spis treści | poprzednia strona | następna strona
13 Odmiana

"jesteś w piekle...

uważaj, bo szukają cię potworni ludzie...

uważaj, bo powoli stajesz się takim, jak oni..."

 

1.     Nie jestem sobie w stanie dokładnie przypomnieć jak się to wszystko zaczęło...

Pamiętam... pamiętam, że przyszedłem tu, do tego szpitala. Chyba miałem kogoś tutaj odwiedzić... Nie wiem już nawet kto to był... Chyba poza tym w ogóle do niego nie trafiłem... A może to była "ona",  a nie "on"?

W każdym bądź razie pamiętam, jak prawie od razu po wejściu do tego szpitala wszędzie naokoło nagle zrobiło się straszne zamieszanie. Kilka grupek lekarzy i pielęgniarek biegało po wszystkich korytarzach i zwoływali wszystkich, którzy byli w budynku. Krzyczeli, że wszyscy musimy natychmiast skierować się do wytyczonych pomieszczeń i dać się zaszczepić. Nie mówili nam co to za szczepionka, ani na co. W ogóle nic nie tłumaczyli. Wszyscy krzyczeli tylko, że nie ma czasu i że musimy się spieszyć. No i mówili jeszcze coś, co wywołało panikę wśród ludzi zebranych w szpitalu. Mówili to wielokrotnie, tak by było to dla wszystkich jasne.

Mówili, że od tego zależy nasze życie...

Jakże się wtedy mylili! Ale z drugiej strony - skąd mogli wtedy o tym wiedzieć...

Razem z jakąś meksykańską parą i ich trójką pulchnych dzieci oraz czterema rosłymi robotnikami, którzy przynieśli do tego szpitala swojego kolegę (miał jakiś wypadek na budowie, chyba urwało mu rękę, czy nogę... nie pamiętam) udaliśmy się do małego pokoiku sąsiadującego z gabinetem zabiegowym. Zaprowadziła nas do niego Susan - pielęgniarka.

Usiadłem do tego szczepienia jako pierwszy, głównie dlatego, żeby pokazać tym trzem wystraszonym dzieciakom, że to nic wielkiego, ale także po to, żeby sobie oszczędzić tego oczekiwania na swoją kolejkę. Podwinąłem lewy rękaw i usiadłem na kozetce. Kiedy oparłem się o łóżko coś ukłuło mnie w prawą dłoń. Podniosłem ją i zerknąłem na zielony materiał, którym było przykryte łóżko. Pod cienkim, zwiniętym prześcieradłem leżało kilka instrumentów lekarskich. Parę skalpeli i tym podobne. Leżały w pokaźnej kałuży powoli zasychającej krwi...

- Siostro... - zacząłem niepewnie wyciągając do niej skaleczoną dłoń.

Pielęgniarka odwróciła się do mnie znad stolika, przy którym przygotowywała strzykawkę ze szczepionką i spojrzała na mnie.

- Susan, mam na imię Susan - odparła i spytała - Teraz to sobie zrobiłeś?

Przytaknąłem i pokazałem jej narzędzia odkrywając prześcieradło. Kobieta spojrzała na nie niespokojnie. Wprawnym ruchem wbiła igłę pod wacik z alkoholem i wcisnęła tłok strzykawki. Niemiłe uczucie szybko wzbierającego nabrzmienia szczepionki pojawiło się w miejscu ukłucia.

- To twoja krew jest na nich? - spytała wskazując na nie ruchem głowy, wyciągając jednocześnie igłę z mojego ramienia.

Wtedy się dopiero zorientowałem, że rzeczywiście były we krwi. Nie była to jednak moja krew...

- Nie, nie moja. - odpowiedziałem kręcąc głową - Tej jest za dużo, a to raczej niewielkie rozcięcie...

Pielęgniarka przytaknęła i zawołał kogoś. Spoglądała co chwilę to na moją dłoń, to na pokrwawione skalpele.

- To po poprzednim pacjencie... - stwierdziła z zażenowaniem, które próbowała ukryć pod uśmiechem, który prawdę mówiąc marnie jej wyszedł.

Susan raz jeszcze, tym razem głośniej zawołała koleżankę o imieniu, którego teraz nawet nie pamiętam. Tamta wpadła do pomieszczenia po chwili, z rozbieganym i przerażonym wzrokiem, trzymając się za krwawiące ramię. Krzyczała coś, żeby uciekać, żeby nie tracić czasu. Jej twarz pokazywała ogromne przerażenie. Dziewczyna zachwiała się miękko na nogach, po czym nieprzytomna osunęła na podłogę. Eva... tak chyba miała na imię - Susan kilkakrotnie krzyknęła wtedy do niej po imieniu. Na pewno Eva. Z korytarzy zaczęły do nas dochodzić dzikie wrzaski, jakby cały szpital nagle zwariował. Pielęgniarka odrzuciła w kąt zużytą strzykawkę i wyjrzała na zewnątrz, zdaje się, że w stronę sal chirurgicznych. Natychmiast schowała się z powrotem i przycisnęła sobą drzwi.

- O Boże... - szepnęła ciężko i spojrzała na nas wielkimi oczami.

- Ccccooo.. ssię, sttt... sttało? - wydukał jeden z robotników.

Susan pokręciła głową i szybko przekręciła zamek w drzwiach. Spojrzała na omdlałą koleżankę. Podeszła do nas bezradnie rozkładając ramiona. Nabierała powietrze i starała się coś powiedzieć, lecz tylko ponownie uwalniała je z płuc wydając z siebie głośne wydechy.

- Zemdlała... Musimy stąd uciekać - powiedziała szybko - musimy... tylko dokąd...

Wszyscy nerwowo spojrzeliśmy po sobie. Na twarzy praktycznie każdego z nas zagościło zdziwienie, które przy wtórze wrzasków z korytarza przerodziło się w strach. Trójka małych dzieci mocno wtuliła się w spódnicę ich matki i ze strachem spoglądała na pozostałych.

- Susan... - zacząłem, lecz pielęgniarka nie reagowała, więc powtórzyłem głośniej - Susan!

Kobieta podniosła głowę i spojrzała na mnie roztargnionym wzrokiem. Chwyciłem ją za rękę.

- Susan, powiedz nam co się tutaj dzieje! - poprosiłem.

Pielęgniarka pokręciła głową i z histerycznym uśmiechem odparła:

- Nie wiem, OK? Po prostu nie umiem w...

