spis treści | poprzednia strona | następna strona
14 Opowiadanie o energii

     Tęczowe krople delikatnie zabębniły w dach samochodu, zostawiając po sobie drobne, tłustawe plamki. Drzwi auta bezszelestnie odsunęły się do tyłu. Z wnętrza wozu wysunęła się gruba ręka, która w otwartą dłoń złapała kilka kropel deszczu.

- Aaaa! Cholerny deszcz! Przeklęty kwas...

Ręka błyskawicznie schowała się z powrotem. Ze środka samochodu posypały się przekleństwa.

- Karolu! Przestań na litość boską! Ludzie słyszą... - strofował mężczyznę kobiecy głos.

- Jak? W takim deszczu? Przecież nikogo nie ma na ulicy...

Po chwili zamieszanie ucichło. Padający deszcz przybrał nieco na sile. Poboczami stalowo-czarnej jezdni zaczęły spływać strumyczki wody w odcieniach benzyny.

- Będziesz w "Energii" o ile się nie mylę... - zapytała Marta.

- Jak zawsze... - odparł lekko poirytowany męski głos.

- Dobrze więc... Ja najpierw pójdę do drogerii, a później na wyprzedaż do "Zuzanny", podobno mają tam przecudne fartuszki, które...

Karol nie słuchał już dalszej części opowieści o przecudnych fartuszkach i ślicznych sweterkach, tylko cierpliwie czekał, aż jego szanowna małżonka zakończy swój wywód. Kiedy to się w końcu stało spytał tylko ile czasu zajmą jej te zakupy. "Jakieś pół godzinki, może odrobinkę dłużej..." usłyszał w odpowiedzi stwierdzenie rzucone oczywistym tonem. "Niech będzie i ta odrobinka dłużej..." mruknął do siebie pod nosem.

Dwie postacie sprawnie wyskoczyły z samochodu, po czym obydwie udały się truchtem w przeciwne strony ulicy, chowając się przed padającym deszczem pod obszernymi, błękitnymi płaszczami. Wyższa, męska postać odwróciła się jeszcze w biegu i wyciągnąwszy rękę w kierunku wozu nacisnęła przycisk na malutkim pilociku. Drzwi samochodu bezszelestnie zamknęły się, po czym automatyczny strażnik samochodowy dał trzy krótkie sygnały oznaczające uzbrojenie alarmu. Mężczyzna dobiegł do budynku i skrył się pod metalową markizą sklepową, z której zwisał gustowny szyld z eleganckim, stylizowanym napisem "Energia - z nami nie zginiesz". Spojrzał na swoją żonę, która szybkim, damskim truchtem podążała w strugach żrącego deszczu w stronę drogerii. Wzruszył ramionami i pchnął ciężkie, ołowiane drzwi wejściowe.

W korytarzu prowadzącym do sklepu panował lekki półmrok, normalny podczas takiej pogody. Karol odwiesił swój kwasoodporny płaszcz do kabiny neutralizującej, zamknął ją i po chwili z jej wnętrza dobiegł syk pary. Mężczyzna ruszył dalej. Kiedy wszedł do sklepu poczuł przyjemne ciepło bijące z kominka. Sklep "Energia" był jedynym w okolicy, który posiadał prawdziwy kominek opalany drewnem. Co prawda nie zawsze było to drewno - Ludwik, właściciel sklepu często palił w nim innymi rzeczami, lecz tego dnia za grubą szybą piecyka trzaskały drewniane szczapki.

Karol uśmiechnął się i przywitał ze sprzedawcą.

- Ostatnie zakupy przed zimą, co ?- spytał Ludwik puszczając oko do mężczyzny. Doskonale wiedział, że Karol pojawi się u niego jeszcze nie raz, zanim zima przegoni kwaśne jesienne deszcze i zasypie na dobre całą okolicę. Wiedział, że Marta - żona Karola zawsze wyciągała go na odwiedziny po sklepach, kiedy tylko miała do tego okazję.

Mężczyzna pokręcił głową i uśmiechnął się pod nosem. Na dobrą sprawę Karol śmiał się sam z siebie. Zawsze zarzekał się tuż przed zimą, że to ostatni przyjazd do miasteczka, że już są dobrze zaopatrzeni i nie potrzebują tu przyjeżdżać. I każdego roku powtarzało się dokładnie to samo - zanim spadł pierwszy śnieg odwiedzali miasto po kilka, a czasem nawet kilkanaście razy i zwozili do domu mnóstwo niepotrzebnych klamotów, w których gustowała Marta.

- Tym razem na pewno ostatnie! - zarzekał się Karol chichocząc przy tym wesoło i trzęsąc swoim pokaźnym brzuchem.

- Oczywiście... - odparł Ludwik również wpadając w śmiech. - Ostatnim razem wykupiłeś prawię jedną czwartą mojego sklepu, ciekawe czego wam jeszcze brakuje?

Karol mrugnął jednym okiem i strzelił palcami prawej ręki.

