spis treści | poprzednia strona | następna strona
16 Skazany

To opowiadanie zostało napisane na szkolny konkurs, który nigdy nie został rozstrzygnięty, ale moja nauczycielka mówiła, że moje opowiadanie się jej spodobało :D



Słońce budziło się dopiero nad całym Etherwind. Jego promienie nie musnęły nawet jeszcze pałacu w Gorack.

Xaras przetarł oczy rękoma. Ziewnął. Usiadł na łóżku. Wyjął z szafki nocnej Kamienie Służebne i stuknął nimi. Po chwili pojawiła się służka - Nephilianka. Ukłoniła się nisko i zaczęła:

- Tak panie? Czego sobie życzysz? - mówiąc, machała miarowo swoim pięknym, kocim ogonem i trzepotała czarnymi, skórzastymi skrzydłami.

- To co zwykle, Geri. Lekkostrawne udko kurczęcia Mantara.

- Tak panie. - Nephilianka skończyła i wyszła z pokoju.

Xaras podszedł do lustra i przejrzał się w nim. Potrząsnął bujnymi, brązowymi włosami. Był on Człowiecznym - przedstawicielem rasy najbardziej rozpowszechnionej na Etherwind. A w dodatku należał do rodziny królewskiej, gdyż jego matka była siostrą Imperatora. "Czas pomęczyć małego Kerdzika" - pomyślał. Wyszedł z komnaty.

Szedł długim korytarzem do apartamentu swojego małego kuzyna - Kerda. Po drodze oglądał mnóstwo obrazów, przedstawiających różne sceny z życia Imperatora. Walki, sądy, koronację... Zagapił się i wpadł na kogoś.

- Ała! - odezwał się kobiecy głos.

- Uważaj jak chodzisz...ty..... - Człowieczny umilkł, gdyż zauważył, że wpadł na królową - żonę Imperatora, matkę Kerda. - Och...przepraszam, o Pani. Nie wiedziałem....

- Nic nie szkodzi Xarasie. - zaśmiała się Elgereth.

- To się już więcej nie powtórzy.

- Każde dziecko w twoim wieku jest nieco roztrzepane.

- Dziecko? Ja nie jestem dzieckiem! Mam już całe sto sześćdziesiąt lat!  

- Xaras, nie tym tonem. Nie zapominaj do kogo mówisz. - rzekła Elgereth srogo.

- O...tak....jasne...- mruknął pod nosem Człowieczny i zniknął w drzwiach następnej komnaty.

Na samym środku pokoju stała pozłacana, Platynowa kołyska. Drzemał w niej słodko mały Kerd. Xaras pochylił się nad łóżeczkiem. Tak zazdrościł temu maluchowi. Sam by chciał kiedyś zasiąść na tronie....i posiadać te piękne skrzydła, które swego czasu wyrosną Kerdowi. Ten maluch, jak wszyscy zresztą mężczyźni w jego rodzinie z linii panującej, był Elfem Smoczym Serafinowym. Legendy mówiły, że te stworzenia mają ogromną moc magiczną, a ich średnią długość życia szacuje się na tysiąc dwieście lat. A poza tym mają jeszcze te wspaniałe trzy pary skrzydeł pokrytych błękitnymi runami w języku Cieni. Kerd obudził się.

- Ksialaś.....tłutaj jeśteś.... - powiedział.

- Tak, Kerdziku. Jestem przy tobie.

- A cy zawsie będziesz? - zapytał słodko. Xaras aż się wzruszył.

- Oj tak. Nie pozwolę, żeby ktoś kiedykolwiek zrobił ci krzywdę. - Człowieczny skończył i przytulił Elfika, który wypuścił przypadkowo z ręki magiczną ognistą kulę.

- Ojej....

- Nic się nie stało. - Xaras po chwili ugasił płonącą zasłonę czarem Bicza Wodnego . Obaj umilkli i patrzyli się na siebie. Zaczęli się bawić.

Zbliżała się pora obiadu. Rodzina królewska schodziła do jadalni. Miejsce przy końcu stołu, na ogromnym, hebanowym krześle zajął Imperator. Obok niego usiadła Elgereth wraz z Kerdem. Xaras usadowił się obok wuja Grenta, Retsita, dowódcy straży królewskiej. Retsici byli to ludzie dobrze zbudowani, niezwykle silni i wytrzymali, o ciemnej karnacji.

