdopodobnie - nie żyją.
Ta wiadomość
dotarła również do celi Xarasa. Nie mógł normalnie funkcjonować. Nie potrafił
uwierzyć, że jego kuzyn nie żyje. Jeszcze parę dni temu obiecał mu, że nigdy
nie pozwoli, żeby ktokolwiek go skrzywdził, że zawsze przy nim będzie....Teraz
wizja śmierci nie przerażała już w ogóle. Nie miał już po co żyć....dla
kogo....
Młokos, doradca
Imperatora oraz jego najbliższy przyjaciel, wszedł do komnat Władcy cichutko
zamykając drzwi.
- Rith.... - odezwał się. Jego głos drżał. Imperator
milczał. Runy na jego skrzydłach nie były tak jak zwykle błękitne, lecz czarne.
Na czerwono świeciły się tylko znaki układające się w imiona: Kerd i Elgereth.
Łzy kapały na dokumenty, które właśnie czytał.
- Rith.... -
powtórzył Młokos, tym razem bardziej stanowczo.
- Młokosie......ja nie wiem....jak mogłem do tego
dopuścić....
- Nie ma w tym w ogóle twojej winy. Przyszedłem ci
powiedzieć, że.....
- Och, gdybym posłuchał Xarasa i nie brał Kerda na
wyprawę....może chociaż jego bym teraz miał...
- Ale mi właśnie chodzi o Xarasa....
- Tak? - Rith spojrzał na Młokosa z uwagą. Zwykle
zielonobłękitne oczy Władcy teraz zrobiły się szare.....
- Otóż twoja siostra....uch.....jakby ci to
powiedzieć....ona.....ona
- Co? Co?
- Nie żyje. - wydusił z trudem Młokos.
- Co? Jak to? - Rith myślał, że Młokos żartuje. Ta straszna
prawda nie mogła do niego dotrzeć. Elgereth, Kerd, a teraz Isabell. Bogowie
odbierają mu całą rodzinę....dlaczego? Poczuł, że wzbiera się w nim ogromna
fala złości. Runy stały się żółte, a napisy "Kerd" oraz
"Elgereth" teraz prawie oślepiały, a na dodatek dołączył do nich nowy
run - "Isabell". - Kto dopuścił się tej zbrodni!? Zabiję
go.....obiecuję....w imieniu swoim oraz Xarasa, który tak brutalnie został
pozbawiony matki!
- Ale to właśnie Xaras ją zabił. - Imperatorowi aż pióro
wypadło z ręki. Jego oczy stały się ogromne. Powiedział z trudem:
- Kłamiesz Młokosie.
- Rith, ja nigdy nie kłamię.
- Są dowody?
- Grent znalazł go nad ciałem Isabell, ze sztyletem w ręce.
- To nie może być prawda! NIE! - ryknął Imperator tak
głośno, że woda w szklance się zatrzęsła. - Xaras by tego nie zrobił!
- A jednak. Za dwa dni ma odbyć się jego proces. Ma być
publiczny. Pojawi się na nim cały Kernot.
Obwiązany
łańcuchami Xaras szedł wolno popychany przez śmiejących się szyderczo
strażników. Szybko zebrał się spory tłum gapiów. Na wielkim tronie siedział
ubrany w połyskliwe szaty Imperator. Jego runy znów były czarne. Wśród
mieszkańców Człowieczny wypatrzył Marca, który ukrył twarz w dłoniach. Coś
mówił. Z ruchów jego warg można było wyczytać: "Xaras, jak
mogłeś.....".
Gdy podszedł
pod tron żołnierze popchnęli go tak mocno, że upadł na twarz. Tłum zaczął się
śmiać. Xaras spojrzał Rithowi prosto w oczy.
- Xarasie Cabrio' von Imperios. Zostałeś oskarżony o
zabójstwo swojej matki - tłum wydał z siebie okrzyki zdumienia. - Uspokoić się!
- zagrzmiał Rith. - Isabelli Cabrio' von Imperios. Czy masz coś na swoją
obronę? - Człowieczny nie odpowiedział
nic, lecz ruszył ręką i w powietrzu ukazało się parę runów, które tworzyły
wyraz "Ja", co oznacza "tak". Podczas procesów, na których
Imperator był sędzią, oskarżony nie mógł się odzywać. Pozwalano mu tylko
wypisywać w powietrzu magiczną energią proste wyrazy w Rardinie - języku Cieni.
- Mów. Młokosie - tłumacz gapiom.
- Oczywiście. - przytaknął Młokos. Xaras zaczął
"rysować" runy w powietrzu. Młokos popatrzył się na nie z uwagą i
odrzekł - Seenen. Koreno nen. Ime gerengen ert. Hm... To oznacza: Widziałem.
Opętało ją. Broniłem się.
- Czy to prawda... - odezwał się Imperator. - .....że
generał Grent znalazł cię ze sztyletem w ręku nad ciałem matki?
- Ja. Czyli "tak". - przeczytał Młokos.