Przerwało jej mocne uderzenie w szklane drzwi, przez które Susan przed chwilą wyglądała na korytarz. Natychmiast wszyscy z przerażeniem spojrzeliśmy w ich kierunku. Na mlecznej szybie rozkwitły naraz czerwone plamy, które zostały natychmiast rozmazane czyimiś rękami. To była kobieta. Szlochała i jęczała, błagała, żebyśmy jej pomogli. Za chwilę pojawiły się przy niej inne osoby i chyba... Chyba ją zaatakowały... Najpierw zaczęła mocniej krzyczeć i wołać o pomoc, by po chwili zamilknąć, pozostawiając nas z odgłosami uderzeń, mlaskania i rozrywania. Jeden z robotników, chyba David, ruszył w kierunku drzwi, lecz drugi od razu go powstrzymał chwytając za rękaw kraciastej koszuli.

- Zostaw. Zgłupiałeś, filmów nie oglądasz? - spytał go przyciszonym głosem.

Robotnik zatrzymał się i spojrzał na mnie. Zorientowałem się, że teraz wszyscy na mnie patrzyli.

- Co? - spytałem - O co wam chodzi?

Nie wiedziałem czego ode mnie oczekiwali. Oni najwidoczniej chyba też nie, bo odwrócili naraz wszyscy wzrok. Byliśmy zupełnie zaskoczeni tym, co zdarzyło się w przeciągu ostatnich kilkunastu minut.

Susan na sztywnych nogach ruszyła w stronę drugich drzwi, po przeciwległej stronie gabinetu. Podbiegła do nich i złapała za klamkę.

- Musimy... wyjść... musimy... - mamrotała na wpół do siebie, na wpół do nas.

Odwróciła się do nas ukazując pobladłą twarz.

- Na co czekacie, do kurwy nędzy? - spytała szarpiąc się z klamką - Niech ktoś z was mi pomoże! Chcecie tu tak sterczeć?

Do tego momentu wszyscy byliśmy jak w jakimś otępieniu. Nikt nic nie wiedział, nikt nic nie rozumiał. Kiedy Susan do nas krzyknęła, nagle dotarło do mnie i do innych chyba też, że musimy się ruszyć, inaczej będzie z nami kiepsko.

Jeden z robotników, Steve, ten który przytrzymał chwilę wcześniej swojego kolegę, ruszył w kierunku Susan i przejął od niej klamkę. Przekręcił ją delikatnie i otworzył drzwi. Drugą rękę położył na ramieniu pielęgniarki.

- Spokojnie, siostro... - powiedział półszeptem.

Wszyscy wydawaliśmy z siebie przyciszone dźwięki. Jakbyśmy odruchowo bali się zaalarmować tych zza drzwi, że tu jesteśmy. Zebraliśmy się razem obok drzwi.

- Co tam jest? - zapytała kobieta, matka trójki maluchów uczepionych jej spódnicy.

- Dokąd idziemy, Susan? - spytałem wtórując meksykance.

Pielęgniarka ruszyła przed siebie. Wyjrzała na korytarz najpierw w jedną, później w drugą stronę.

- Wygląda na bezpieczny... - przekazała nam wiadomość - Ten korytarz prowadzi do pokoiku ochrony, ale myślę, że powinniśmy zejść do piwnicy...

Spojrzała na nas z oczekiwaniem. Kilkoro z nas przytaknęło.

- Co się tu dzieje? - Spytał meksykanin obejmując swoją żonę.

Steve spojrzał na niego uważnie.

- Później, stary.. później... - stwierdził, po czym dodał - Na pewno wszyscy chcielibyśmy wiedzieć...

Susan z wdzięcznością spojrzała na robotnika, po czym dodała:

- Piwnica jest zamknięta... Ja mam do niej klucz.. Tutaj... - rzekła wyjmując cały pęk kluczy z kieszeni fartucha - Są tam naprawdę mocne drzwi... nie powinni przez nie się przedostać... tam będzie... bezpieczniej...

Kobieta rzucała półzdaniami, a jednak to co mówiła miało dla nas sens.

- Chodźmy... pójdę pierwsza... - stwierdziła pielęgniarka i zrobiła krok do przodu. Zatrzymała się i odwróciła do nas. Wskazała na Evę, pielęgniarkę leżącą nieopodal kozetki - Zabierzcie ją! Chyba nie chcecie jej tak tutaj zostawić...

Dwóch robotników podniosło z podłogi kobietę, po czym jeden z nich przerzucił ją sobie zwinnym ruchem przez ramię, jakby nic innego w życiu nie robił, tylko przerzucał przez ramię omdlałe pielęgniarki.

Wyszliśmy na korytarz i ruszyliśmy w stronę drzwi, które znajdowały się na jego końcu. Oświetlała je okratowana lampa dająca biało-żółte światło. Korytarz ten wykorzystywany był zapewne do transportu leków i urządzeń medycznych, tak by pozbyć się łażenia z całym zaopatrzeniem szpitala po korytarzach ogólnodostępnych, wśród pacjentów. Za sobą, z pomieszczenia, które właśnie opuściliśmy doszły do nas dźwięki uderzeń. To ludzie po ich drugiej stronie próbowali się przez nie przebić.

- Lepiej się pośpieszmy, te drzwi nie wytrzymają długo... - suchym głosem ponaglił David i kładąc ciężką dłoń na moim ramieniu popchnął mnie przed siebie, pospieszając. Wiedzieliśmy, że miał rację, więc wszyscy przyspieszyliśmy kroku. Kolejny łoskot w szklane drzwi kazał mi spojrzeć za siebie. Na samym końcu szedł meksykanin, przed nim jeden z robotników. Na przedzie szła Susan, za nią Steve i David, po nich ja, za mną robotnik z nieprzytomną pielęgniarką na ramieniu a za nim trójka dzieci przyczepionych do spódnicy swojej matki.

Kiedy ponownie spojrzałem przed siebie zobaczyłem, że Susan była już przy drzwiach i nerwowymi ruchami starała się dopasować klucz do zamka. W końcu udało jej się i mocnym szarpnięciem otworzyła drzwi.

- Teraz w lewo, za pokojem ochrony są drzwi do piwnicy! - krzyknęła za siebie i ruszyła dalej. Jednocześnie z jej krzykiem usłyszałem, jak pękają z głośnym brzękiem szklane drzwi gabinetu.

- Szybciej! - krzyknął ktoś z przodu - Pospieszcie się!

Przepuściłem w drzwiach robotnika z pielęgniarką i ponaglałem meksykankę, ta jednak czekała na swojego męża, który zamykał pochód. Z przerażeniem zobaczyłem, jak z gabinetu wybiegło na korytarz kilkoro ludzi, przynajmniej z daleka wyglądali jak ludzie...

- Chico! - krzyknęła do męża meksykanka - Pospiesz się!

