spis treści | poprzednia strona | następna strona
19 Atak

Czwartek 17.05. godz. 7:02

Słoneczny dzień wstawał coraz raźniej nad niewielkim miastem gdy czwórka zaprzyjaźnionych drugoklasistów okolicznego liceum szła razem w stronę szkoły. Jedna dziewczyna, trzech chłopaków. Marta, Krystian, Radek i Rafał. Nie chodzili do jednej klasy. W zasadzie każdy do innej. Marta, uczennica biochemu, raźno kroczyła obok trójki kolegów, do spółki z Krystianem (gastronomiczny) wieszając psy na znienawidzonej przez wszystkich nauczycielce chemii. Radek z kolei, fanatyk elektroniki, do matinfu uczęszczający, referował Rafałowi z humanistycznego budowę jakichś układów scalonych. Sam Rafał starał się uprzejmie udawać, że go to choć trochę interesuje.
-Próbowałeś kiedyś złożyć tranzystor? Wiesz jakie to skomplikowane? - dopytywał się z jaśniejącymi oczyma Radek.
-Nie wątpię. Ale to nie dla mnie. Gdzie ty mi tu o tranzystorach, jak ja nic z tego i tak nie rozumiem? Człowieku! Mi to możesz o "Panu Tadeuszu" opowiedzieć, bo mam dzisiaj sprawdzian, a ze znajomością tekstu, tak sobie.
Starający się udawać znajomość całej literatury polskiej Radek, zaczął opowiadać jak to ksiądz Robak zabił Gerwazego, czym Rafała zupełnie zbił z tropu.
Nie minęło dziesięć minut, gdy wkroczyli w dobrze już sobie znane tereny szkolne. Ekipa monterów babrała się w elektrycznej skrzynce na słupie, czemu Radek przypatrzył się przez chwilę z lubością. Przy wejściu spotkał część swojej klasy i został już z nią, umawiając się jeszcze z Krystianem na spotkanie w barze o siedemnastej, po czym pozostała trójka ruszyła w szkolne mury. Krystian wkrótce skręcił w prawo, w kierunku części szkoły, gdzie znajdowały się klasy związane z nauczaniem przedmiotów ścisłych, natomiast Marta i Rafał udali się razem w kierunku sali gimnastycznej, gdzie mięli mieć razem lekcję wuefu. Upychanie dwóch klas naraz na sali wynikało, jak właściwie w każdej publicznej szkole, z wyżu demograficznego.
-Ile masz dzisiaj? - spytał Rafał Martę.
-Siedem. Kończę o drugiej. Po co pytasz skoro wiesz?
-No przecież na pamięć się chyba nie uczę twojego planu, nie?
-Nie zmienił się od sześciu miesięcy. Szkoda, bo syfny. Pomyśleć tylko, że z tych siedmiu lekcji, dwie to chemia. Pociąć się tylko. - wykonała gest mający na celu zaprezentowanie w jaki sposób ma zamiar tego dokonać.
-No to po co poszłaś na ten profil? Nikt cię przecież nie zmuszał.
-Poszłam, bo w gimnazjum chemia była prosta i fajna. Lubiłam i przedmiot i babkę. Nie taka jak ta... jędza tutaj. - warknęła z rozgoryczeniem.
-No fakt, fakt. - Rafał świetnie rozumiał koleżankę, bowiem, jakkolwiek był uczniem klasy humanistycznej, to było to liceum ogólnokształcące i tę jedną godzinę chemii musiał tygodniowo przecierpieć. - Dobra, zobaczymy się na lekcji, bo teraz muszę zerżnąć zadanie.
Marta uśmiechnęła się, ale nie wypomniała Rafałowi lenistwa, jak to zwykle czyniła. Wiedziała doskonale, że nie ma to sensu, zważywszy iż robiła to nieprzerwanie od czasu gdy się poznali, czyli od połowy podstawówki, a wyniki jej napominania były jak na razie żadne. Postanowiła więc sobie tym razem odpuścić. Pomyślała jednak, wchodząc na salę, że może przed maturą mu się odmieni.

Godz. 7:44, szkoła - sala polonistyczna.

