spis treści | poprzednia strona | następna strona
11 Wieczorna wichura

(... niekończąca się wędrówka przez bezkresne morza... )
Ustka, 8.09.2000 r.

Wieczór był wyjątkowo chłodny, jak na końcówkę lata. Gęste chmury sprawiły, że wcześniej niż zwykle nastała ciemność. Krople deszczu z impetem rozpryskiwały się o asfaltowe podłoże, by coraz to szerszymi strumieniami chciwie zajmować jego powierzchnię. Ciemną szatę wieczoru rozrywały pioruny, zapowiadające niechybne nadejście złowieszczego grzmotu.
Zmarznięty i przemoczony szedł uparcie w kierunku morza. Co chwilę wdeptywał w głębokie kałuże. Podążał walcząc z wiatrem, stale rosnącym w siłę. Stawiając małe kroki zasłaniał twarz dłońmi. Dobrze znając tą część miasta wiedział, że jest już niedaleko. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dzieliło go od miejsca, do którego zmierzał.
Schodząc z ulicy wszedł na teren nadbrzeża. Przytrzymywał się barierki, oddzielającej go od kanału portowego. Cofająca się woda podchodziła do czerwonej linii, której przekroczenie oznaczało rychłe zalanie części nadbrzeża..
Zatrzymał się przy wejściu na molo. Stawiając opór atakowi nawałnicy spoglądał na oblicze wzburzonego morza. W panującym mroku nie był w stanie dostrzec końca mola. Ogromne fale z niewyobrażalną siłą rozbijały się o jego betonową konstrukcję, opadając z ogromną siłą na wybrukowaną powierzchnię.
- Boże, pomóż mi.- powiedział szeptem do samego siebie.
Pokonawszy strach ruszył środkiem mola. Chroniąc głowę przed kolejnym uderzeniami wody morskiej, starał się unikać wysokich fal, zmierzających w kierunku mola. Wiedział, że pod ich naporem mógłby zostać porwany w otchłań morza.
Zaskoczony przez jedną z nich stracił równowagę i upadł na bruk.
-Aaaa! - krzyknął uderzając ramieniem o kamienie.
Masując obolały mięsień wstał pospiesznie. Bez chwili zastanowienia obrał wybrany wcześniej kierunek. Nie zniechęciły go nawet kolejne upadki i masy wody lejącej się wprost na niego.
-Boże, dodaj mi siły - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Dostrzegł zarysy zakończenia mola. Świadomość końca wędrówki sprawiła, że wyraźnie przyspieszył. Na twarzy mężczyzny pojawił się nawet delikatny uśmiech.
-Jeszcze kawałek, kawałek ?Udało się, udało? - wydusił z siebie.
Z trudem wszedł na niewysoki, gruby mur kończący górną część mola. Utrudniały mu to poranione dłonie i poobijane ramiona. Stojąc na murze, przeciwstawiając się szalejącej wichurze, z podziwem spoglądał na wzburzoną powierzchnię morza, której poszczególne części pojawiały się przy blasku piorunów.
- Ha, ha, ha? - śmiał się coraz głośniej.
Ramiona uniósł do góry, twarz zwrócił ku niebu. Gdy ponownie spojrzał przed siebie, jego oczom ukazała się fala, która swym rozmiarem znacznie przewyższała pozostałe. Stanęła przed nim zapowiadając rychły pojedynek. Nie zdążył mrugnąć powiekami, gdy chwyciła go i rzuciła w otchłań morza.
Mężczyzna ostatkami sił próbował utrzymać się na powierzchni. Szargane przez fale ciało przemieszczało się w głąb kanału.
-Ratun? - próbował krzyknąć dławiąc się wodą - Pomocy ?
Jedna z fal rzuciła go w kierunku betonowej konstrukcji mola. Poczuł silne uderzenie w głowę, pod wpływem którego stracił przytomność.