Wniesiono potrawy. Zaserwowano rosół z Mantara, Jentową pieczeń (Jenty to gigantyczne stworzenia, podobne do słoni, używane również jako szybki i bezpieczny transport), sałatkę z Drzewa Rodnego oraz wiele innych wspaniałych i aromatycznych dań.  Xaras już chciał ugryźć ociekające pachnącym sosem udko Shnaipera, kiedy Imperator uderzył nożem w puchar i wstał.

- No świetnie. Wujek będzie ględził. - Człowieczny szepnął do Kerda.

- Tatuś błędzie ględził... - powtórzył Elfik.

- Kerd! - skarciła go Elgereth. Maluch obraził się wielce na matkę, co niezwykle rozbawiło Xarasa.

- Szanowna rodzino, drodzy współpracownicy.... - zaczął Imperator niskim, ale dźwięcznym głosem. - Może to być nasz ostatni wspólny obiad. - przez salę przeszedł szmer: "Jak to? Ostatni?!". Imperator nie zważał na to i kontynuował dalej - Soulsplace wypowiedziało nam wojnę. To było nieuniknione. - teraz rozpoczęły się już ciche rozmowy. - Trzeba jak najszybciej rozpocząć działania wojenne.

- Rith, nie można rozwiązać tego jakoś dyplomatycznie? - zapytała drżącym głosem piękna Elgereth.

- Już próbowaliśmy. Władca Soulsplace jest głuchy na nasze prośby. To okrutny Mroczny Elf....ale zwołując sobie wojnę z nami szykuje sobie pewną śmierć. Powinien o tym pamiętać.

- Nie bądź tak pewny zwycięstwa, Rith. Zawsze powtarzałeś, że jesteś jak gladiator. A gladiator pamiętał, że może natrafić na przeciwnika silniejszego od siebie. Wszyscy wiedzą jak Soulsplace jest potężne.

- Lecz nie potężniejsze od nas. - Imperator upierał się przy swojej wersji.

- Rith...

- Elgereth! Decyzja została już podjęta na obradach Kernotu!

- Jak to? Zwołałeś Kernot? I nic mi o tym nie powiedziałeś! Jestem Najwyższym Głosem w mieście Gorack i powinnam być na tym zebraniu! Postąpiłeś niezgodnie z prawem.

- Zrobiłem to specjalnie, ponieważ chciałem uniknąć takich scen. - runy na skrzydłach Imperatora rozjaśniły się groźnie.

- SCEN?! SCEN?! Jestem twoją żoną. Nie zapominaj o tym. A jeśli dojdzie do tej wojny to życzę sobie na niej być.

- Wykluczone.

- Nie obchodzi mnie twoje zdanie, ty zarozumiały egoisto. - Elgereth skończyła i roztrzaskała talerz o podłogę.  Szybkim krokiem wyszła z jadalni. Trzasnęła drzwiami.

Och, jak Xaras nienawidził tych ich kłótni. Żal mu było najbardziej Kerda, który płakał, gdy rodzice na siebie krzyczeli. A najgorsze było to, że nikt nie mógł wtrącić się podczas sprzeczek królewskiej pary. Raz, w furii, Imperator kazał wrzucić pewną osobę do katakumb, za wciskanie  nosa w nie swoje sprawy. Człowieczny nie czuł wobec Ritha respektu czy szacunku. Po prostu się go bał.

Imperator wrócił do posiłku. Widać było jak niechętnie je te przepyszne potrawy. Runy na jego skrzydłach nadal niebezpiecznie świeciły. Oznaczało to, że był gotów do walki. Wtedy w Elfach Smoczych Serafinowych zbierało się najwięcej magicznej energii. Mogły zniszczyć praktycznie każdego.

Po chwili zaczął ponownie:

- Biorę Kerda ze sobą. - na sali zapanowała głucha cisza. Nawet pan Thug, Człowieczny, przestał jeść.

- Jak to.... - tylko Xaras zdołał wydusić z siebie słowo.

- Biorę go ze sobą. - mówił spokojnie. Runy wciąż świeciły.

- Elgereth by na to nie pozwoliła...

- Nie obchodzi mnie to, na co ona pozwala, a na co nie! - Rith mówił już przez zaciśnięte zęby.

- Ja też chcę jechać! On jest taki mały, a już...

- Kerd Gerard Niemien jest moim synem! Musi umieć walczyć, dowodzić. Ty nie potrzebujesz tych umiejętności.

- Jak to....ale ja chcę! Chyba też należę do tej rodziny. Co najmniej tak mi się zdaje. Kerd jest jeszcze słaby, nie poradzi sobie.

- Jak ja mówię, że go wezmę, to znaczy, że tak zrobię! I żaden smarkaty dzieciuch nie będzie mi rozkazywał.