Rozprawa
toczyła się jeszcze przez długi czas. Imperator i jego pomocnicy zadawali
pytania, a Xaras odpowiadał. Człowiecznemu przypomniały się słowa Cienia:
"Leprin o - uratuję go". On chciał uratować....ale kogo? Mówił, że
musi szybko wrócić na Soulsplace...lecz....czyżby? Czyżby Cień z klatki miał
uratować Kerda? Xaras uśmiechnął się do siebie. Był przekonany, że jego kuzyn
żyje i jest bezpieczny. Teraz tylko czekał na wyrok....
Rith wraz z
całym Kernotem wrócił po godzinnych obradach. Wkroczył na wysoki podest,
rozbrzmiały fanfary. Rozwinął długi pergamin. Strażnicy popchnęli brudnego
Xarasa w stronę Imperatora. Rith patrzył się na Człowiecznego z żalem. Wcale
nie chciał odczytywać wyroku. Jednak musiał liczyć się z obowiązującym tu
prawem, wobec którego bogacz czy żebrak, karczmarz czy kupiec - wszyscy byli
równi. Mówił głośno i wyraźnie, a jego głos potoczył się echem po całym placu:
- Xarasie Cabrio' von Imperios, oskarżony o zabójstwo swojej
matki, Isabelli Cabrio' von Imperios. Wielka Rada Etherwind - Kernot uznała cię
winnym popełnionej zbrodni. Istnieją jednak okoliczności łagodzące. Zabiłeś tę
kobietę, a moją siostrę, w obronie własnej, gdyż była opętana przez demona.
Jednakowoż, według twoich zeznań oraz paru Cieni z lasu Szeptów, demon opuścił
jej ciało po przebiciu serca. Gdyby jednak udało ci się zabić demona, zostałbyś
uniewinniony, ale w takiej sytuacji.... - Xaras opuścił głowę. Jego bujne,
brązowe loki zakryły twarz. - ....jestem
zmuszony ogłosić wyrok. Zostaniesz skazany na zdeklasowanie do poziomu Argonów
oraz otrzymasz zakaz przebywania na terenie miast i wiosek Imperium Etherwind.
Proces Przemiany zostanie wykonany w Wieży Przeznaczenia. - Na te słowa
Człowieczny podniósł głowę. Jego orzechowe oczy zrobiły się wielkie z
przerażenia. Nie mógł w to uwierzyć. Myślał, że to deklasowanie to tylko jakieś
bzdury w papierach urzędowych.....a tu się okazuje.....Wieża Przeznaczenia!
Podobno proces Przemiany był gorszy od śmierci. Jak jego własny wujek mógł mu
to zrobić....jak mógł....
Człowieczny
siedział sam w zimnej, wilgotnej celi. Nie chcieli go zabić. Chociaż on wolałby
śmierć. Wieża Przeznaczenia, Wieża Przeznaczenia. Te dwa słowa ciągle słyszał w
swojej głowie. Spojrzał na swoje ręce, nogi, odbicie w kałuży.....jutro to
wszystko może być już zupełnie inne. Deklasacja do poziomu Argonów.....pewnie
wyślą go do jakichś kamieniołomów i będzie harował jak wół do końca życia.
Wreszcie poczuje się jak ta klasa robotnicza, z podatków której dotychczas się
utrzymywał....
Jak on będzie
wyglądał? Co z nim zrobią? Chyba nie przemienią go całego....przecież wtedy na
pewno by umarł....Argoni.....Argoni.....Byli to jaszczuroludzie. Dzikie
stworzenia. Nawet ich głowy pochodziły od gadów. Xaras nie mógł pojąć, że od
jutra nie będzie mówił na siebie Człowieczny...lecz....Argon.
Rano przyszedł
po niego Młokos. Chciał, jak to w jego zwyczaju, powiedzieć jakieś
"kazanie", ale zdołał wydusić z siebie tylko parę słów:
- Xaras, tak mi przykro.
Wrzucili go do
metalowego powozu, zaprzężonego w Shehory. Było w nim zimno i śmierdziało
stęchlizną. Droga do Wieży Przeznaczenia była bardzo kamienista, więc Człowiecznym
rzucało z boku na bok. Powietrze wlatywało przez małe, zakratowane okienko.
Xaras podszedł do niego i patrzył na ten piękny świat, który teraz nie wydawał
się taki kolorowy....
Powóz stanął.
Drzwi się otworzyły. Skazańca raziły okropnie promienie słońca.....a dzień był
pogodny.....
Szedł powoli,
obwiązany magiczną energią. Po jego prawicy kroczył Młokos, który wciąż miał
spuszczoną głowę i ani razu nie spojrzał na Xarasa. Może się bał? Ci strażnicy
wciąż śmiali się szyderczo....
Wieża Przeznaczenia była to ogromna
budowla, zbudowana ze starych, ciężkich cegieł. Odstraszała swoją surowością.
Nawet zwierzęta bały się do niej podchodzić. Zbudował ją w Erze Wagi znakomity
Imperator - Sin Imperios. Chciał, prowadząc w niej brutalne egzekucje, pokazać,
że zbrodnia nie popłaca. Nienawidził wszystkich przestępców.