Dalej wszystko działo się w błyskawicznym tempie. "Ludzie", którzy wybiegli za nami błyskawicznie dopadli do meksykanina i zaczęli go szarpać i gryźć! Z przegryzionej szyi mężczyzny chlusnęła fontanna krwi wprost na białą ścianę, zostawiając po sobie czerwoną plamę. Nie mogłem uwierzyć swoim oczom. Cofnąłem się krok do tyłu i natknąłem na Davida równie unieruchomionego, jak ja. Za sobą usłyszałem krzyk:

- Ruszcie tu dupy, mam was tu kurwa wszystkich poprzynosić, czy jak?

To krzyczał robotnik, ten który wcześniej niósł Evę. W kilka sekund znalazł się za nami. Poczułem silne szarpnięcie do tyłu. Moja twarz nagle znalazła się naprzeciwko jego twarzy. Mężczyzna mówił powoli, stanowczo, przez zaciśnięte zęby. W jego oddechu czuć było tytoń.

- Idźcie do Susan. Pomóżcie jej z drzwiami i z tą nieprzytomną babą.

Obydwaj ruszyliśmy do drzwi, przy których z kolejnym zamkiem zmagała się Susan. Z pokoju ochrony wprost na nas nagle wynurzyła się jakaś postać. Obydwaj z Davidem natarliśmy na niego bez chwili zwłoki i przydusiliśmy go do ziemi.

- Zastawcie mnie! - jęczał mężczyzna pod nami - Zostawcie... jestem z ochrony... puśćcie mnie...

Skinąłem głową i wstaliśmy, podnosząc ze sobą ochroniarza. Ten chyba wciąż zaskoczony był naszym atakiem.

- Jestem.. ochroniarzem... zostawcie... - powtarzał nerwowo i otrzepywał swój szaro-błękitny, ochroniarski mundur.

- Nie mamy teraz czasu - rzuciłem - Chodź z nami!

Ruszyliśmy biegiem do Susan i Steve`a, którym udało się sforsować kolejny zamek i właśnie otwierali drzwi.

Z korytarza, którym uciekaliśmy dochodziły wrzaski meksykanki, ale nie tylko. Wraz z nią krzyczeli też jacyś mężczyźni. Słychać też było przeraźliwe dźwięki wydawane przez tych, którzy nas gonili. Przypominały... Coś jakby zwierzęce pomruki, odgłosy mające straszyć wrogów. Podczas gdy robotnicy wciągali nieprzytomną pielęgniarkę do piwnicy, ja trzymałem drzwi i wyglądałem w stronę wrzasków. Bałem się zawołać kogokolwiek z nich. Zaraz też uświadomiłem sobie, że nie znam nawet ich imion. Stałem tak i czekałem. Mijające sekundy wobec dobiegających wrzasków cierpienia i wściekłości, zdawały się trwać całe godziny.

Raptem zza drzwi wyskoczył jeden z robotników i ciągnął za rękę meksykankę, która do spódnicy miała doczepione już tylko jedno dziecko, zdaje się, że to najmłodsze...

- Biegnij! - krzyczał na nią mężczyzna przerażonym głosem. To był ten sam, który jeszcze chwilę temu odciągał mnie i Davida. Kobieta była otępiała, nie mogła nawet się ruszyć. Dawała się ciągnąć za rękę bez żadnego sprzeciwu.

- Pomóżmy im... - szepnąłem, bo zabrakło mi chyba odwagi, by krzyknąć...

Ruszyłem przed siebie na ołowianych nogach, coraz szybciej. Po chwili byłem już przy nich. Złapałem dziecko i podniosłem je na ręce. Maluch wtulił się we mnie i wczepił rączkami tak mocno, że nie musiałem go nawet trzymać. Pobiegłem w stronę drzwi, za którymi mieliśmy być bezpieczni. W środku Susan zapaliła już światło. Stała teraz w drzwiach i czekała na nas, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony. W pewnym momencie, gdy byłem mniej więcej w połowie drogi, jej oczy rozszerzyły się i zasłoniła usta dłonią, tłumiąc krzyk strachu. Obejrzałem się za siebie. Z korytarza wybiegła dwójka naszych prześladowców. Dopiero teraz mogłem im się przyjrzeć, cofając się do piwnicy. Wyglądali okropnie. Ich ubrania były poszarpane, niewiele już zakrywały. Nie miały zresztą już czego zakrywać, bo to było pod nimi zostało także rozszarpane. Ich ręce nosiły ślady nie tyle pogryzienia, co wyrwania fragmentów ciała. Wisiały na nich krwawe strzępy... Ich twarze całe były pokrwawione, w jednej z nich dostrzegłem, że w miejscu oka widniał pusty oczodół, z którego zwisał martwy strzęp ciała. Wyli i jęczeli strasznymi głosami, trzęsąc się przy tym, jak w konwulsjach. Obydwa potwory dopadły robotnika w chwili, gdy ten pchnął przed siebie meksykankę. Szpony zacisnęły się na jego szyi i ramionach. Po chwili dwie szczęki zaczęły odgryzać po kawałku kolejne fragmenty jego ciała. Palce, policzki, uszy... I ten wrzask... Nigdy go nie zapomnę... Krzyki bólu i cierpienia, którym towarzyszyło mlaskanie i pomrukiwanie tych stworów.

Meksykanka pchnięta przez niego potoczyła się w moim kierunku zupełnie bezwładnie. Z mojej lewej strony wyskoczył naraz chyba David. Podbiegł do niej i chwycił ją stanowczym uściskiem w pasie, a następnie uniósł do góry przed sobą.

- Lepiej stąd spieprzajmy, kolego! - krzyknął do mnie. - Nie sądzę, żeby pozostali już do nas dołączyli...

Puściliśmy się pędem w stronę drzwi do piwnicy. Oczywiście o ile pędem można nazwać nasze pokraczne starania. Kiedy dotarliśmy do celu, potwory były raptem kilka metrów za nami. Ktoś wyrwał mi z rąk malca, nawet nie spojrzałem kto to był. Szybko zaczęliśmy ciągnąć stalowe drzwi, które powoli zaczynały się zamykać. Pamiętam, że przemknęła mi wtedy przez głowę jedna myśl: "jak Susan udało się otworzyć te cholerne drzwi? Były strasznie ciężkie...". Za nami były schody prowadzące w dół. Na nich z niepokojem wpatrywały się w nas oczy ochroniarza. Reszta zdążyła zbiec do piwnicy. Szpara w drzwiach pomniejszała się coraz bardziej, zostało jedynie kilka centymetrów, gdy między nimi, a framugą pojawiła się ręka jednego z tych stworzeń, nerwowo szukająca kolejnej ofiary. Ta dłoń złapała mój nadgarstek. Była lodowato zimna i śliska. Cofnąłem swoją rękę wyszarpując ją z uścisku. Drzwi byłyby już zamknięte, gdyby nie ta ręka między nimi. W tym momencie z niespodziewaną pomocą przyszedł nam ochroniarz. Nie wiem skąd, wyciągnął nagle wielki topór strażacki. Jeden z tych, które wiszą razem z wężami gaśniczymi za szybami na każdym piętrze budynków publicznych. Krótkim zamachem spuścił ostrze siekiery na przeszkodę blokującą zamknięcie. Po uderzeniu nie usłyszeliśmy żadnego krzyku. Jakby cios, który w rezultacie oddzielił rękę od jej właściciela, nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Bezrękie ramię wycofało się. Ochroniarz rzucił pod siebie topór i pomógł nam zatrzasnąć drzwi. Usłyszeliśmy tylko dzikie krzyki dochodzące z drugiej strony. Nerwowy uśmiech przebiegł przez twarz mężczyzny w mundurze.