-Jak to nie wiesz!? - wydarła się polonistka - A wiesz chociaż jaką masz sytuację z polskiego!? Został niecały miesiąc nauki. Jak na razie, to ja tu widzę niedostateczny. Siadaj.
Radek przeszedł do swojej ławki z wściekłą miną. Faktycznie nie układało mu się najlepiej z polaka. Cztery pały, dwa dopce i trója. Niezbyt imponująco, ale mogło być gorzej. W ten sposób zawsze się pocieszał. "Mogło być gorzej..." zawsze stanowiło dogodne wytłumaczenie wobec samego siebie.
Że też mnie szmata musiała zapytać akurat z "Pana Tadeusza", rozmyślał. Przecież jak opowiadałem Rafałowi to pokiwał głową! A ja myślałem, że to z uznania nad moją wiedzą. F u c k!

Godz. 7:47, szkoła - sala fizyczna.

Krystian usiadł z zadowoloną miną na krześle. Tradycyjnie z fizyki szło mu niezgorzej. Może kiedyś jej nawet nie lubił, ale teraz fajna nauczycielka odmieniła nieco jego stosunek do przedmiotu.
Spoko, czwóreczka do kolekcji, oby tak dalej, oby tak dalej, a skończę z "dobrym" na świadectwie. Tylko żebym w samouwielbienie nie popadł.
Klasowa omnibuska pokazała Krystianowi podniesiony do góry kciuk, na co odpowiedział promiennym uśmiechem.

Godz. 7:55, szkoła - sala gimnastyczna.

Andrzej, pośpiesz się! Tomek, to samo! Rafał, ty to nawet nie mówię! Wleczesz się, jakbyś jeszcze spał!!! - darł się wuefista Pomski wniebogłosy. A Rafał tradycyjnie się nie przejmował. Przyśpieszył na chwilę bieg, żeby się upierdliwiec odwalił, po czym wrócił do własnego, spokojnego tempa, w myśl swojej zasady, by się nie przemęczać, jeśli nie ma potrzeby.
Na drugiej połowie sali, klasa biologiczno-chemiczna robiła brzuszki równie niemrawo, jak biegał human. Różnica poległa na tym, że ich profesorka się tym specjalnie nie przejmowała, najwyraźniej rozumiejąc poranną ospałość i dając zły przykład poprzez obfite ziewanie.
-Rafał i Marek, weźcie, rozciągnijcie siatkę. Strzelicie sobie krótkiego meczyka na klasę pani profesor Rogowiec.
Po trzech minutach grali już z podobnym zaangażowaniem jak w niedawnych ćwiczeniach. Marta i Rafał wymienili ironiczne spojrzenia wskazując sobie wzrokiem wściekłego ich obijactwem profesora Pomskiego.

Godz. 8:18, dziedziniec szkolny, przed głównym wejściem.

-Daj sobie, chwilowo chociaż, spokój z budową rezystorów i innych pierdół, a zajmij się czytaniem, bo sobie siądziesz. - Rafał próbował przemówić do rozsądku Radkowi.
-A tam. Dam se radę, jeszcze zobaczysz. Skończę spokojnie z dopalaczem... a może z trójczyną jak się postaram...
Rafał wzniósł oczy do nieba. Razem z Radkiem wyszli choć na pięciominutową przerwę na pole, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Martę gdzieś wcięło, podobnie jak Krystiana. Radek wyraził przypuszczenie, że może spisują gdzieś zadanie. Albo raczej piszą sami, żeby mieć czyste sumienie.
Jeszcze gdy rechotali oboje z tej hipotezy, okno na drugim piętrze rozpadło się z brzękiem i wyleciała z niego z przeraźliwym wrzaskiem profesor Rogowiec, rozbijając głowę o asfaltowe podłoże dziedzińca. Natychmiast zaległa cisza jak makiem zasiał. Zaskoczenie wszystkich było tak wielkie, że nikt się nie poruszył przez pierwsze pięć sekund po zdarzeniu. Następnym dźwiękiem, był długi, cienki, spazmatyczny krzyk którejś z stojących obok roztrzaskanych zwłok dziewczyn. A kolejnym odgłos padającego ciężko ciała. Ta sama dziewczyna, która przed momentem krzyknęła, zemdlona padła prosto na drgającego trupa nauczycielki. Po chwili w oknie z którego wypadła profesor Rogowiec, rozległy się strzały z jakiejś automatycznej broni, a w ślad za profesor Rogowiec, podążyło ciało dyrektora podziurawione kilkunastoma kulami. Więcej bodźców do wybuchu paniki nie było potrzeba. Wszyscy rzucili się dziko do jedynego, wąskiego dość wyjścia z dziedzińca. Byle dalej od strzałów, od walki, od niebezpieczeństwa. Nie zważano na tych, którzy upadli, tratując i depcąc wszystkich, którzy mieli pecha nie utrzymać się na nogach. W oknie pojawiła się twarz jakiegoś człowieka w ubiorze montera, który pociągnął po kotłującej się tłuszczy serię, dokonując kolejnych mordów. Ścisk był taki, że kilka kolejnych osób nie wytrzymało i padło razem z rannymi i zabitymi przez szaleńca w oknie.