Człowieczny
wchodził po schodach na szczyt Wieży. Dla niego było to snem. Nie myślał
normalnie. Zmysły odmawiały posłuszeństwa. Słyszał tylko kroki strażników oraz
czuł ciepły oddech Młokosa na karku.
W Sali
Egzekucji stały różne przyrządy. Zwano je uronometrami. Były różnych kształtów
i rozmiarów. Jedne przypominały małe kuleczki, inne natomiast ogromne rzeźby.
Jedyną ich wspólną cechą było to, że wszystkie oplecione były jakąś wiązką
energii, która prowadziła do wielkiego stołu pośrodku sali. Rozkazano Xarasowi
podejść do tzw. Łoża Przeznaczenia. Zdjęto z niego szaty. Nogi i ręce
przymocowano mocno do blatu. Z zaciemnionego kąta sali wyłoniły się dwie postacie:
Rith oraz jakichś Szlachetny. Nieznana Xarasowi osoba przemówiła:
- Według prawa ustalonego wieki temu przez Władcę Sina,
Imperator uczestniczy podczas procesu Przemiany i sam pomaga w egzekucji swoją
legendarną mocą Elfów Smoczych Serafinowych. Xarasie Cabrio' von Imperios, czy
masz jakieś życzenie przed deklasacją? - a spytał tak spokojnie, że
Człowiecznego tylko to zdenerwowało.
- Chcę tylko coś powiedzieć. Kerd żyje. Uratował go Cień z
jarmarku.
- Och! Wyborny żart! - zaśmiał się Szlachetny. - Ale trochę
nie na miejscu...- dodał ponuro. Rith spuścił oczy. Jeśli byłoby to możliwe,
jego runy na skrzydłach zrobiłyby się jeszcze bardziej czarne...- Hm, nie
zwlekajmy. Rozpoczniemy proces Przemiany. Główny Egzekutor, czyli ja, zacznę, a
Imperator dołączy do mnie we właściwym czasie. Prawda, Rith? - Władca nie
odpowiedział, lecz tylko kiwnął twierdząco głową. Szlachetny podwinął rękawy i
zacierał ręce...
Ugodził Xarasa
pierwszym zaklęciem. Uronometry zaświeciły się. Człowiecznego zapiekła skóra na
rękach, nogach, klatce piersiowej. Czuł, jakby wszystkie wnętrzności zmieniały
teraz swoje miejsce. O mało nie zwymiotował. Egzekutor wypuścił z rąk magiczną
kulę, która wleciała do pępka Xarasa. W okolicach kości ogonowej poczuł
straszliwy ból. Coś chciało się z niego wydostać. Nie krzyczał. Nie chciał dać
nikomu satysfakcji. Na końcu pleców skóra rozerwała się. Z powstałej dziury
wyskoczył obkrwawiony jaszczurzy ogon. Xaras syknął i przymknął powieki.
Wolałby umrzeć niż przechodzić te iście tantalowe męki.
Ciało powoli
pokrywało się łuskami, które "wyrastały" ze skóry. Palce
przekształcały się w pazury, nogi deformowały....Egzekutor raz po raz rzucał
kolejnymi zaklęciami. Uronometry prawie oślepiały. Potem do procesu Przemiany
włączył się Rith. Szlachetny krzyczał: "Celuj w twarz! W twarz!". W
ręce Imperatora zebrało się dużo mocy magicznej. Zakrył oczy dłonią i
wycelował. Nie trafił w głowę, lecz gorzej. Prosto w serce. Klatka piersiowa
rozerwała się. Ukazała czerwone, bijące serce Xarasa. Egzekutor pochwalił
Ritha: "Wspaniale! Jeszcze czegoś takiego nie widziałem! Nawet lepiej, że
nie trafiłeś w twarz".
Cały proces
trwał grubo ponad cztery godziny. Po jego zakończeniu Xaras został w wieży
całkiem sam. Tylko przy bramie czekało parę strażników. Z trudem podniósł się
ze stołu. Podszedł do najbliższego uronometru, długiej, żelaznej blaszki.
Przejrzał się. Zobaczył jaszczurze ręce, dłonie, nogi, ogon
oraz.......serce....Przetarł oczy. Nie mógł uwierzyć. Spróbował wsadzić rękę w
dziurę powstałą po zaklęciu Ritha. Niestety, mógł tam włożyć swoją dłoń .
Zrozpaczony zbiegł szybko po schodach wieży. Przy bramie złapali go strażnicy i
zakuli w kajdany. Xaras zobaczył Imperatora, który wsiadał już na swojego
Shehora.
- Rith! Jak mogłeś! - wykrzyczał. Imperator obrócił się.
Człowieczny......a teraz raczej Argon.... wskazał na swoje serce. Rith milczał.
Zamknął na chwilę oczy, z których wyleciała kropla błękitnej krwi. Xaras padł
na kolana i ukrył twarz w dłoniach.
NIE! - ryk, który
wydarł się z jego piersi mógłby obudzić umarłego. Spojrzał na swe serce, które
teraz bolało jeszcze bardziej...
Evolva [ksiondz_lorenzo@o2.pl]
|