- Wiedz przyjacielu, że właśnie uświadomiłem sobie, że jednak kilku rzeczy możemy potrzebować... - stwierdził mężczyzna rozglądając się po półkach i szukając na nich czegoś wzrokiem. - ... Po pierwsze zapasy żywności...

Ludwik zrobił zdziwioną minę.

- Macie już całe tony jedzenia. Po co ci tyle tego żarcia? Po zimie nie przeciśniesz się przez drzwi! - zaśmiał się życzliwie.

- Zapasy nie zaszkodzą... Poza tym sam mi zachwalałeś, że mogą leżeć przez następne piętnaście lat, więc w czym problem? W przyszłym roku kupię mniej! - odparł Karol wyszczerzając lekko przerzedzone już uzębienie.

Sprzedawca pokręcił głową. "W zeszłym roku było zupełnie to samo" westchnął sam do siebie.

Karol zaczął wkładać do koszyka kolejne puszki z modyfikowanymi przetworami, konserwami i innymi przeróżnymi rzeczami. W pierwszej kolejności dno koszyka zajęły puszki z prasowaną szynką, później szybko dołączyły do nich puszki rybne, a po nich przyszedł czas na fasolę w puszce, groszek, kukurydzę i tak dalej...

Przez kilka minut zapełnił prawie cały koszyk, a był dopiero w połowie sklepu.

- Upewnij się, czy masz wszystko, Karolu! - pokrzykiwał do niego co chwilę rozbawiony Ludwik.

Mężczyzna nie reagował na te pokrzykiwania, tylko metodycznie wybierał kolejne artykuły. Skończył pakowanie sproszkowanej żywności i ruszył z wózkiem do kasy. Sprzedawca patrząc na wypełniony po brzegi koszyk pokręcił głową.

- Więcej nie mogłeś nabrać, prawda? - spytał szykując się do skanowania kodów z puszek.

- Owszem, mogłem! - zaśmiał się Karol - Ale nie chciałem ci robić większego kłopotu...

- Jasne...

Sprzedawca zaczął zliczać kolejne artykuły, podczas gdy Karol przypatrywał się czemuś w olbrzymim dziale energetycznym. Wziął coś do ręki i ruszył w kierunku lady sklepowej.

- Podobno ta zima ma być wyjątkowo ciężka, słyszałem jak mówili w radio... - stwierdził głośno Karol.

- Podobno tak... - odparł znad lady Ludwik

- Masz coś wysokowydajnego? Poza tą wzbogacaną ropą i pręcikami uranowymi?

- A co, uran już nie służy twojemu piecowi?

Karol westchnął.

- Służy, służy... Ale męczy mnie przebieranie się w ten kombinezon co dwa, trzy dni, żeby dorzucić do pieca... Wolałbym coś efektywniejszego. Słyszałem coś o paliwie plutonowym...

- No zgadza się... Mam nawet tutaj takie pojemniki. Mam mniejsze i większe. Te małe podobno potrafią grzać nawet do tygodnia czasu... Sam ich jeszcze nie wypróbowałem... A taki mniejszy to właśnie trzymasz w ręku... - zauważył Ludwik.

- Właśnie miałem ciebie o to zapytać ... - odparł Karol. - A gdzie są te większe pojemniki z paliwem plutonowym, Ludwiku? - spytał lawirując między dwudziestopięciolitrowymi beczkami z ropą opałową.

- Są tuż za tobą, po twojej prawej stronie przy... - Ludwik nie zdążył dokończyć, gdy kręcący się w kółko za wskazówkami klient potrącił jedną z beczek. Pojemnik zakołysał się i po chwili z łoskotem uderzył w podłogę sklepu. Przewrócona na bok beczka powoli zaczęła toczyć się w przeciwległą stronę sklepu. Dokładnie w kierunku wesoło trzaskającego kominka. Obydwaj mężczyźni z niedowierzaniem przyglądali się podróży, jaką odbywała beczka. Spojrzeli jednocześnie na siebie i naraz rzucili się w jej kierunku. Zanim Ludwik wygramolił się zza lady - Karol był już prawie przy rozpędzonym pojemniku. W ostatniej chwili poślizgnął się i upadł ciężko na plecy. Beczka tuż przed kominkiem wykręciła i uderzyła w stojący nieopodal filar. Drewniany słup stęknął ciężko i zaskrzypiał. Impet uderzenia wypchnął plastikowy korek i z wnętrza pojemnika chlusnęła ropa. Kolejne porcje wypluwanego przez beczkę płynu rozlewały się po podłodze. Z powstałej kałuży oddzieliła się jedna strużka i wiedziona diabelską ręką zaczęła zmierzać w stronę kominka. Za strużką ropy zaczęła powoli toczyć się nieszczęsna beczka. Ludwik dopadł do niej i najpierw przekręcił ją wylotem w przeciwną stronę, a potem zaczął toczyć pod ścianę. Próbował ją przez chwilę postawić, lecz cała była już oblana śliską ropą. Do sprzedawcy dołączył obolały Karol, wciąż ściskając w dłoni trzylitrowy pojemnik z plutonem. We dwóch z trudem przetoczyli ślizgającą się beczkę pod ścianę. Po chwili zmagań udało im się ją postawić w pionie, zapobiegając dalszym potokom ropy na podłodze sklepu. Mężczyźni opadli ciężko na posadzkę. Karol rozcierał potłuczone plecy, a Ludwik chusteczką zdejmował pot z czoła. Strumyk ropy cieknący od beczki minął drzwi sklepowe i dotarł do kominka, obejmując swymi tłustymi ramionami jego nóżki. Sprzedawca zaczął się podnosić.