Godz. 8:22, plac przed terenem szkoły.

Po opuszczeniu śmiertelnego dziedzińca, wstrząśnięty tłum podzielił się na dwie części; tą, która dalej w dzikiej panice uciekała jak najdalej od szkoły, i tą, która opanowała się na tyle, by móc zacząć racjonalnie myśleć. W tej drugiej grupie znaleźli się Rafał i Radek.
-Oż f u c k! Co to, k u r w a, było!? - krzyknął nieswoim głosem Radek, zwracając się do Rafała.
-A skąd ja to mam wiedzieć?! - Rafał wpatrywał się z odległości jakichś pięćdziesięciu metrów w dziedziniec, na którym można było dostrzec leżące ciała zamordowanych uczniów. Ta część, gdzie odbyła się retrospekcja defenestracji praskiej, nie była dostrzegalna z tej pozycji.
-Chodź, nie możemy tutaj zostać. - Radek pociągnął przyjaciela za rękaw. Razem śpiesznym krokiem przeszli przez bramę, wychodząc na ulicę. Zza rogu, wyjechało kilka radiowozów policyjnych z włączonymi sygnałami dźwiękowymi i świetlnymi. Tuż za nimi wychynęły trzy karetki i dwa wozy straży pożarnej.

Godz. 9:30, ulica przed szkołą.

Rannych i zabitych zabrał z dziedzińca oddział antyterrorystyczny, który wpadł nań celując w każde możliwe okno jednocześnie. Na szczęście tym razem, obyło się nawet bez otwarcia ognia. Kimkolwiek był ten, kto strzelał, to najwyraźniej nie miał zamiaru się teraz ujawniać.
Rafał i Radek stali razem z tłumem gapiów, przyglądając się okrążonemu przez policję budynkowi. Powróciło także kilkoro uczniów, którzy wcześniej znaleźli się w grupie objętej paniką. Tłumnie pod szkołą stawili się rodzice poinformowani o zaistniałej sytuacji. Rafał nie oczekiwał nikogo ze swojego domu, z tej prostej przyczyny, że oboje rodzice pracowali chwilowo za granicą niemiecką. Radek spotkał się już ze swoim ojcem, który stał teraz tuż obok. Lokalnych kilka radiowozów otrzymało już wsparcie z pozostałych posterunków. Ściągnięta została też wspomniana już grupa antyterrorystyczna. Agentów ABW nie trzeba było ściągać. Sami się zjawili. Obecnie szefostwo operacji wyzwolenia szkoły siedziało w czarnej, niepozornej furgonetce tuż obok i przygotowywało negocjatora, jednocześnie starając się zdobyć jak najwięcej informacji o budowie szkoły, na wypadek, gdyby zaistniała konieczność interwencji uzbrojonych po zęby oddziałów specjalnych. Inną kwestią pozostawali zakładnicy. Z pobieżnych wyliczeń wynikało, że w rękach terrorysty, lub terrorystów, musi pozostawać jeszcze około pięćdziesięciu, sześćdziesięciu osób. Pozostali uciekli natychmiast, gdy zorientowali się, co się dzieje. Wśród pozostałych w szkole było dwóch nauczycieli i woźna. Zapewne wszyscy pozostali byli uczniami.
-Wiesz czym się martwię? - spytał Rafał Radka.
-Wiem. Marta i Krystian. Nie wyszli ze szkoły.

Godz. 9:35, szkoła - magazyn na drugim piętrze.