- Dzieciuch? Smarkaty? Dobra! A bierz sobie swojego Kerdzika gdzie chcesz! - wszyscy wstrzymali oddech. - Niech stamtąd nie wróci! - wykrzyczał Xaras i wybiegł z jadalni. Runy Imperatora rozjarzyły się wściekłą czerwienią.

Człowieczny pędził korytarzem do swojej komnaty. Do drodze wpadał na jakichś nephiliańskich służących. Łzy spływały mu po policzkach. Dlaczego on chce brać Kerda? Przecież on jest za mały! Na pewno zginie! A nie chce wziąć go - Xarasa, który ćwiczył w różnych stylach walki i był wspaniałym wojownikiem.....ale....niech sobie go bierze! Jak mu Kerd zginie to będzie miał...wtedy zrozumie, że popełnił błąd.

Padł na łóżko. Na szafce nocnej stało jeszcze jego śniadanie, w ogóle nietknięte. Ze zdenerwowania próbował rozerwać poduszkę. Jednak jego wysiłki poszły na marne, gdyż już dawno Imperator rzucił na nią zaklęcie Trwałości. Za nic w świecie nie podarłby tej poduszki. Do pokoju wszedł Izyt.

- Xaras? - zapytał.

- Marco, nie widzisz, że nie jestem w nastroju do rozmowy? - Człowieczny powiedział najspokojniej, jak teraz potrafił.

- Kerd kazał pogadać z tobą.

- Nie JESTEM W NASTROJU!!! - zagrzmiał Xaras. Wziął swoje nie zjedzone śniadanie i cisnął nim w Izyta. Marco zrobił zgrabny unik.

- Spokojnie. Jak mi mój ogon odrąbiesz, to jak będę się poruszał? - rzekł. Istotnie, Izyci jako jedyna rasa, prócz Cieni, nie posiadali nóg, lecz długi wężowy ogon. Na twarzy Xarasa pojawił się lekki uśmiech.

- Wiesz, kiedy Cienie się spotykają?

- Hm, w sumie niedługo będą miały święto..... - Marco zamilkł. - Ej! Przecież wiesz, że nie mogę ci nic mówić o obrzędach Cieni! Nie pamiętasz co było ostatnio? Chciały....

- ...mnie złożyć w ofierze podczas nocy Ofiary Ostatecznej. - dokończył Xaras. - Wiem, wiem. Ale teraz będę o wiele bardziej ostrożny. Proszę.....

- No......ech.....powiem ci. - Izyt nie potrafił odmówić Xarasowi. - Za tydzień mają Święto Krwi. Obchodzą je w lesie Szeptów, gdy tylko księżyc wtoczy się na Górę Rozmachu.

- Dzięki Marco! Jesteś niezastąpiony.

- I to jest właśnie moja największa wada. - zażartował Izyt.

Rano Xaras dowiedział się, że w nocy Imperator pojechał na Soulsplace. Elgereth również zniknęła. Widocznie udało jej się przekonać Ritha....

Jednak nie było również Kerda. Człowieczny stał nad tą kołyską, przy której jeszcze wczoraj bawił się z małym Elfikiem. Wciąż nie mógł zrozumieć dlaczego....dlaczego Rith zabrał malucha? Co miał na celu? Przecież Kerd nie panował jeszcze nad swoją mocą.

Xarasowi udało się wyrwać z pałacu wraz z Marciem. Chodzili po placu targowym i oglądali wystawy. Najbardziej zainteresował ich Cień wystawiony na sprzedaż.

- Chodźcie do mnie ludzie! - zawołał otyły kupiec, Szlachetny. Jego długie, szpiczaste uszy aż drżały z podniecenia. - Chodźcie i zobaczcie! Mam do licytacji bardzo rzadkie stworzenie - Cienia z lasu Szeptów! - na te słowa przybiegł duży tłum gapiów. Wśród nich znalazł się Młokos, przedstawiciel rasy  Młokosów. Były to niskie stworzonka, o wyłupiastych oczach i długich uszach, bardzo inteligentne oraz niezwykle wredne.

- Na ile wyceniasz tego Cienia? - zapytał Młokos swoim skrzekliwym głosem.

- 10000 Stylli. - odparł Szlachetny.

- Dla mnie jest wart o wiele mniej.

- Ależ drogi Młokosie, Cienie to bardzo rzadka rasa, strasznie trudno takowego złapać.

- Hm.... - Młokos przyjrzał się Cieniowi i odrzekł - Nie zmieniam zdania. - i poszedł w kierunku pałacu.