- Ale numer! - skwitował całe zajście ochroniarz.

Zasunęliśmy obydwa rygle i powoli zeszliśmy na dół.

 

2.         Siedzieliśmy wszyscy na podłodze przestronnego pomieszczenia. Wszyscy oparci byliśmy o ścianę. Wszyscy paliliśmy papierosy. Nie wiem skąd się wzięły. Na pewno nie ode mnie. Nie palę. Tym razem zrobiłem jednak wyjątek.

Pomieszczenie, w którym siedzieliśmy było największe ze wszystkich pięciu, które tu były. Było też jakby głównym korytarzem, bardzo przestronnym. W wielu miejscach, głównie pod ścianami rozstawione były kartonowe pudła z zaopatrzenia szpitala. W rogu najbliżej schodów, na takich właśnie kartonach leżała Eva. Po drugiej stronie pomieszczenia, z kciukiem w buzi siedział mały chłopiec, którego niosłem na rękach. Jego matka wymiotowała do reklamówki parę metrów dalej. Przy wciąż nieprzytomnej pielęgniarce klęczała Susan.

- Co z nią? - spytałem rzucając niedopałek na środek pomieszczenia i ocierając drugą ręką czoło z potu. Od zejścia na dół czułem się co najmniej dziwnie. Miałem zawroty głowy i chyba miałem też lekką gorączkę. Starałem się jednak trzymać twardo. Na pewno nie chciałem dać po sobie znać, że coś ze mną jest nie tak. I byłem... głodny...

- A co z tobą? Wcale nie wyglądasz najlepiej... - stwierdził męski głos z przeciwnej strony korytarza.

- Trochę kiepsko się czuję, ale przejdzie mi jak się uspokoję... - odparłem zgodnie z własnymi oczekiwaniami, choć wcale nie czułem, żeby miało tak po prostu przejść...

Susan skończyła zajmować się koleżanką. Podeszła do nas i usiadła obok mnie.

- Pokaż mi teraz tą skaleczoną dłoń - powiedziała do mnie, po czym dodała głośniej - Czy możecie mi dać fajkę?

Odpaliła papierosa i zaczęła oglądać moją rękę.

- Mogę to tylko zabandażować... - stwierdziła trzymając papierosa w ustach. Podczas owijania dłoni bandażem zaczęła powoli mówić.

- Pytałeś o Evę... Nie wiem co się z nią dzieje. To znaczy domyślam się, ale nie jestem pewna... Ona... Ona ma teraz gorączkę i jest prawie zupełnie nieprzytomna. Obawiam się, że te pogryzienia, które ma na ramionach... Że są od tych stworów...

- No to, kurwa ładnie... - wyszeptał z przejęciem David - Teraz pewnie nam powiesz, że niebawem ona zamieni się takiego świra, jak tamte, co?

Kobieta głośno przełknęła ślinę i wymownie spojrzała na robotnika.

- Ja pierdolę... - jęknął mężczyzna - Przecież takie rzeczy dzieją się tylko na filmach! W rzeczywistości nie ma czegoś takiego...

Susan nerwowo pociągnęła papierosa.

- O czym wy mówicie? - spytałem poirytowany tą wymianą myśli między Susan i Davidem.

- Właśnie... - dołączył do mnie Steve - Może byście tak wyjaśnili o co wam chodzi.

- Niczego nie jestem pewna! - pielęgniarka prawie krzyknęła na Davida.

Dłonią, w której trzymała papierosa poprawiła kosmyk swoich ciemnych włosów, który opadł jej na oczy. Trochę dymu dostało jej się do oka, więc potarła je drugą ręką.

- Do publicznej wiadomości nie było chyba nic podawane... Zresztą nie jestem pewna, nie siedzę przecież na okrągło przed telewizorem i nie oglądam wiadomości... W każdym bądź razie od dwóch, czy trzech dni w sąsiednich miastach, w każdym po kolei zaczęły występować dziwne wypadki. Przywożeni do szpitali ludzie byli pogryzieni i poszarpani, jakby zostali zaatakowani przez jakieś dzikie zwierzęta. Oni... Wszyscy umierali w bardzo krótkim czasie. Jednak to, co w ogóle nie dało się wytłumaczyć to, że w kilka minut po zgonie oni... wstawali...

Susan zaczęła się cała trząść.

- Nie chciałam w to wierzyć! - zaczęła do nas krzyczeć - Myślałam, że się mylą! Dostaliśmy te szczepionki i... dzisiaj rano powiedziano nam, że mamy szczepić nimi wszystkich, jak leci... rozumiecie? Wszystkich!

- Ale... po co? - stęknął siedzący obok mnie ochroniarz.

- A skąd ja mam wiedzieć po co? Nie pytałam nikogo "po co?"!!! W każdym bądź razie w chwilę później na oddziale rozpętało się piekło. Jeden z pacjentów... On ugryzł jednego z lekarzy... on... - kobieta schowała głowę w dłoniach.

Wyjąłem spomiędzy jej palców papierosa i zgasiłem go o podłogę.

Susan spojrzała na mnie przestraszona.

-To właśnie ten pacjent był wcześniej na kozetce, na której się skaleczyłeś... - jęknęła cicho.

Wszyscy spojrzeli po sobie starając się zrozumieć o co chodzi.

- Sami widzieliście co się działo... myślicie, że zmyślam? - spytała przytłumionym głosem.

Nikt z nas jej nie odpowiedział. Wszyscy próbowaliśmy przetrawić przekazane nam informacje. Przez długie minuty panowało wśród nas milczenie. Nie mogliśmy nawet spojrzeć sobie w oczy. Słychać było jedynie ciężkie oddechy Evy. Wdech i wydech... Coś tłumiło jej oddech, jakby zaciskało się na jej gardle i powodowało świst wtórujący każdemu wydechowi. W pewnym momencie zrobiło się zupełnie cicho. Po którymś z kolei wdechów nie usłyszeliśmy świstu. Zamiast niego po pomieszczeniu rozniósł się długi syk. Ostatni wydech martwej już pielęgniarki. Spojrzeliśmy zdezorientowani po sobie. Susan podsunęła się do mnie.