Marta zwinięta w kłębek za stertą papierów i pudłami z kredą drżała na myśl, że ktoś mógłby sprawdzić pomieszczenie i wykryć ją tutaj. Nie wiedziała dokładnie co się właściwie stało. Nagle zobaczyła, że wszyscy podbiegli do okien, więc uczyniła to samo. Wstrząsający widok, był jednak tylko preludium. Po chwili na ziemi wylądował podziurawiony jak sito dyrektor. Widziała doskonale, że na zewnątrz wybuchła dzika kotłowanina. To samo zresztą wydarzyło się w samym budynku. U Marty jednak, panika objawiła się nie tyle potrzebą ucieczki z tego miejsca jak najdalej, co chęcią znalezienia bezpiecznego miejsca. Szczęśliwie otwarty magazyn, był idealny. Zamknęła zamek od wewnątrz i tkwiła w środku, cicho jak mysz. Była osobą dość inteligentną i w lot pojęła, że jacyś uzbrojeni szaleńcy urządzają jatkę w szkole. Rozumiała również, że musi spróbować wydostać się na zewnątrz. Z pewnością wszystkie pomieszczenia są już sprawdzane przez tych psycholi. Albo zostanie zabita, albo dołączy do wziętych zakładników, którymi, była tego pewna, ubezpieczyli się ci ludzie. Zastanawiała się też, kto z jej przyjaciół może się znajdować w gronie więźniów. Nie słyszała w budynku więcej odgłosów strzelaniny ani innych odgłosów, była więc pewna, że szkoła nie jest jeszcze bezpieczna. Mimo to, zwyciężyła chęć jej opuszczenia, toteż wstała bezszelestnie i najciszej jak potrafiła otworzyła leciutko drzwi, modląc się w duchu, by nie skrzypiały. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Najpierw wystawiła ostrożnie głowę starając się w jednej chwili objąć wzrokiem jak największy obszar. Nasłuchiwała przez chwilę, po czym wyszła na zewnątrz stawiając stopy tak cicho jak tylko potrafiła.

Godz. 9:35, szkoła - sala fizyczna.

Krystian zastanawiał się dlaczego, u licha, akurat dzisiaj fizyczka musiała ich zatrzymać na przerwie? Nigdy tego nie robiła, a akurat dzisiaj musiała! "Jeszcze minutkę", powiedziała. "Tylko sobie z tablicy przepiszcie i jeszcze jedno zdanie dopowiem." Czemu akurat dzisiaj!? Gdyby ich wypuściła zaraz po dzwonku, może by się udało zwiać. A tak? Cała klasa, łącznie z profesorką, siedziała teraz na podłodze, pod tylną ścianą klasy. rMinutkęr1;, taa..., pomyślał sarkastycznie. Tkwili tak już grubo ponad godzinę, zastanawiając się czego chce koleś ze spluwą, a raczej kolesie, bo wcześniej rozmawiał jeszcze z jednym, którego teraz nie było. Został tylko jeden, zasiadł za biurkiem i siedział tak, niczym władca na tronie. Gdy jeden z uczniów odważył się zapytać czego od nich chcą, ten nic nie odpowiedział, a gdy uczeń wstał i powtórzył pytanie, ten spokojnie wycelował w niego broń, co wystarczyło, by spokój udzielił się i pytającemu.

Godz. 9:40, szkoła - schody pomiędzy drugim a pierwszym piętrem.

Marta zajrzała na dół schodów wypatrując kogokolwiek, kto mógłby jej zagrozić, lub kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc. Nikogo nie dojrzała ani nie usłyszała. Zaczęła powoli schodzić nie tracąc ani na chwilę czujności. Gdy dochodziła już do końca schodów usłyszała wyraźne głosy. Wróciła więc pędem na półpiętro i przykucnęła tam w nadziei, że nie została usłyszana. Ujrzała trzech mężczyzn, w tym dwóch w kombinezonach, jakie noszą służby elektryczne. Ta dwójka prowadziła trzeciego, w którym Marta rozpoznała jednego z profesorów, który jej nie uczył, był jej jednak znany z widzenia na szkolnych korytarzach. Opierał się wyraźnie. Skierowali się do okna wychodzącego na część szkoły skierowaną w stronę ulicy. Marta upewniła się, że nie zostanie przez nich zobaczona w tym miejscu, gdzie się teraz znajdowała.

Godz. 9:41, ulica przed szkołą.