- Co tu robił Młokos? Czy nie powinien być na wojnie? - powiedział Marco do Xarasa.

- Nie wiem. Też się nad tym zastanawiam....

- Witaj.

- Czy to ty mówiłeś? - spytał Xaras drapiąc się po głowie.

- Nie. A słyszałeś coś?

- Tutaj.

- No znowu. Nie udawaj. Nabijasz się ze mnie.

- Hej, to ja. - dopiero teraz koledzy zobaczyli, że przez cały czas mówi do nich ów Cień z klatki. Otworzyli usta ze zdumienia. Xaras rzucił okiem na jego "dymowe" ciało i popatrzył się mu w oczy. Czerwone, dzikie, pełne żądzy zemsty.

- Zrobicie coś dla mnie?

- Jasne. Mów. - Człowieczny odpowiedział szybko.

- Widzicie tamten wyłącznik? Niech któryś z was niepostrzeżenie go naciśnie. Wtedy będę mógł uciec. Bo wiecie, muszę jak najszybciej wrócić na Soulsplace.

- A to czemu? - spytał podejrzliwy Marco. Xaras stuknął go łokciem.

- Nie bądź głupi. Musimy go uwolnić. To barbarzyństwo tak przetrzymywać Cienie.  A tak w ogóle - zwrócił się do więźnia. - Jak ci na imię?

- Shadow. A teraz szybko naciskaj wyłącznik, póki kupiec nie patrzy.

- Oczywiście. - skończył Xaras . Niepostrzeżenie wcisnął przycisk. Kraty z magicznej energii natychmiast znikły. Shadow uśmiechnął się:

- Nie martw się. Leprin o. - odrzekł i natychmiast uciekł. Kupiec zorientował się, że w klatce nie ma jego zdobyczy. Zaczął wykrzykiwać różnorakie przekleństwa. Pospiesznie wsiadł na swojego Shehora (były to stworzenia podobne do koni, jednak posiadały długi ogon, niczym jaszczurka i kolce zamiast kopyt) i popędził za Cieniem.

- Leprin o? - spytał Xaras. - Marco, co to znaczy?

- Hm... - Izyt skupił się.  - No....na pewno jest to w języku Cieni. Nie znam go zbyt dobrze, ale to przetłumaczę. Tylko napiszę, a będzie mi łatwiej. - Marco zaczął pisać jakieś znaki. Podrapał się po głowie i powiedział - To oznacza "uratuję go".

- A co mogło mu chodzić?

- Nie wiem....naprawdę....ale lepiej wróćmy to pałacu. Zbliża się kolacja. 

Po obfitym posiłku Człowieczny padł na łóżko. Rozmyślał nad słowami Cienia: "Leprin o - uratuję go". Nie miał pojęcia, co mogły oznaczać.

Wreszcie nadszedł ten dzień (a raczej noc). Święto Krwi. Wieczorem Xaras podkradł trochę jedzenia z kuchni i wyruszył do Lasu Szeptów.

Schował się za drzewem. Obserwował z ukrycia jak Cienie, unoszące się nad ziemią, przygotowują swój ołtarz oraz przyprowadzają zwierzęta na ofiary. Księżyc "wtoczył się" na Górę Rozmachu. Cienie natychmiast ustawiły się w określonym porządku, niejasnym dla zwykłych śmiertelników. Ich kapłan podleciał do ołtarza. Od pozostałych różnił się tym, że jego oczy miały szafirowy kolor i były bardzo podobne do szlachetnych kamieni. Przemówił głosem ochrypłym, charakterystycznym dla ich rasy:

- Dumor ert ku zims de Holier of Blod... - choć Xaras nie rozumiał z tego ani słowa, wsłuchiwał się z uwagą.

Po krótkiej przemowie kapłana rozpoczęła się ceremonia. Zwierzęta postawiono na ołtarzu. Kapłan wypowiedział zaklęcie. Ofiary wyzionęły ducha. I istotnie, nad ich martwymi ciałami unosiły się przez moment dusze, lecz po chwili znikły. Z oczu zwierząt zaczęła wylewać się krew, którą wchłaniała splugawiona ziemia spragniona tego płynu życia. Cienie zaczęły tańczyć i wyśpiewywać jakąś pieśń. Człowieczny, wciąż schowany, obserwował wszystko co się działo bardzo uważnie. Nagle coś się poruszyło w krzakach. Z krzewów wyszła zakapturzona postać. Niektórzy natychmiast ruszyli na intruza. Postać odrzuciła napastników jednym zaklęciem. Zrzuciła kaptur.....tajemniczą osobą okazała się być.....matka Xarasa! Człowieczny nie dowierzał własnym oczom. Widział jak jego rodzicielka zabija tak kochane przez niego stworzenia. Nie mógł dłużej wytrzymać. Wyskoczył z kryjówki.