- Ona zaraz... - szeptała nerwowo łapiąc mnie za rękaw koszuli.

Spojrzałem na Steve`a. Siedział i patrzył na Evę z otwartą gębą.

- Jezu... zróbcie coś, ona za chwilę wstanie! Wstanie i będzie taka jak tamci! Zróbcie coś!

Nikt z nas nie wiedział o czym mówiła Susan. Gapiliśmy się tylko na nią, jakbyśmy usłyszeli zupełnie niezrozumiały język.

- Pogryzieni przez te stwory umierają w krótkim czasie, a po chwili wstają! Wstają i sami są tacy jak te stworzenia! Ona taka za chwilę będzie!

Ci, którzy byli najbliżej pielęgniarki zaczęli się cofać, by znaleźć się jak najdalej od niej. Meksykanka schowała pod siebie swojego małego synka i zakryła jego głowę ramieniem. Ochroniarz, który siedział obok mnie trzęsącą się ręką wyciągnął z kabury rewolwer i wysunął przed siebie, trzymając go za lufę.

- Czy ktoś z was potrafi strzelać? - spytał głosem, który trząsł się bardziej niż jego dłonie.

Robotnicy spojrzeli na siebie. David zwinnie podniósł się z podłogi i wziął broń od mężczyzny. Otworzył bębenek i zakręcił nim sprawdzając pociski, po czym zatrzasnął rewolwer jednym ruchem, co chwilę spoglądając nerwowo w stronę Evy.

- Ty powinieneś najlepiej z tego strzelać... - zauważył półgłosem.

Ochroniarz przejechał dłonią po swoich jasnych włosach.

- Daj spokój, człowieku, ja się tak trzęsę, że pozabijałbym nas wszystkich, a w nią bym nie trafił! - rzekł rozglądając się po wszystkich usprawiedliwiającym wzrokiem. Nie wiem jak inni, ale ja nie miałem o to do niego żadnych pretensji...

David powolnym krokiem zaczął zbliżać się do martwej pielęgniarki, mocno ściskając rewolwer w dłoni. Zatrzymał się w odległości niecałych czterech metrów od niej. Podniósł broń do góry i wycelował. Wszyscy w oczekiwaniu wstrzymaliśmy nasze oddechy. W życiu dłużej się nie powstrzymywałem, nawet kiedy jako dzieciaki ścigałem się z kumplami który z nas najdłużej wytrzyma pod wodą.

Eva leżała na kartonach, z rozrzuconymi nogami. Tylko na jednej stopie miała szpitalne obuwie, drugi but musiał gdzieś zaginąć, kiedy była tu niesiona. Przez rozerwaną pończochę przeświecała jej blada pięta. Spływająca z pogryzionego ramienia krew wsiąkała w pudło, na którym leżała. Czekaliśmy tak, wpatrując się w pielęgniarkę i w tą plamę na kartonie. Nagle jej stopa poruszyła się. Siedząca przy mnie Susan złapała głośno nerwowy wdech. Stopa Evy poruszyła się po raz kolejny. Po chwili kobieta zaczęła ruszać także ramionami, uderzając przy tym w kartony. Z jej ust doszło do nas rzężenie, ciężkie, momentami bulgoczące.

David odciągnął kurek i dla pewności przytrzymał sobie broń drugą ręką.

- Strzelaj zanim wstanie! - krzyknął ktoś za mną.

David niepewnie spojrzał na nas pytającym wzrokiem. Nie patrzyłem na innych tylko przenosiłem wzrok z Evy na Davida. Kartonowe pudła zajęczały swoimi papierowymi głosami i ciężko stęknęły pod wolno podnoszącą się pielęgniarką. Mężczyzna z rewolwerem zamknął oczy i pociągnął za spust. W pomieszczeniu rozległ się głuchy huk wystrzału. Do moich uszu doszedł natychmiast pisk wywołany hałasem. Przed wstającą pielęgniarką pojawiła się po wystrzale chmura dymu, która szybko zaczęła zanikać. David ponownie odciągnął kurek rewolweru i zastygł. Przez mgłę wystrzału zaczęliśmy dostrzegać Evę, a raczej to, czym się teraz stała. Cała poruszała się jakby mechanicznie, drgając każdym fragmentem ciała, wciąż siedząc na kartonach. Jej twarz poszarzała, podobnie jak białka jej oczu. Za czarnymi źrenicami świeciły mętne, żółtawe tęczówki otoczone krwistymi obwódkami. Z ust wykrzywionych grymasem wściekłości ściekały całe potoki śliny zmieszanej z krwią. Kula wystrzelona przez Davida wyrwała kobiecie kawałek szyi i z tego miejsca drobnymi strużkami, po jej wciąż białym fartuchu ściekała krew. Eva warknęła w stronę robotnika i pochyliła się do przodu, chcąc na niego skoczyć. Kolejny huk wystrzału przeszył powietrze korytarza. Tym razem pocisk uderzył pielęgniarkę w pierś. Siła uderzenia odrzuciła ją do tyłu. Dziewczyna wciąż jednak się ruszała. Niesamowicie szybkimi ruchami zeskoczyła na podłogę. Jej nagły wrzask kazał Davidowi cofnąć się kilka kroków do tyłu. Następny oddany przez niego strzał trafił ofiarę w prawy bok. Cały jej ubiór ściekał już krwią, lecz ona zdawała się nic zupełnie sobie nie robić z pocisków, które słał jej robotnik. Mężczyzna nie czekając na jej reakcję dokładnie wycelował i wystrzelił jej prosto w głowę. Siła przelatującej kuli zabrała ze sobą przynajmniej jedną trzecią twarzy dziewczyny. Bezwładne ciało opadło na podłogę i zamarło w bezruchu.

- O kurwa... - zaczął pomrukiwać przykucnięty za mną ochroniarz.

Susan wbiła swoją twarz w moje ramię i ciężko oddychała. Ja zamknąłem oczy. Nie wiedziałem co teraz mógłbym zrobić poza niepatrzeniem. W kącie popłakiwała meksykanka, zapewne wciąż chowając pod sobą swoje jedyne ocalałe dziecko. David klęknął na podłodze i rzucając niedbale obok siebie rewolwer oparł się na rękach. Steve, drugi ocalały z ucieczki robotnik podszedł do niego ostrożnie.