X X X


Mężczyznę obudził potworny ból głowy. Nie otwierając oczu skulił się napinając mięśnie
-Aaa! ? Jezu?.. jak boli?. - krzyknął łapiąc się za głowę, na której zrobiony miał opatrunek.
Ból powoli mijał, był już do zniesienia. Mężczyzna przeszedł do pozycji siedzącej. Wziął głęboki oddech i nie bez obaw otworzył oczy. Miał świadomość, że gdy to uczyni, będzie musiał stawić czoło zaistniałej rzeczywistości. Kolejny dzień!
Ujrzał wszechobecny błękit morskiej wody. Siedział w wiosłowej łódce, daleko od jakiegokolwiek lądu.
-O kurwa? - tego się nie spodziewał.
Nic nie pamiętał. Setki pytań krążyły po jego głowie, nie miał jednak komu ich zadać.
-Gdzie ja jestem? Co tu się dzieje?
Zanurzył dłoń w morskiej wodzie.
-Mokra, zimna? prawdziwa. To nie może być sen.
Zdezorientowany dokładnie obejrzał łódkę. Znajdowały się w niej pojemniki z wodą oraz plastikowe pudełka z żywnością. Przyjrzał się bliżej kołu ratunkowemu, które leżało koło pary wioseł. Na czerwonym płótnie widniał napis "WIECZORNA WICHURA". Boczna półka wypełniona była mapami, które przytrzymywał masywny kompas.
Nadal nic sobie nie przypominał. Pełen obaw spoglądał na otaczającą go bezkresną otchłań morza. Wytężał wzrok z nadzieją, że w oddali dojrzy zarys lądu. W tym momencie po raz kolejny zaatakował silny ból głowy.
-Jezu?.Ja tego nie zniosę?- odruchowo chwycił się za głowę
Ból mijał. Mężczyzna rozluźnił mięśnie i wziął kilka głębokich oddechów.
-Jeżeli to sen, dlaczego to odczuwam. Nie, to nie ma sensu? Sam nie wiem.
Zamknął oczy i policzył do dziecięciu.
-Raz, dwa, trzy? - długo delektował się nadzieją, że gdy ponownie otworzy oczy ujrzy ląd, po którym będzie można stąpać, obudzi się w swoim łóżku zlany potem - Dziesięć.
Niestety, bez zmian. Ostrożnie wstał, by zamocować wiosła. Obojętnie, w którym kierunku - oby do przodu. Gdzieś przecież musi być ląd. Istniała również szansa, że zostanie zauważony przez załogę przepływającego w okolicy statku.
-To ma sens - próbował sam siebie przekonać - to nie jest głupie. Tak, gdzieś będzie ląd. Statek, jacht, cokolwiek?
Dotychczasową ciszę przerwało uderzenie wioseł o wodę. Jedno, drugie, ? łódź zaczęła przemieszczać się przecinając taflę wody.


Boże, jakie to były cudowne dni - każdy z nich mijał pod hasłem wzajemnego szczęścia i miłości. Zaraz po ślubie oboje zamieszkali w niedużym domku. Znajdował się daleko od granicy miasta i głównej drogi, którą przemierzały sznury samochodów.
On malował obrazy oraz pisał opowiadania. Ona zajmowała się ogrodem i wychowywaniem pierworodnego syna.
Piękna kobieta o długich, kasztanowych włosach. Piwne oczy i wiecznie różowe policzki znakomicie ze sobą kontrastowały. Uśmiech niezwykle rzadko znikał z jej twarzy. Pod lekko przylegającymi ubraniami, dyskretnie zarysowywały się kształty kobiecego ciała.
Obrazy znajdowały nabywców, opowiadania szerokie grono wiernych czytelników. W ten sposób uzupełniali rodzinną kasę, której zawartość zaspokajała ich potrzeby.
Syn rozpoczął naukę w pobliskim miasteczku, gdzie codziennie matka zawoziła go samochodem. To właśnie po niej odziedziczył kolor włosów, a rysy twarzy po ojcu. Był wyjątkowo spokojnym dzieckiem, ciekawym otaczającego go świata. Poznawał go podczas codziennych spacerów - po polach i lasach, wzdłuż rzeczki i malutkiego jeziora ze starym, drewnianym pomostem.