- Trzeba to jakoś zebrać. Na całe szczęście kominek jest porządnie zamknięty, inaczej... - nie był jednak w stanie powiedzieć co "inaczej" by się stało. Zatoczył tylko ramieniem łuk pokazując na półki z pakietami plutonowymi, a następnie zrobił ustami cichutkie "pffff" i wskazał palcem ku górze. Na nieszczęście stracił przy tym równowagę, poślizgnął się na rozlanej ropie i opadł tuż obok Karola.

- Jak jakieś pokraki... Łamagi ostatnie - westchnął do przyjaciela i zaśmiał się tłumiąc chichot.

- Mógłbyś odłożyć gdzieś ten pluton, przyjacielu. Jego obecność w plamie ropy wcale mnie nie uspokaja. - stwierdził Ludwik.

Karol spojrzał na pojemnik, który trzymał w ręku. Cały był w ropie, podobnie jak obydwaj mężczyźni. Pluton w ropie, podłoga w ropie, Ludwik w ropie, wszystko w ropie. Mężczyzna położył pojemnik na beczce i powoli wstał.

W tym samym momencie do ich uszu doszedł syk kabiny neutralizującej i stukot damskiego obuwia. Wtórowały mu głośne i niezwykle wesołe krzyki.

- Karolu! Karolu, zobacz co udało mi się kupić! Karolu!

Marta energicznie weszła do sklepu niosąc przed sobą tryumfalnie zdobycze z wyprzedaży. Przestąpiła próg sklepu i następny jej krok wylądował w kałuży rozlanej ropy. Kobieta zachwiała się i rozłożyła ramiona, by nie stracić równowagi i nie upaść. Ramieniem przewróciła przy tym metalowy wieszak stojący obok niej. Złapała w końcu równowagę i odwróciła się w stronę mężczyzn. Obydwaj tkwili przy beczce z szeroko otwartymi ustami i oczami wpatrzonymi w nią tak, jakby nie mogli uwierzyć w to, co widzą.

- No co się tak gapicie? Co tu tak narozwalane? Co się tutaj stało? - zaczęła szybko wypytywać Marta.

Mężczyźni naraz podnieśli ręce wskazując na nią.

- Wieszak... - wystękał Ludwik.

- Kominek... - zawtórował jednocześnie Karol.

- O co wam chodzi, do cholery? - odparła kobieta podążając jednocześnie wzrokiem za tym, na co wskazywali mężczyźni. Kiedy zorientowała się w czym rzecz, było już najzwyczajniej za późno. Dołączyła do grona "zdziwionych ludzi w  sklepie" wybałuszając oczy i szeroko otwierając usta z wtórującym temu cicho jękiem, cichutkim "Ooooooo". Wraz z nią westchnęli obydwajmężczyźni...

 

            Opadający wieszak uderzył mocno w drzwiczki kominka. Ten zachybotał się od uderzenia. Przechylił się do tyłu, a następnie do przodu. Drzwiczki otworzyły się na oścież i z wnętrza pieca, wprost na podłogę posypały się płonące drewniane szczapki. Upadły prosto w kałużę ropy. Oleista ciecz w mgnieniu oka zajęła się żywym ogniem. Ściana płomieni ruszyła przed siebie, przez cały strumień, który rozlał się z beczki. Minęła drzwi i Martę, minęła mężczyzn i wspięła się na beczkę. Ogień otulił pojemnik z plutonem.

Stojący obok i niedowierzający temu wszystkiemu Karol zdążył w momencie wybuchu tylko stęknąć "Echhhh".

Po kilku godzinach gaszenia pożaru grupa gapiów podsunęła się bliżej. Nie zwracali uwagi na żrący deszcz. Stali i z zafascynowaniem wpatrywali się w zielono-błękitne płomienie dogasającego miasteczka. Nieopodal, przy sąsiednim miasteczku, które za sprawą eksplozji również odeszło do historii stała podobna garstka widzów. Eksplozja wymazała z mapy w sumie dwa spore miasteczka oraz pojedyncze gospodarstwa i wszystko, co znajdowało się na powierzchni ziemi w promieniu dwudziestu kilometrów od sklepu "Energia"...

Całe zajście przetrwała jedna tylko rzecz - szyld sklepowy, dumnie głoszący:

 

"Energia
Z nami nie zginiesz!
"

 
Mihaugal [mihaugal@wp.pl]

|strona 34|