- Dave? - spytał niepewnym głosem.

Klęczący mężczyzna schował przed nami swoją twarz i zaczął wycierać ją rękawem koszuli. Domyśliłem się, że płakał.

- W porządku, nic mi nie jest... - odparł David powoli podnosząc się z podłogi. Kiedy się do nas odwrócił, nikt nie zwracał uwagi na jego zapłakane oczy, tylko na czerwone plamki krwi, która zrosiła jego twarz po kolejnych strzałach. W pomieszczeniu czuć było gryzący zapach wystrzelonych pocisków.

Mimo, że od momentu ostatniego strzału minęło już kilka ładnych minut wszyscy zastygliśmy w swoich pozach, zszokowani obrazami jakich przed chwilą byliśmy świadkami. David stał z twarzą do nas wlepiając swój wzrok z podłogę. Meksykańska matka zdawała się wiecznie trwać w kącie. Susan wciąż siedziała z twarzą wtuloną w moje ramię. Steve stał przy swoim koledze patrząc na ciało zastrzelonej Evy - potwora. Za mną siedział ochroniarz i kołysząc się do tyłu i do przodu, wciąż powtarzał, jak mantrę przekleństwo, jedyne jakim był w stanie skomentować całe wydarzenie.

 

3.         - Co z nią zrobimy? - spytałem kiedy pierwsze słowa zdołały przejść mi przez gardło. Czułem się coraz gorzej. Moje wnętrzności przelewały się we mnie, powodując okropny ból. Siedziałem pod ścianą trzymając się za brzuch. Mój żołądek ściskał się i rozkurczał naprzemian, domagał się do tego coraz bardziej jakiegoś posiłku. Miałem gorączkę, która powiększała się z każdą upływającą minutą. Kolejne krople zimnego potu spływały po moim karku. Przez cały czas widziałem wzrok ludzi naokoło mnie. Niepewni, wystraszeni. Spoglądali na mnie ukradkiem przypatrując się, jakby szukając w moim wyglądzie zmian. Czułem, że zmiany zachodzą... Jedynie Susan patrzyła na mnie otwarcie. Ona wiedziała, a reszta jedynie się obawiała i snuła domysły.

- Przeniesiemy ją z Davem do jednego z pomieszczeń w końcu korytarza. - stwierdził w odpowiedzi na moje pytanie Steve, jednocześnie kiwając głową do swojego kolegi opartego w przysiadzie o ścianę. Mężczyzna powoli wstał i razem zaczęli zawijać ciało martwej pielęgniarki w folię znalezioną nieopodal. Po kilku minutach wynieśli ją z pomieszczenia, które zajmowaliśmy. Robotnicy wrócili i usiedli niedaleko mnie i Susan. Zapadła cisza. Meksykanka tuliła do siebie małego synka, który zasnął i beztrosko trzymał teraz swojego kciuka w buzi, uciekając w bezpieczne sny. Ochroniarz też zdawał się spać. Mnie ból brzucha wykręcał co chwilę na różne strony. W mojej głowie coraz częściej gościł dziwny szum, który co jakiś czas przeradzał się w szepty, ciche, delikatne... Poczułem na czole zimny dotyk. To Susan przykładała do mojej głowy zwilżoną chusteczkę. Tyle mogła dla mnie zrobić. Nic ponad to. Powoli zaczynałem tracić pełną świadomość. Na kilka sekund odpływałem, jakby w majaczenia. Obraz dookoła mnie rozmywał się i falował, zamieniając ludzi w czerwone plamy, a ich otoczenie w jasnoszare tło.

- Nicholas? - usłyszałem obok siebie. - Nick, trzymaj się...

To była Susan. Opiekowała się mną jak tylko mogła. Kiwnąłem głową. Nie miałem siły, żeby wydusić z siebie jakieś słowo. Czas płynął jakimś dziwnym tempem. Gdy tylko odzyskiwałem świadomość - moi towarzysze znajdowali się coraz to w innych miejscach. Musiały mijać całe godziny, o których nie miałem pojęcia. Za którymś razem, gdy przebudziłem się z tego otępienia, zobaczyłem, że zebrali się nade mną. Wszyscy w przysiadzie przyglądali się mi i kręcili głowami. Od razu dostrzegłem na ich twarzach strach.

- On... też, prawda? - spytał niepewnie ochroniarz.

Susan przytaknęła.

- Cholera! - zaklął jeden z robotników.

- I co robimy?

- A co możemy zrobić?

Mężczyźni spojrzeli po sobie.

- Rozwalimy go... - usłyszałem propozycję któregoś z nich. Coś we mnie drgnęło. Nagły strach kazał mi ścisnąć dłoń Susan. Fala gorąca przelała się w jednej chwili przez moją głowę.

- Zwariowaliście? - krzyknęła Susan.

- A masz lepszy pomysł? - spytał Steve.

Patrzyłem na nich i nie mogłem uwierzyć w to co słyszę.

- Posłuchajcie mnie, minęło już ponad dwanaście godzin, a on dalej jest człowiekiem. Jako jedyny z nas przyjął tę szczepionkę. Ona może działać! Nie rozumiecie tego? Już dawno powinien być... inny, zamienić się w jednego z tych stworów, tymczasem popatrzcie! - powiedziała wskazując na mnie. - Jest taki jak my. Ma gorączkę, ale to może być tylko efekt działania szczepionki na... wirus...

Kobieta rozglądał się po twarzach mężczyzn i czekała na ich reakcje.

- Ona może mieć rację... - zaczął Dave. - Zobaczcie, tamta pielęgniarka już po niecałej godzinie zamieniła się w zom... w potwora, a on rzeczywiście...

Wszyscy trawili słowa Susan i Dave`a. Czekałem na werdykt. Śmierć albo łaska. Powoli powracała do mnie nieświadomość. Czułem, jak swoimi gorącymi dłońmi zaczyna zabierać mnie do siebie. Nasilił się ból żołądka. Zaczynałem dostawać drgawek. Wszystkie moje mięśnie trzęsły się, jakby chciały oddzielić się ode mnie. Tuż przed utratą przytomności dostrzegłem jeszcze jak wszyscy zaczynają przykrywać mnie jakimiś kocami.

Kiedy ponownie odzyskałem świadomość - większość z nich spała. Susan leżała wtulona w moje ramię. Było ciemno. Słyszałem uderzenia w drzwi. Widocznie przez cały czas te stwory wyczuwały naszą obecność. Na środku pomieszczenia dostrzegłem jakąś plamę. Wcześniej jej nie było. Z naprzeciwka wpatrywały się we mnie czyjeś oczy.

- Jak się czujesz? - spytał Dave. To jego oczy świeciły białkami w półmroku.