Obroty wioseł były coraz to wolniejsze, uderzenia o wodę słabsze. Głód oraz zmęczenie dawały o sobie znać. Częste skurcze żołądka były coraz bardziej uciążliwe. Mężczyzna rozejrzał się po łodzi. Jego wzrok zatrzymał się na pojemnikach z jedzeniem.
-Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?! - zapytał siebie stukając dłonią w czoło.
Zaraz jednak tego pożałował.
-Jezu, jak boli? - syknął.
Po kilku sekundach ból zaczął maleć, by zatrzymać się na natężeniu, do którego mężczyzna zdążył się przyzwyczaić. Ostrożnie odłożył wiosła i chwycił jeden z pojemników z jedzeniem. Oglądał go ze wszystkich stron szukając miejsca, gdzie trzeba nacisnąć. Znalazł małe, lecz dobrze zaznaczone wypuklenie. Nacisnął mocno kciukiem. Pudełko otworzyło się bez problemu.
Nie mógł uwierzyć własnym oczom. W środku były trzy kanapki z wędliną, żółtym serem i świeżą sałatą. Pierwszą z nich zjadł, połykając odgryzione kawałki. Chwyciwszy za ostatnią powstrzymał się by zjeść ją powoli, delektując się każdym kęsem. Owa drobna przyjemność sprawiła, że na moment zapomniał o bólu głowy i fakcie, że znajduje się na środku morza z niewielką szansą na ratunek.
Zamknął pojemnik i położył obok pozostałych. Pełen obaw spojrzał na roztaczający się przed nim bezkres morza. Nadal trudno mu było w to wszystko uwierzyć.
-To musi być sen. Żebym chociaż wiedział jak się tu znalazłem - westchnął.
Nagle dostrzegł dwie ryby płynące niedaleko łodzi. Ich płetwy grzbietowe równo rozcinały płaską powłokę morza. To były delfiny radośnie bawiące się ze sobą. Co pewien czas skakały wysoko do góry, po czym sprawnie opadały tworząc przy tym obfite fontanny. Zabawie i radosnym dźwiękom nie było końca. Beztrosko spędzając czas nie przejmowały się obecnością łodzi, jakby jej nie zauważały.


Dobrze pamiętał, to był piątek. Całodniowa wycieczka do miasta okazała się świetnym pomysłem. Główną atrakcją okazało się oceanarium. Chłopak był wniebowzięty spacerując pomiędzy ogromnymi, oszklonymi zbiornikami wodnymi, w których pływały delfiny. Nie można go było od nich oderwać. Stukał w szybę i machał rękoma chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. Gdy jedna z ryb zaczęła się zbliżać przestraszył się i schował za plecami matki.. Kiedy wychylił głowę, by ponownie spojrzeć na akwarium, widać było jedynie płetwę ogonową oddalającej się ryby. Pomachał dłonią na pożegnanie i pewnym krokiem ruszył przed siebie.
Park wyglądał przepięknie. Słuch subtelnie pieścił wszechobecny śpiew ptaków oraz szum wiatru szalejącego pomiędzy liśćmi drzew.
On i Ona szli wąską dróżką trzymając się za dłonie. Z uśmiechem na twarzy obserwowali niezwykle ożywioną pociechę. Biegała pomiędzy drzewami i krzewami, nie potrafiąc przez dłuższy czas ustać w miejscu. Twarz syna promieniała niczym słońce, którego ciepłe promienie im towarzyszyły.
Morze również okazało się gościnne i przyjazne. Delikatne grzebienie fal ozdabiały jego błękitną szatę. Nisko latające mewy uważnie wypatrywały nieostrożne ryby. Krzykiem dawały znać o narastającym zniecierpliwieniu.
Bardzo szybko powstał okazały zamek z piasku. Dzieciak odważnie bronił go przed złym smokiem oraz oddziałami wroga. Zasłużony w walce został pasowany na rycerza i poślubił księżniczkę.
Zachód słońca był ostatnią atrakcją piątkowej wycieczki. Przytuleni do siebie podziwiali jego kolorową szatę. Wpatrzeni w chmury szukali ukrytych tam obrazów.
-Tak na chłopski rozum, skoro dalej tkwię w tym śnie, to muszę dalej płynąć - mężczyzna usilnie próbował zrozumieć sytuację, w której się znalazł - Płynąc szukam czegoś; coś, ktoś na mnie czeka. Eh, mam nadzieję, że to będzie przebudzenie.
Nie zastanawiając się nad poprzednim kierunkiem, umocował wiosła i ponownie wprawił je w ruch.
Słońce zmierzało ku zachodowi. Niebo przybrało jaskrawe barwy, powłoka morza stopniowo ciemniała. Sprawiło to, że mężczyznę ogarnął niepokój. Wiosłując nerwowo rozglądał się wokoło.
-Idzie noc. Mam spędzić noc na wiosłowej łodzi na środku morza?! -wyrzucił z siebie zdenerwowany - Nie, to jakaś paranoja.
Niespodziewanie dostrzegł coś, co przyprawiło go o szybsze bicie serca. Przez moment patrzył niedowierzając, po czym zerwał się gwałtownie i zaczął machać rękoma. Krzyczał jak najgłośniej potrafił. Śmiał się przeświadczony o rychłej zmianie swego losu. Niestety statek zniknął równie szybko, jak się pojawił. Mężczyzna opuścił ramiona i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w punkt horyzontu, który odebrał mu szansę na ratunek.
-Dlaczego? Za co? może obrałem niewłaściwy kierunek. Kurwa mać! - krzyknął zaciskając pięści.
Usiadł na ławeczce, chowając twarz w ramionach. Zdenerwowanie sprawiło, że ponownie nasilił się ból głowy. Jednak w tym momencie mężczyzna usilnie starał się przezwyciężyć, coś znacznie bardziej dotkliwego - uczucie głębokiego żalu do losu.
-Dlaczego? - zapytał wycierając twarz mokrą od łez.