Gdy tylko trzy postaci pojawiły się w oknie natychmiast skierowały się tam wszystkie pary oczu osób, które znajdowały się pod szkołą, a także wszystkie reporterskie kamery zebrane już w sporej liczbie.
-OK, idź. - Szef operacji poklepał po ramieniu negocjatora. Ten ruszył spokojnym krokiem w stronę okna. Po minucie był już przy nim. Wokół czarnej furgonetki zebrało się kilka szych, wszyscy włożyli na uszy słuchawki. Negocjator rozpoczął rozmowę. Z zebranych na ulicy gapiów oraz wplątanych bezpośrednio uczniów i ich rodzicieli nikt niczego nie słyszał. Konwersacja nie trwała długo. Nagle negocjator podniósł głos, jak gdyby gwałtownie starając się przekonać do czegoś rozmówców. Nie udało się. Rozległ się jeden strzał.

Godz. 9:41, szkoła - schody pomiędzy pierwszym a drugim piętrem.

Marta zatkała usta dłonią i odwróciła się gwałtownie, by nie patrzyć jak zwłoki profesora osuwają się na podłogę. Zrobiła to jednak na tyle cicho, że zabójcy niczego nie usłyszeli, zwłaszcza, że pogłos po strzale w pustej szkole, był dość głośny, więc zagłuszył jej piśnięcie. Obaj relektrycyr1; szybko odeszli od okna w stronę, z której wcześniej nadeszli. Dziewczyna natychmiast wycofała się z powrotem na górę dławiąc się łzami zgrozy, przestrachu i osamotnienia.

Godz. 9:42, ulica przed szkołą.

Wszyscy zaniemówili, a potem kilka osób zaczęło histerycznie szlochać. Negocjator stojący pod budynkiem spuścił głowę i zaczął powolnym krokiem wracać w stronę ulicy. Wszedł bez słowa do furgonetki. Drzwi do niej pozostawił jednak otwarte. Stanął w nich szef. Nie zrugał podwładnego za nieudaną akcję, nie zaczął robić mu wyrzutów. Zapytał tylko stanowczo:
-Były jakieś zakłócenia. Nie słyszeliśmy rozmowy prawie wcale. Powiedz mi czego chcą.
Odpowiedź była na tyle cicha, że nikt poza nim nie mógł jej usłyszeć. Szef spojrzał jednak na swojego zastępcę ze zrezygnowanym wyrazem twarzy.
-Połącz mnie z prezydentem. - rzucił cicho i wszedł do samochodu. Na ulicy nikt dalej nic nie wiedział. Dziennikarze z werwą relacjonowali do kamer przebieg wydarzeń, raz po raz wskazując okno, na którym widniały jakieś krwawe strzępy. Z furgonetki po chwili rozległ się pełen irytacji krzyk szefa.
-To mu, do cholery ciężkiej, przerwij!

Godz. 11:28, szkoła - magazyn na drugim piętrze.

Marta nie opuściła już więcej swojej kryjówki. Popłakała trochę po cichu i popadła w zupełną rozpacz i zobojętnienie. Było jej już wszystko jedno. Nie chciała tylko umrzeć z rąk tych morderców. Siedziała samotnie w przeraźliwej ciszy, która przerażała tym bardziej, że oznaczała niepewność. Gdyby choć zaczęła się walka, strzały, bitwa, jakiekolwiek odgłosy świadczące o tym, że nadchodzi jakieś wybawienie. Albo przeciwnie. Gdyby ją znaleźli i powlekli na demonstracyjną śmierć przed całym policyjnym zgromadzeniem. Wiedziałaby chociaż co ją czeka. Nagle, jak na zawołanie, rozległ się gdzieś w szkole, była tego pewna, brzęk tłuczonego szkła i jakaś wrzawa.

Godz. 11:28, szkoła - sala fizyczna.

Szyba rozsypała się w mak. Sekundę później terrorysta siedzący przy biurku, spotkał się z podłogą. I nie był już terrorystą, ale ciałem zastrzelonego przez policyjnego snajpera terrorysty. Jednocześnie gdzieś od strony wejścia dały się słyszeć odgłosy strzelaniny. Wszyscy jak jeden mąż zerwali się na nogi. Nikt nie pomyślał nawet, by zabrać broń, która wciąż znajdowała się obok zabitego. Wnet ktoś otworzył drzwi i cała klasa bezmyślnie rzuciła się w stronę najbliższego wyjścia.