- Matko! - zawołał. Ona natychmiast odwróciła się w jego stronę. Powiedziała:

- Odsuń się chłopcze. Nie jesteś tu potrzebny.

- Ależ mamo....to ja Xaras! Twój syn! Nie poznajesz mnie?

- Nie jestem twoją matką. Nazywam się Mastema.

- Mamo? Oszalałaś? Co ty wygadujesz? - Xaras poczuł, że zaraz się rozpłacze. - Czyżby....nie....opętana....? - Mastema nie odpowiedział nic, tylko uśmiechnął się szyderczo.

- NIE! - krzyknął Xaras. Chwycił matkę za ręce, potrząsał nią...nie wierzył. Spojrzał jej w oczy. Nie były już zielone i roześmiane. Teraz miały kolor krwi., pełne nienawiści. Demon uderzył Człowiecznego. Xaras padł na ziemię. Po chwili się podniósł. Walczył....

Szarpali się tak przez długi czas.  Mastema miał już zadać ostateczny cios, kiedy Xaras wyjął z kieszeni sztylet i ugodził go prosto w serce. Demon poruszył ustami. Widać było, że w ostatniej chwili opuścił matkę Xarasa. Zakrwawione ciało kobiety upadło u stóp Człowiecznego. Cienie uciekły w popłochu. Xaras wyszeptał:

- Co ja zrobiłem? - patrzył raz na sztylet, raz na matkę. Jej twarz zastygła w lekkim zdziwieniu, a oczy znów były zielone. Poczuł jak łza spłynęła mu po policzku. Tak mijały chwile spowite w ciszy. Nagle z nieba zaczął padać deszcz -zupełnie jakby  bogowie płakali za nią. Padał na ziemię lekko, a Xaras tylko przytulił ciało zmarłej matki.

        Niespodziewanie pojawił się wuj Grent. Płaczący Człowieczny widząc go, odskoczył jak oparzony od matki. Retsit nic nie powiedział. Nie był w stanie. Dla osoby, która nie znała poprzedniej wersji wydarzeń wszystko było jasne na pierwszy rzut oka. Spojrzał surowo na Xarasa. On kiwał przecząco głową i poruszał bezwiednie ustami. Grent  przytwierdził go zieloną energią i wziął ciało zmarłej. Człowieczny wiedział, że nie wybrnie z tych kłopotów. Znał obowiązujące tu prawo. Pamiętał, jak Rith kiedyś mówił: "Za zabicie członka rodziny królewskiej grozi śmierć lub wygnanie na Deathricks, dziki kontynent, na którym nie ma szans na przeżycie". Xaras powiedział smutnym głosem:

- Śmierć lub wygnanie.....

Imperator wrócił z wojny o wiele wcześniej niż się wszystkim wydawało. Wydarzyło się tam coś strasznego. Władca nie chciał o tym rozmawiać. Dopiero okropną prawdę wyznał jeden z generałów:

- Kerd, następca tronu oraz Elgereth, żona naszego Władcy, królowa Etherwind -  zaginęli. Prawdopodobnie - nie żyją.

Ta wiadomość dotarła również do celi Xarasa. Nie mógł normalnie funkcjonować. Nie potrafił uwierzyć, że jego kuzyn nie żyje. Jeszcze parę dni temu obiecał mu, że nigdy nie pozwoli, żeby ktokolwiek go skrzywdził, że zawsze przy nim będzie....Teraz wizja śmierci nie przerażała już w ogóle. Nie miał już po co żyć....dla kogo....

Młokos, doradca Imperatora oraz jego najbliższy przyjaciel, wszedł do komnat Władcy cichutko zamykając drzwi.

- Rith.... - odezwał się. Jego głos drżał. Imperator milczał. Runy na jego skrzydłach nie były tak jak zwykle błękitne, lecz czarne. Na czerwono świeciły się tylko znaki układające się w imiona: Kerd i Elgereth. Łzy kapały na dokumenty, które właśnie czytał.

-  Rith.... - powtórzył Młokos, tym razem bardziej stanowczo.

- Młokosie......ja nie wiem....jak mogłem do tego dopuścić....

- Nie ma w tym w ogóle twojej winy. Przyszedłem ci powiedzieć, że.....

- Och, gdybym posłuchał Xarasa i nie brał Kerda na wyprawę....może chociaż jego bym teraz miał...