Siedział w fotelu oglądając wiadomości. Ona stanęła za jego fotelem i zanurzyła dłonie w jego gęstym torsie. Zbliżyła usta do lewego ucha i nieco drżącym głosem powiedziała mu o tym. Przez moment siedział nieruchomo nie odpowiadając, tak jakby niczego nie usłyszał. Następnie delikatnie wyciągnął dłonie żony spod swojej koszuli. Wstał i okrążywszy fotel stanął naprzeciwko niej. Rzucił się na kolana i przyłożywszy ucho do brzucha swej ukochanej nasłuchiwał. Cały czas śmiał się i to coraz głośniej, niczym szaleniec w trakcie kolejnego ataku obłędu. Ona zanurzyła dłonie we włosach mężczyzny, delikatnie je szarpiąc. Na świat patrzyła zza łez szczęścia. Głowę miała zwróconą ku niebu, szczerze dziękując Bogu za długo oczekiwany dar. Nastało dziewięć miesięcy radości i nadziei, planów i postanowień, cierpliwego oczekiwania.
Termin rozwiązania był coraz bliższy. Kobieta nie czuła się zbyt dobrze. Osłabiona, z trudem wstawała z łóżka..
Jednak tego wieczoru jej stan uległ gwałtownemu pogorszeniu. Zaniepokojony mężczyzna wezwał lekarza, który przyjechał już po kilku minutach. Zaprowadził go do pokoju, sam zaś czekał na korytarzu. Nie mogąc ustać w miejscu, przemierzał go wzdłuż i wszerz.
Lekarz wyszedł po godzinie. Z pokoju dobiegało szlochanie żony. Niczego nie musiał mówić, zrobił to za niego wyraz twarzy. Mężczyzna zsunął się po ścianie, usiadł na podłodze i zaczął płakać. W akcie rozpaczy drapał drewnianą posadzkę, potem walił w nią wściekle pięściami. Nie mógł pogodzić się ze swoim losem. Nie rozumiał przyczyny cierpienia. Dlaczego on?! Za co? Za jakie grzechy?