Godz. 11:28, szkoła - magazyn na drugim piętrze.

Marta wyskoczyła jak szalona ze swojej kryjówki. Równie bezmyślnie jak pozostałe dwie klasy znajdujące się jeszcze w szkole wybrała najbliższą drogę do wyjścia. Pojęła w lot, że oto nareszcie jest pomoc! Ktoś tam się ruszył i przybył, by ich ocalić z rąk szaleńców. Wielka radość ogarnęła ją do tego stopnia, że biegła nie zwracając uwagi na nic. Pędem zeskoczyła na półpiętro i dalej na dół. Wylądowała kocio na pierwszym piętrze i ujrzała klasę ubezpieczaną przez policję galopującą w jej stronę. W grupie dostrzegła Krystiana. Ucieszyła się niezwykle tym, że choć jeden z jej przyjaciół jest bezpieczny. W tym momencie zaczęła się martwić o pozostałą dwójkę. Co z nimi, jeśli nie ma ich z tymi tutaj? Krystian też ją dostrzegł. Na jego twarzy też wykwitło coś w rodzaju uśmiechu ulgi. Ale nie na długo. Ulga z jakiegoś powodu zmieniła się na przerażenie. Stwierdziła, że policjanci ochraniający grupę coś do niej krzyczą. Ale było ogólnie za głośno, by mogła to zrozumieć. Nie dostrzegając niebezpieczeństwa przed sobą, instynktownie odwróciła się do tyłu i jej oczy też rozszerzyły się gwałtownie. Z klasy położonej tuż za schodami wysunął się, unosząc broń, człowiek w ubraniu montera elektrycznego. Któryś z ochraniających strzelił, lecz chybił starając się nie trafić w samą zagrożoną. Monter podniósł pistolet i wystrzelił dwa razy, trafiając Martę w pierś. Padła natychmiast na wznak.
-Skurwysynu! - zadarł się Krystian, ale krzyk został zagłuszony przez strzelających mundurowych. Trzy sekundy później któryś z policjantów klęknął przy Marcie i wstał szybko. Spojrzał na klasę z wszystko mówiącym wzrokiem.
-Idziemy. Szybko. Nie tracić czujności. On nie musiał być ostatni.

Godz. 11:31, plac przed szkołą.

Wszyscy ocaleni ze szkoły zostali szybko doprowadzeni do czekających na nich rodzin. Krystian został wyściskany przez matkę. Ta zrozumiała, że chciałby porozmawiać z przyjaciółmi. Krystian zobaczył ich w tłumie. Wypatrywali czegoś. Pewnie Marty i jego samego. Ruszył w ich stronę, ale w połowie drogi zatrzymał się gwałtownie. Obok nich stała matka Marty. Targnęły nim wątpliwości. Co ja jej powiem, pomyślał. Przemógł się jednak i ruszył dalej. Zauważył go Rafał.
-Hej, Radek... Radek! Tam jest Krystian, nie tam, patrz gdzie pokazuję... - przepchnęli się jakoś w jego stronę, za nimi rozglądająca się wciąż mama Marty.
-Hej, jak jest? - spytał jowialnie Radek, mający zawsze szczęście do popełniania gaf. - Gdzie masz Martę?
Krystian spojrzał mu w oczy tak pustym wzrokiem, jak tylko było to możliwe. Otworzył usta i spróbował przemówić, ale nie był w stanie. Wiedział, że jeśli powie choć słowo, to nie wytrzyma i rozryczy się w głos.
-Chyba nie... o ja pierdolę... - Radek chwycił się za głowę. W tej chwili nadeszła rodzicielka Marty wraz z Krystianem. Z zachowania obojga chłopaków, natychmiast wychwycili esencję.

Poniedziałek. Godz. 15:15, cmentarz.

Pracownicy zakładu pogrzebowego spuszczali trumnę do grobu. Rodzice płakali, delegacja szkolna stała karnie. W grupie "cywilów" znaleźli się Krystian, Rafał i Radek. Stali i patrzyli tak jak pozostali na tę scenę, którą stary cmentarz widział juz tyle razy. I starali się pojąć, że Marty już nie ma.

 
Kosimus [kosimus@gmail.com]

|strona 36|