- Ale mi właśnie chodzi o Xarasa....

- Tak? - Rith spojrzał na Młokosa z uwagą. Zwykle zielonobłękitne oczy Władcy teraz zrobiły się szare.....

- Otóż twoja siostra....uch.....jakby ci to powiedzieć....ona.....ona

- Co? Co?

- Nie żyje. - wydusił z trudem Młokos.

- Co? Jak to? - Rith myślał, że Młokos żartuje. Ta straszna prawda nie mogła do niego dotrzeć. Elgereth, Kerd, a teraz Isabell. Bogowie odbierają mu całą rodzinę....dlaczego? Poczuł, że wzbiera się w nim ogromna fala złości. Runy stały się żółte, a napisy "Kerd" oraz "Elgereth" teraz prawie oślepiały, a na dodatek dołączył do nich nowy run - "Isabell". - Kto dopuścił się tej zbrodni!? Zabiję go.....obiecuję....w imieniu swoim oraz Xarasa, który tak brutalnie został pozbawiony matki!

- Ale to właśnie Xaras ją zabił. - Imperatorowi aż pióro wypadło z ręki. Jego oczy stały się ogromne. Powiedział z trudem:

- Kłamiesz Młokosie.

- Rith, ja nigdy nie kłamię.

- Są dowody?

- Grent znalazł go nad ciałem Isabell, ze sztyletem w ręce.

- To nie może być prawda! NIE! - ryknął Imperator tak głośno, że woda w szklance się zatrzęsła. - Xaras by tego nie zrobił!

- A jednak. Za dwa dni ma odbyć się jego proces. Ma być publiczny. Pojawi się na nim cały Kernot.

Obwiązany łańcuchami Xaras szedł wolno popychany przez śmiejących się szyderczo strażników. Szybko zebrał się spory tłum gapiów. Na wielkim tronie siedział ubrany w połyskliwe szaty Imperator. Jego runy znów były czarne. Wśród mieszkańców Człowieczny wypatrzył Marca, który ukrył twarz w dłoniach. Coś mówił. Z ruchów jego warg można było wyczytać: "Xaras, jak mogłeś.....".

Gdy podszedł pod tron żołnierze popchnęli go tak mocno, że upadł na twarz. Tłum zaczął się śmiać. Xaras spojrzał Rithowi prosto w oczy.

- Xarasie Cabrio' von Imperios. Zostałeś oskarżony o zabójstwo swojej matki - tłum wydał z siebie okrzyki zdumienia. - Uspokoić się! - zagrzmiał Rith. - Isabelli Cabrio' von Imperios. Czy masz coś na swoją obronę? - Człowieczny  nie odpowiedział nic, lecz ruszył ręką i w powietrzu ukazało się parę runów, które tworzyły wyraz "Ja", co oznacza "tak". Podczas procesów, na których Imperator był sędzią, oskarżony nie mógł się odzywać. Pozwalano mu tylko wypisywać w powietrzu magiczną energią proste wyrazy w Rardinie - języku Cieni.

- Mów. Młokosie - tłumacz gapiom.

- Oczywiście. - przytaknął Młokos. Xaras zaczął "rysować" runy w powietrzu. Młokos popatrzył się na nie z uwagą i odrzekł - Seenen. Koreno nen. Ime gerengen ert. Hm... To oznacza: Widziałem. Opętało ją. Broniłem się.

- Czy to prawda... - odezwał się Imperator. - .....że generał Grent znalazł cię ze sztyletem w ręku nad ciałem matki?

- Ja. Czyli "tak". - przeczytał Młokos.

Rozprawa toczyła się jeszcze przez długi czas. Imperator i jego pomocnicy zadawali pytania, a Xaras odpowiadał. Człowiecznemu przypomniały się słowa Cienia: "Leprin o - uratuję go". On chciał uratować....ale kogo? Mówił, że musi szybko wrócić na Soulsplace...lecz....czyżby? Czyżby Cień z klatki miał uratować Kerda? Xaras uśmiechnął się do siebie. Był przekonany, że jego kuzyn żyje i jest bezpieczny. Teraz tylko czekał na wyrok....