Wiatr stopniowo przybierał na sile. Budzące się ze snu fale zaczęły unosić łódkę do góry, aby ją potem gwałtownie opuszczać. Mężczyzna usiadł w jej środku, trzymając się kurczowo ławeczki. Z czasem zaczęła go zmagać senność. Bujanie łodzi zwiększało uczucie zmęczenia. Na początku starał się z tym walczyć, obawiając się wypadnięcia z łodzi, jednak ostatecznie potrzeba snu zwyciężyła.
Gdy się obudził, słońce było już wysoko nad horyzontem. Morze nadal było niespokojne, niebo zaś pochmurne.
-Wszystko, to dopiero przede mną - czuł intuicyjnie.
W łodzi kołysanej przez fale musiał poruszać się ostrożniej. Opróżnił kolejny pojemnik z kanapkami, do popicia których zużył całą butelkę wody. Usiadł we wnętrzu łodzi i spojrzał na bezkresny błękit morza. Wszędzie woda, nic więcej nie było widać.
- I dokąd teraz podróżniku? - zapytał siebie retorycznie.
Jego wzrok zatrzymał się na mapie oraz kompasie.
-Nie, to bez sensu.
Zniechęcił się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie potrafił zbyt dobrze posługiwać się mapą i kompasem. Miewał z tym problem próbując określić trasę podróży samochodem. Po drugie, byłby w stanie co najwyżej określić strony świata. Bez ustalenia pozycji na mapie, zabieg taki wydawał się nie mieć większego znaczenia.
Ciemne chmury coraz szczelniej pokrywały niebo. Promienie słoneczne z trudem przebijały się przez ich powłokę. Dotąd błękitne morze, przybierało ciemną barwę.
Mężczyzna nerwowo rozglądał się wokoło, dokładnie obserwując horyzont.


Jego czas wypełniały zjazdy, wystawy oraz niezliczone spotkania. Coraz rzadziej bywał w domu, z czasem stał się w nim gościem. W trakcie odbierania wyróżnień i nagród, witany był owacjami na stojąco Bez konsultacji z żoną przeniósł pracownię do centrum miasta, gdzie dysponował pomieszczeniem znacznie większym i kompleksowo wyposażonym przez hojnych sponsorów.
Sporadycznie znajdował czas dla rodziny. Wspólne wyjazdy nad morze czy długie rozmowy przy kominku, stanowiły zamknięty rozdział ich życia. Coraz to większa ilość pieniędzy na koncie stwarzała poczucie dobrobytu i szczęścia, zmierzania wszystkiego we właściwym kierunku.


Pogodził się z tym, że sam będzie musiał stawić czoło żywiołowi. Przysunął do siebie koło ratunkowe. Przez dłuższą chwilę szukał jak najbardziej wygodnej pozycji, pozwalającej jednocześnie na zaparcie się rękoma i nogami o burty łodzi.
Siedząc wewnątrz łodzi widział złowieszcze chmury na niebie i uderzające coraz bliżej pioruny. Zaskoczony pierwszym atakiem silniejszej fali uderzył o burtę łodzi. Świadomy zagrożenia szybko powrócił do poprzedniej pozycji, tym razem silnie zapierając się nogami i rękoma. To pozwoliło mu na utrzymanie równowagi w trakcie kolejnego uderzenia. Ciałem starał się balansować miotaną przez fale łodzią.
-Co jest?! Nie stać ciebie na więcej?!
Łódź coraz bardziej przechylała się na boki. Nabierała coraz więcej wody. Większość pojemników z żywnością i napojem znalazła się za burtą. Pioruny uderzały tuż obok łodzi. Mężczyzna czuł, że zbyt długo nie wytrzyma. Napięte do granic wytrzymałości mięśnie stopniowo odmawiały mu posłuszeństwa.
Zwiększająca się ilość wody w łodzi zadecydowała o zmianie taktyki walki. Mężczyzna chwycił opróżniony pojemnik po żywności i zaczął nim wylewać wodę. Klęcząc starał się robić to jak najszybciej, mając poważny problem z utrzymaniem równowagi. Boleśnie odczuwał uderzenia o burtę łodzi., które starał się amortyzować.


Zebrania, spotkania, zjazdy. Wszystkie tego typu imprezy łączyło jedno - alkohol, który lał się strumieniami. Odmówić nie wypadało, a i czasem należało odwzajemnić gościnę. Idealnym miejscem ku temu była pracownia w mieście, gdzie spontaniczne powstające pomysły można było niezwłocznie utrwalić. Powstawały pierwsze dzieła stworzone w stanie zamroczenia alkoholowego.
Kobieta nie była w stanie przyglądać się temu wszystkiemu obojętnie. Delikatne uwagi zastępowała krzykiem, zaś próby rozmowy - awanturami. Nie zanikała w niej gotowość wybaczenia, zapomnienia i dawania kolejnej szansy.