Spróbowałem wydobyć z siebie głos.

- Bosko... - stęknąłem. W odpowiedzi usłyszałem jego cichy śmiech.

- Trzymaj się...

Skinąłem głową nie zwracając uwagi na to, że bez światła mężczyzna najprawdopodobniej w ogóle tego nie dostrzegł.

- Co to... tam na podłodze? - spytałem cedząc każde słowo.

- Krew. - odparł krótko Dave.

- Czyja?

- Steve`a. Pękła żarówka i Steve chciał ją wymienić. Spadł z drabinki i złamał rękę. Otwarte złamanie. Leży teraz obok mnie. Susan znalazła jakieś środki w jednym z pudeł. Dostał coś przeciwbólowego, a później na sen. Śpi jak niemowlę... Musiałem włazić na tą nieszczęsną drabinkę, mało sam z niej nie zleciałem...

Znowu skinąłem głową. Nie miałem wystarczająco siły by dalej coś mówić.

- Nick... - usłyszałem po chwili głos Dave`a.

- Aha?

- Lepiej, żebyś się trzymał... - rzekł powoli. - Nie chciałbym do ciebie strzelać...

Nie byłem w stanie nic na to odpowiedzieć. Zamknąłem oczy i zdaje się, że płakałem.

Po kilku godzinach spali wszyscy, łącznie z Davem. Słyszałem ich miarowe oddechy. Ich oddechy i ciągłe stukanie do drzwi piwnicy. Omdlenia nie wracały do mnie. Czułem, że coś się ze mną dzieje. Wszystko wokół wydawało się być wyraźniejsze, pomimo braku światła. To dziwne uczucie, bo wyrazistość nie polegała na widzeniu, a bardziej na czuciu, wyczuwaniu obecności innych osób. Widziałem już słabo, prawie przez mgłę, chociaż zawsze miałem idealny wzrok, nawet w ciemnościach. Czułem zapach ich oddechów i... czułem coś jeszcze. Słodki zapach, od którego robiłem się głodny. Nie mogłem skojarzyć go z żadnym z zapachów, jakie znam. Podniosłem głowę do góry i zacząłem delikatnie wciągać powietrze w nozdrza. Wszystkie zapachy były takie wyraźne, że niemal mogłem je widzieć, dotknąć. I ten jeden... Ten najwyraźniejszy, najmilszy... Ostrożnie zsunąłem głowę Susan ze swojego ramienia i pochyliłem się do przodu. Ból w brzuchu na moment mnie zatrzymał. Postanowiłem jednak go przemóc i opadłem na ramiona. Na czworaka wyczołgałem się na środek pomieszczenia. Podążałem za zapachem. Nęcił mnie i zwodził. Jego źródło było gdzieś blisko. Musiało być tuż obok mnie. Rozejrzałem się wokół siebie. To gdzieś po mojej prawej stronie. Po kilkunastu centymetrach był coraz bardziej wyraźny. W końcu znalazłem miejsce skąd dochodził. Owładnął moją głową. Moje mięśnie ponownie zatrzęsły się i tracąc w nich siły upadłem na twarz, wprost w słodki zapach. Zamknąłem oczy i zanurzyłem się w nim. Mile łechtał mój umysł. Zaspokajał mnie. Chyba nawet dodawał mi sił, chociaż i tak czułem, że jestem tragicznie wręcz słaby. Kręciłem głową na boki i upajałem się słodkim aromatem. Była w nim cała moja twarz i całe dłonie. Chciałem być w nim dokładnie cały. Skąpać się w nim i sycić przez cały czas. W takim stanie odpłynąłem gdzieś poza korytarz piwnicy...

 

4.  W piwnicy nagle rozbłysło światło. Otworzyłem oczy i powoli zacząłem dochodzić do siebie.

- O mój Boże... - usłyszałem nad sobą kobiecy głos.

- Jezu... - zawtórował mu od razu inny, męski.

Pełna świadomość wróciła do mnie w jednej chwili. Jak impuls. Lecz nie była to już ta sama świadomość. Byłem inny. Leżałem pośrodku pomieszczenia. Na twarzy czułem jakąś skorupę. Leżałem w zastygłej i na wpół zaschniętej kałuży...

- Krew... On jest cały we krwi! - krzyknął inny głos gdzieś z końca korytarza. Obejrzałem się w jego kierunku. Pod ścianą stała tam kobieta. Wskazywała na mnie palcem. To była ta meksykanka, ale wyglądała jakoś inaczej... Inaczej pachniała...

- Zabijcie go! - kobieta krzyknęła ponownie.

Odwróciłem się na plecy.

- Nieee... - jęknąłem. - Proszę...

Przede mną stał Dave, chowając za sobą Susan, która patrzyła na mnie okrągłymi oczami. W jego dłoni zobaczyłem rewolwer. Mężczyzna ściskał go nerwowo. Widać było po nim, że nie wie co ma zrobić. Niepewnie wycelował we mnie, by po chwili opuścić rękę.

- Proszę... Dave... - wydukałem z wielkim wysiłkiem.

Jakaś siła blokowała mi gardło, pozbawiała głosu. Z wielkim trudem przychodziło mi składanie dźwięków w słowa. W ustach miałem smak krwi, którą zlizywałem z podłogi. Za mną stanął ochroniarz. Stał na tyle blisko, że poczułem jego zapach. Zapach jego mięsa...

- I tak nie wystrzelisz... - stwierdził ochroniarz wzruszając ramionami. - Nie ma więcej naboi...

- Co ty opowiadasz, człowieku? - spytał Steve biorąc od swojego kolegi broń. - W rewolwerach mieści się pięć pocisków, a padły cztery strzały...

Mężczyzna otworzył bębenek i zajrzał do niego. Zamknął go po chwili i oddał ochroniarzowi.

- A gdzie piąty nabój? - spytał.

- Nie ma... Nie miałem więcej... - odparł mężczyzna z rozbrajającą szczerością.

- Chryste... - dobiegł zza Dave`a głos Susan.