Rith wraz z całym Kernotem wrócił po godzinnych obradach. Wkroczył na wysoki podest, rozbrzmiały fanfary. Rozwinął długi pergamin. Strażnicy popchnęli brudnego Xarasa w stronę Imperatora. Rith patrzył się na Człowiecznego z żalem. Wcale nie chciał odczytywać wyroku. Jednak musiał liczyć się z obowiązującym tu prawem, wobec którego bogacz czy żebrak, karczmarz czy kupiec - wszyscy byli równi. Mówił głośno i wyraźnie, a jego głos potoczył się echem po całym placu:

- Xarasie Cabrio' von Imperios, oskarżony o zabójstwo swojej matki, Isabelli Cabrio' von Imperios. Wielka Rada Etherwind - Kernot uznała cię winnym popełnionej zbrodni. Istnieją jednak okoliczności łagodzące. Zabiłeś tę kobietę, a moją siostrę, w obronie własnej, gdyż była opętana przez demona. Jednakowoż, według twoich zeznań oraz paru Cieni z lasu Szeptów, demon opuścił jej ciało po przebiciu serca. Gdyby jednak udało ci się zabić demona, zostałbyś uniewinniony, ale w takiej sytuacji.... - Xaras opuścił głowę. Jego bujne, brązowe loki zakryły  twarz. - ....jestem zmuszony ogłosić wyrok. Zostaniesz skazany na zdeklasowanie do poziomu Argonów oraz otrzymasz zakaz przebywania na terenie miast i wiosek Imperium Etherwind. Proces Przemiany zostanie wykonany w Wieży Przeznaczenia. - Na te słowa Człowieczny podniósł głowę. Jego orzechowe oczy zrobiły się wielkie z przerażenia. Nie mógł w to uwierzyć. Myślał, że to deklasowanie to tylko jakieś bzdury w papierach urzędowych.....a tu się okazuje.....Wieża Przeznaczenia! Podobno proces Przemiany był gorszy od śmierci. Jak jego własny wujek mógł mu to zrobić....jak mógł....

Człowieczny siedział sam w zimnej, wilgotnej celi. Nie chcieli go zabić. Chociaż on wolałby śmierć. Wieża Przeznaczenia, Wieża Przeznaczenia. Te dwa słowa ciągle słyszał w swojej głowie. Spojrzał na swoje ręce, nogi, odbicie w kałuży.....jutro to wszystko może być już zupełnie inne. Deklasacja do poziomu Argonów.....pewnie wyślą go do jakichś kamieniołomów i będzie harował jak wół do końca życia. Wreszcie poczuje się jak ta klasa robotnicza, z podatków której dotychczas się utrzymywał....

Jak on będzie wyglądał? Co z nim zrobią? Chyba nie przemienią go całego....przecież wtedy na pewno by umarł....Argoni.....Argoni.....Byli to jaszczuroludzie. Dzikie stworzenia. Nawet ich głowy pochodziły od gadów. Xaras nie mógł pojąć, że od jutra nie będzie mówił na siebie Człowieczny...lecz....Argon.

Rano przyszedł po niego Młokos. Chciał, jak to w jego zwyczaju, powiedzieć jakieś "kazanie", ale zdołał wydusić z siebie tylko parę słów:

- Xaras, tak mi przykro.

Wrzucili go do metalowego powozu, zaprzężonego w Shehory. Było w nim zimno i śmierdziało stęchlizną. Droga do Wieży Przeznaczenia była bardzo kamienista, więc Człowiecznym rzucało z boku na bok. Powietrze wlatywało przez małe, zakratowane okienko. Xaras podszedł do niego i patrzył na ten piękny świat, który teraz nie wydawał się taki kolorowy....

Powóz stanął. Drzwi się otworzyły. Skazańca raziły okropnie promienie słońca.....a dzień był pogodny.....

Szedł powoli, obwiązany magiczną energią. Po jego prawicy kroczył Młokos, który wciąż miał spuszczoną głowę i ani razu nie spojrzał na Xarasa. Może się bał? Ci strażnicy wciąż śmiali się szyderczo....

Wieża Przeznaczenia była to ogromna budowla, zbudowana ze starych, ciężkich cegieł. Odstraszała swoją surowością. Nawet zwierzęta bały się do niej podchodzić. Zbudował ją w Erze Wagi znakomity Imperator - Sin Imperios. Chciał, prowadząc w niej brutalne egzekucje, pokazać, że zbrodnia nie popłaca. Nienawidził wszystkich przestępców.

Człowieczny wchodził po schodach na szczyt Wieży. Dla niego było to snem. Nie myślał normalnie. Zmysły odmawiały posłuszeństwa. Słyszał tylko kroki strażników oraz czuł ciepły oddech Młokosa na karku.