Mężczyzna nie nadążał z wybieraniem wody z łodzi. Obolałe mięśnie i skostniałe od zimna dłonie utrudniały mu to zadanie. Jeszcze jeden pojemnik, jeszcze jeden?
-Kurwa jego pierdolona mać! - przeklął wrzucając pojemnik w otchłań morza - O co w tym wszystkim chodzi?! - krzyknął unosząc prawą rękę ku górze - Dobrze się bawisz?!
W tym właśnie momencie uderzyła kolejna fala, która z impetem przeleciała przez łódź. Zaskoczony mężczyzna stracił równowagę i wypadł za burtę. W ostatniej chwili chwycił się kurczowo łodzi, co uratowało go przed porwaniem w otchłań żywiołu. Resztkami sił podciągnął się i w wszedł do łodzi.
-Jezu, ja jeszcze żyje - nie mógł uwierzyć w to, co się przed chwilą stało.
Trząsł się cały ze strachu i zimna. Wyczerpany usiadł opierając się o bok łodzi. Obojętnie spoglądał na nie kończące się szeregi nadciągających fal. Nadchodziły z miejsca, gdzie niebo pokryte złowieszczymi chmurami łączyło się z szalejącym morzem. Błyskawice niczym bicze popędzały spienione bałwany.


Wielu ludzi odwiedzało pracownię - pojedynczo lub grupami, oficjalnie lub prywatnie, mężczyźni i kobiety. Przychodziły w najmniej spodziewanych momentach, niezapowiedziane i zawsze same. Podziwiały obrazy chaotycznie rozwieszone na ścianach. Delikatnie i powoli kartkowały rękopisy opowiadań, które asystentka zatrudniona w wydawnictwie przepisywała na komputerze. Następnie całą swą uwagę skupiały na artyście. Pochwałom oraz serdecznym uśmiechom nie było końca. Pierwsze niby przypadkowe dotyki, coraz bliższy kontakt ze źródłem uwodzicielskiego zapachu perfum i ... bariera- wyraźny opór mężczyzny. Przeszkoda w drodze do wyznaczonego celu. Zniechęcone odchodziły, jednak nie na długo. Powracały śmielsze i bardziej bezpośrednie. Nie przejmowały się sprzeciwem artysty, który zresztą był coraz słabszy. Dotychczasowa barykada stawała się coraz mniejsza, aż całkowicie zanikła. Pożądanie przejęło całkowitą kontrolę nad umysłem i ciałem mężczyzny.
Dłonie błądziły po całym ciele. Ubranie zdejmowane były w pośpiechu i rozrzucane po całej pracowni. Dwa nagie ciała badały nawzajem najskrytsze swoje zakamarki, by ostatecznie zjednoczyć się i kontynuować to w najrozmaitszych pozycjach. Akt współżycia nawet na moment nie tracił swej dzikości, przybierając perwersyjny charakter. I tak do samego końca - uczucia spełnienia przenikającego spocone ciało.
Zostawiały go nagiego, leżącego na podłodze. Mężczyzna usilnie starał się tłumić w sobie wyrzuty sumienia. Prowadził walkę z własnym umysłem - w pracowni tworząc, prowadząc samochód, w łóżku kochając się z żoną. Walczył z ogniem unicestwiającym swą niszczycielską mocą jego umysł. Do czasu kiedy one znowu przychodziły - wówczas ogień znikał równie gwałtownie jak się pojawiał


Pod wpływem naporu kolejnej fali uderzył głową o łódź. Opatrunek na głowie gwałtownie przybierał czerwony kolor.
Gdy się ocknął, leżał zanurzony w wypełniającej łódź wodzie. Nie miał siły jej wybierać. Z trudem podciągnął się chwytając kurczowo burtę łodzi. Pochyliwszy głowę zauważył, że koszulę ma poplamioną krwią.
-Jak długo to może trwać - wycedził przez zaciśnięte zęby - Kiedy nastąpi koniec?jakikolwiek.