Zapach mięśni ochroniarza zawładnął moim umysłem. Znowu poczułem głód, ale tym razem wiedziałem, co go zaspokoi. Przewróciłem się na brzuch i podczołgałem szybko do mężczyzny. Złapałem go za nogawkę i jeszcze trochę podciągnąłem do niego. Ochroniarz próbował zrobić krok do tyłu, ale złapałem go zbyt mocno. Wbiłem palce w jego łydkę i zacisnąłem mocno. Mężczyzna zawył z przerażeniem. Przewrócił się i upadł na plecy. Najszybciej jak umiałem dopadłem zębami jego łydki i wyrwałem z niej potężny kęs. Usłyszałem dziki wrzask ochroniarza. Przełknąłem pierwszą porcję bez pogryzienia i natychmiast rzuciłem się po druga. Kolejny krzyk rozległ się, gdy wygryzałem następny kęs. Mężczyzna starał się wycofać, desperacko machając rękami i łapiąc po kolei wszystko, co miał obok siebie. Jego mięso było słodkie, przepyszne. Koiło moje podniebienie. Właśnie tego potrzebowałem. Po chwili poczułem bardzo silne uderzenie w tył głowy. Na chwilę mnie zamroczyło. Gdy się ocknąłem poczułem na sobie ogromny ciężar. Nade mną przysiadł jeden z robotników i z całej siły przygniatał mój kark do podłogi. Ktoś wiązał mi na plecach dłonie.

- Nie próbuj się poruszyć... - usłyszałem nad sobą. - Ani drgnij...

Na początku owszem, spróbowałem, ale gdy mocniej przycisnął mnie do podłogi postanowiłem dać za wygraną. Leżałem więc pod tym ciężarem i zbierałem siły. Czułem, że we mnie rosną, więc czekałem, aż będą na tyle duże, by nie przejmować się przytrzymującym mnie osiłkiem. Słyszałem, jak inni biegali dookoła. Szukali czegoś, czym mogliby mnie związać. Któryś z nich krzyczał, że muszą znaleźć coś, żeby mnie zabić. Po kilku minutach postanowiłem ponownie spróbować sił. Napiąłem swoje mięśnie i rzuciłem się pod przygniatającym mnie robotnikiem. Niebywałe - zrobiłem to z taką siłą, że mężczyznę odrzuciło do tyłu.

- Pomóżcie mi! - usłyszałem za sobą jego wystraszony głos. - Sam nie dam rady z utrzymać tego potwora!

Potwora! Dobre sobie... Jeszcze kilkanaście godzin temu byłem szanowanym obywatelem. Dziesiątki ludzi kłaniały mi się mijając mnie na ulicy. Teraz "potwór"... Ponownie ciężar, tym razem dwóch ludzi, przygniótł mnie do podłogi. Na tą siłę byłem zbyt słaby. Zostałem bardzo mocno powiązany fartuchami. Oczywiście w ten sam sposób towarzystwo zaopiekowało się ochroniarzem, którego ugryzłem. Leżeliśmy teraz obydwaj pod ścianą. Zapewne wyglądaliśmy jak mumie. Mały meksykanin kucał skulony w rogu korytarza i przyglądał mi się z wielka uwagą. Poczułem jego zapach. Delikatny... Obnażyłem zęby i warknąłem na niego. Chłopiec krzyknął wystraszony i zakrył twarz dłońmi.

- Zróbcie coś z nim! - krzyknęła matka chłopca.

Tak naprawdę to chciałem, żeby coś zrobili. Nie chciałem zachowywać się w ten sposób. Nie chciałem nikogo krzywdzić. Coś we mnie kazało mi tak robić. Coś z krwi, którą zaraziłem się na tamtym łóżku, gdy skaleczyłem dłoń, coś z tej krwi powodowało, że z ust spływała mi strużka śliny. Jakaś moc sprawiła, że czułem zapach krwi i żywego mięsa. W jakiś sposób pragnąłem obu tych rzeczy. To one potrafiły zaspokoić mój głód, byłem tego pewien. Przemiana sprawiła, że nie umiałem wypowiedzieć żadnego słowa. Próbowałem, lecz z moich ust wydostawały się tylko nieartykułowane dźwięki i warknięcia. Jakbym słyszał dzikie zwierze... Wszystkie moje mięśnie drgały, powodując straszliwy ból...

Chciałem, by w końcu coś ze mną zrobili. By skończyli moje cierpienie. Chciałem krzyknąć do nich "Nie pozwólcie, bym tak się zachowywał... Zabijcie mnie... Nie zapamiętujcie mnie takim, jakiego teraz widzicie!". Naprawdę chciałem tak do nich krzyknąć, lecz kiedy spróbowałem, z mojego gardła wydobył się przeraźliwy wrzask połączony z bulgotaniem. Wszyscy cofnęli się wtedy ode mnie spodziewając się zapewne kolejnego ataku z mojej strony.

"Zabijcie mnie... Skończcie z tym nareszcie..."

 

A teraz... Kiedy przed chwilą spojrzałem w bok, zobaczyłem obok siebie potwora. Minęło zaledwie piętnaście, może dwadzieścia minut. Obok mnie, tak samo skrępowany fartuchami leżał stwór, który ryczał i warczał. Z jego ust wypływały całe litry piany i śliny. Z oczu ciekła krew... To moje dzieło... To ja doprowadziłem ochroniarza do takiego stanu. Spojrzałem przed siebie. Na reszcie znaleźli rozwiązanie. Gdzieś wygrzebali topór strażacki, pewnie ten sam, który wcześniej pomógł nam przy zamykaniu drzwi do tej cholernej piwnicy... Odwróciłem głowę do swojego dzieła. Ochroniarz zdawał się nie widzieć, bądź nie rozumieć co się wokół niego dzieje. U niego przemiana zaszła nadzwyczaj szybko, szybciej niż u tamtej pielęgniarki. Dlaczego ja musiałem się aż tak długo męczyć. Czy to był efekt tej szczepionki? Jeśli tak - to bardzo dziękuję za taka pomoc... Ochroniarz wił się na boki i jęczał. Na mnie nie zwracał uwagi, zupełnie mnie ignorował. Zupełnie też nie przejął się ciosem, który spadł na niego. Topór opadł na jego pierś z głuchym klapnięciem. Ochroniarz tylko wrzasnął wściekle. Dave wyszarpnął ostrze z mężczyzny.

- Głowa! Uderzaj w głowę! - usłyszałem głos wołający zza robotnika.

Dave spojrzał na mnie i na ochroniarza. W jego oczach widać było strach, mnóstwo strachu. Podniósł topór nad głowę i opuścił po chwili do dołu. Ostrze z wielką siła uderzyło w sam środek głowy ochroniarza, rozłupując ją na dwie nieomal równe części. To uderzenie załatwiło sprawę.

Patrzę przed siebie. Na wprost mnie stanął robotnik. Powoli unosi nad głowę wielki, masywny topór, z którego ściekają jeszcze resztki mojego poprzednika. Moje wybawienie nad głową Dave`a. Za chwilę wszystko już się skończy. Nareszcie...

Żałuję tylko, że wciąż zachowała się we mnie pewna przytomność, zdolność odczuwania bólu. Bo co będzie, jeśli Dave nie poradzi sobie ze mną za pierwszym uderzeniem?

 
Mihaugal [mihaugal@wp.pl]

|strona 33|