W Sali Egzekucji stały różne przyrządy. Zwano je uronometrami. Były różnych kształtów i rozmiarów. Jedne przypominały małe kuleczki, inne natomiast ogromne rzeźby. Jedyną ich wspólną cechą było to, że wszystkie oplecione były jakąś wiązką energii, która prowadziła do wielkiego stołu pośrodku sali. Rozkazano Xarasowi podejść do tzw. Łoża Przeznaczenia. Zdjęto z niego szaty. Nogi i ręce przymocowano mocno do blatu. Z zaciemnionego kąta sali wyłoniły się dwie postacie: Rith oraz jakichś Szlachetny. Nieznana Xarasowi osoba przemówiła:

- Według prawa ustalonego wieki temu przez Władcę Sina, Imperator uczestniczy podczas procesu Przemiany i sam pomaga w egzekucji swoją legendarną mocą Elfów Smoczych Serafinowych. Xarasie Cabrio' von Imperios, czy masz jakieś życzenie przed deklasacją? - a spytał tak spokojnie, że Człowiecznego tylko to zdenerwowało.

- Chcę tylko coś powiedzieć. Kerd żyje. Uratował go Cień z jarmarku.

- Och! Wyborny żart! - zaśmiał się Szlachetny. - Ale trochę nie na miejscu...- dodał ponuro. Rith spuścił oczy. Jeśli byłoby to możliwe, jego runy na skrzydłach zrobiłyby się jeszcze bardziej czarne...- Hm, nie zwlekajmy. Rozpoczniemy proces Przemiany. Główny Egzekutor, czyli ja, zacznę, a Imperator dołączy do mnie we właściwym czasie. Prawda, Rith? - Władca nie odpowiedział, lecz tylko kiwnął twierdząco głową. Szlachetny podwinął rękawy i zacierał ręce...

Ugodził Xarasa pierwszym zaklęciem. Uronometry zaświeciły się. Człowiecznego zapiekła skóra na rękach, nogach, klatce piersiowej. Czuł, jakby wszystkie wnętrzności zmieniały teraz swoje miejsce. O mało nie zwymiotował. Egzekutor wypuścił z rąk magiczną kulę, która wleciała do pępka Xarasa. W okolicach kości ogonowej poczuł straszliwy ból. Coś chciało się z niego wydostać. Nie krzyczał. Nie chciał dać nikomu satysfakcji. Na końcu pleców skóra rozerwała się. Z powstałej dziury wyskoczył obkrwawiony jaszczurzy ogon. Xaras syknął i przymknął powieki. Wolałby umrzeć niż przechodzić te iście tantalowe męki.

Ciało powoli pokrywało się łuskami, które "wyrastały" ze skóry. Palce przekształcały się w pazury, nogi deformowały....Egzekutor raz po raz rzucał kolejnymi zaklęciami. Uronometry prawie oślepiały. Potem do procesu Przemiany włączył się Rith. Szlachetny krzyczał: "Celuj w twarz! W twarz!". W ręce Imperatora zebrało się dużo mocy magicznej. Zakrył oczy dłonią i wycelował. Nie trafił w głowę, lecz gorzej. Prosto w serce. Klatka piersiowa rozerwała się. Ukazała czerwone, bijące serce Xarasa. Egzekutor pochwalił Ritha: "Wspaniale! Jeszcze czegoś takiego nie widziałem! Nawet lepiej, że nie trafiłeś w twarz".

Cały proces trwał grubo ponad cztery godziny. Po jego zakończeniu Xaras został w wieży całkiem sam. Tylko przy bramie czekało parę strażników. Z trudem podniósł się ze stołu. Podszedł do najbliższego uronometru, długiej, żelaznej blaszki. Przejrzał się. Zobaczył jaszczurze ręce, dłonie, nogi, ogon oraz.......serce....Przetarł oczy. Nie mógł uwierzyć. Spróbował wsadzić rękę w dziurę powstałą po zaklęciu Ritha. Niestety, mógł tam włożyć swoją dłoń . Zrozpaczony zbiegł szybko po schodach wieży. Przy bramie złapali go strażnicy i zakuli w kajdany. Xaras zobaczył Imperatora, który wsiadał już na swojego Shehora.

- Rith! Jak mogłeś! - wykrzyczał. Imperator obrócił się. Człowieczny......a teraz raczej Argon.... wskazał na swoje serce. Rith milczał. Zamknął na chwilę oczy, z których wyleciała kropla błękitnej krwi. Xaras padł na kolana i ukrył twarz w dłoniach.

NIE! - ryk, który wydarł się z jego piersi mógłby obudzić umarłego. Spojrzał na swe serce, które teraz bolało jeszcze bardziej...

 
Evolva [ksiondz_lorenzo@o2.pl]

|strona 36|