Czasami przenosił warsztat pracy do domu pozostając w nim przez kilka tygodni. Podsycało to ogień nadziei u czekającej żony. Nadziei na powrót do tamtych wspaniałych lat i chwil. Okazało się jednak, że narzędziami pracy mężczyzny nie były już tylko farby, pędzle oraz długopisy .
Każdego kolejnego dnia pracownia bogatsza była o opróżnioną butelkę, rzuconą pod ścianę. Tam jadł, pił i sypiał. O zapasie alkoholu pomyślał wcześniej. Jedzenie przynosiła mu żona, kładąc tacę pod drzwiami . Nie miała prawa wstępu do pracowni - tak rzekł on i tak podpowiadał jej umysł, którym zawładnął strach..
Pewnego ranka stanęła trzymając tacę z jedzeniem przed drzwiami do pracowni. Postawiła ją na podłodze, lecz zamiast oddalić się niezwłocznie, postanowiła wejść do środka. Drzwi były otwarte.
Poczuła wszechobecny zapach alkoholu, farb i rozpuszczalnika. Butelki tworzyły ścieżkę prowadzącą do kanapy, na której leżał mężczyzna. Spojrzała na niego po raz pierwszy od kilku dni. Miał na sobie pogniecioną i pobrudzoną farbę koszulę, twarz pokryta była szorstkim zarostem. Przetłuszczone włosy kleiły się do skóry.
Kobieta podeszła do kanapy i usiadła na jej brzegu. Poczuła nieprzyjemny zapach potu i alkoholu. Po jej policzkach spłynęły strumienie łez.
-Boże, jak ja ciebie kocham - powiedziała szeptem.
Chciała dotknąć jego twarz, gdy niespodziewanie otworzył oczy. Spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem, by następnie zerwać się z kanapy. Potknąwszy się o butelkę stracił równowagę i upadł na podłogę.
-Co się z tobą dzieje? Czemu?czemu zrobiłeś z siebie coś takiego.
Nie odpowiedział .Próbował skupić błędny wzrok na twarzy kobiety.
-Czy ty mnie jeszcze kochasz? - długo zbierała w sobie odwagę, by zadać to pytanie - Czy ty coś do mnie czujesz? Odpowiedz!
Po kilku minutach oczekiwania wybiegła z pracowni, trzaskając za sobą drzwiami.


Oczom mężczyzny ukazał się kolejny przeciwnik. Nadchodząca fala pędziła niczym dowódca na czele oddziału, nieustannie rosnąc w swej wielkości. Patrzył na nią z podziwem, oczekując tego co nieuchronne. Tym razem nie zamierzał stawiać jakiegokolwiek oporu. Rozluźnił mięśnie, usiadł wygodnie w łodzi. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
-Nareszcie - szepnął - nadchodzi.


Chłopak oglądał telewizję, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Nie zareagował wiedząc, że za chwilę zbiegnie ojciec , nerwowymi ruchami otworzy drzwi i czule przywita nieznajomą kobietę. Tak też się stało.
Program skończył się o zwykłej porze. W pokoju na piętrze czekała jeszcze jedna praca domowa do odrobienia. Idąc tam przechodził obok pracowni ojca. Bardzo dobrze znał dochodzące stamtąd dźwięki i nie wzbudzały w nim zainteresowania. Wręcz przeciwnie - w chłopcu zaczęła narastać złość. Jęki kobiety były głośniejsze i częstsze.
-Tak, tak?jeszcze! - krzyczała - Już blisko!
Chłopak nie wytrzymał. Odwrócił się, zbiegł schodami na dół., by następnie pobiec w kierunku jeziora. Wszedł na pomost, skąd często obserwowało zachodzące słońce. Czerwień nieba niczym pochodnia chroniła wszechobecną zieleń i błękitną taflę stawu przed rozprzestrzeniającą się czernią.
Mężczyzna zauważył światło reflektorów podjeżdżającego pod dom samochodu. Przestraszony zsunął z siebie nagą kobietę, która w alkoholowym amoku śpiewała coś pod nosem..
-O kurwa - przeklął widząc z okna samochód żony - Powinna być dopiero za dwie godziny.
Ogarnęła go panika. Po krótkim namyśle postanowił poczekać na rozwój akcji. Być może czegoś zapomniała.
-Farba! - pomyślał - poproszę, żeby dokupiła farbę.
Pospiesznie założył spodnie, zapominając o bieliźnie, i zarzucił na siebie pogniecioną koszulę. Wbiegł na schody. Wówczas natknął się wzrokiem na żonę stojącą na środku pokoju. Schodził powolnym krokiem nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczył.
-O mój Boże? - szepnął - Tylko nie to.
Szalejący po mieszkaniu wiatr miotał włosami kobiety. Ubranie miała przemoczone i oblepione błotem, chociaż na zewnątrz nie spadła kropla deszcz. Stała chwiejnie, trzymając na rękach syna. On również miał przemoczone i ubrudzone błotem ubranie, jednak jego oczy były zamknięte, usta sine. Kończyny bezwładnie zwisały.
Położyła delikatnie zwłoki syna na podłodze i poszła do góry. Powoli zdobywała każdy kolejny stopień, by ostatecznie zamknąć się w łazience.
Mężczyzna stał nieruchomo przy zwłokach. Sparaliżowany szokiem umysł nie był w stanie zareagować w jakikolwiek sposób." To musi być sen. Przecież, to nie może dziać się naprawdę. Ona miała wrócić za dwie godziny!" - wmawiał sobie.
Grobową ciszę przerwał krzyk kobiety, która okryta prześcieradłem wyszła z pracowni . Szerokim kołem ominęła ciało leżącego przy schodach i pobiegła w kierunku wyjścia. Nie zauważyła nawet, że potknąwszy się o próg upuściła prześcieradło.
Mężczyzna nie odrywał wzroku od twarzy syna. Jego sine usta krzyczały, jednak niesłyszalnym głosem. Napięte mięśnie ciała podkreślały gniew, który już teraz nie miał najmniejszego znaczenia..
Mężczyzna zaczął się cofać. Idąc tyłem nie odrywał wzroku od twarzy martwego dziecka.
-Nie, to nie może być prawda - wmawiał sobie.
Nagle poczuł coś wilgotnego pod stopami. Odruchowo spojrzał na schody i jego oczom ukazał się strumień czerwonej wody.
-Nie! Tylko nie to! Błagam!!!
Pobiegł szybko do góry, w kierunku jego źródła. Drzwi zamknięte były od środka. Ustąpiły dopiero po trzecim kopnięciu. Otwierając się gwałtownie ukazały swą przerażającą tajemnicę.
Do wanny, w której leżała kobieta, obficie lała się woda.. Ze swobodnie opuszczonej ręki spływały ostatnie krople krwi, które łączyły się z krystalicznie czystą wodą wylewającą się z wanny.
-Nie, nie?to nie może być prawda. To tylko sen?
Nie mógł oderwać wzroku od miejsca, gdzie krew łączyła się z wodą. Cofając się deptał po powstającej w ten sposób ogromnej kałuży, której nie można było ominąć. Wypełniała łazienkę, piętro i spływała schodami ekspansywnie zdobywając nowe tereny. Ten los nie ominął zwłok chłopca leżących tuż przy ostatnim stopniu. Wąski strumień czerwonej cieczy spływał wprost na jego usta..
Mężczyzna wsiadł do samochodu żony, zaparkowanego przed domem. Kluczyki były w stacyjce. Zaczął padać ulewny deszcz. Pomimo zapalonych świateł widoczność była minimalna.
Zatrzymał samochód na ulicy poprowadzonej przy samym porcie. Idąc w dół mijał zniszczone przez czas kamienice. Szedł walcząc z silnym wiatrem. Słyszał jedynie ryk wzburzonego morza.



Początek: godz. 23.00, 3.XI 2000 r.
Koniec: godz.21.00, 15.III 2001r.
Poprawione: 8.01.2006 r

 
Piotr Piątak [ppiatak@wp.pl]

|strona 31|