spis treści | poprzednia strona | następna strona
28 Empatia 2, odc. 5: Garść koszmarów

Nie szemrze ten strumyk, leje się jeno między omszałymi głazami, w cieniu, czasami tylko zatańczą błyski na ciemnej wodzie. 
Na polanie u stóp urwiska jest właśnie on - wypływa ze skały i zbiera się w czarnodennym jeziorku. I są jeszcze róże - ich krzaki rosną w cieniu nachylającej się nad lasem skały, kwitną lepkie, ciemnoczerwone kwiaty. Ich kolce ranią głęboko. 
Wszędzie, na wpół zakopane w ziemi, leżą obrobione szare kamienie. Jeśli spojrzysz, zobaczysz, że za miękką trawą, za krzakami róż, obrośnięta mchem, wtulona w ścianę - znajduje się mała, duszna świątynia. Na zwietrzałym kamieniu ostrołukowego portyku zostały tylko ślady rzeźby. Można się jednak domyślić, że ta pustelnia została zbudowana na grobie znamienitego rycerza. Ktoś uczony w heraldyce poznałby nawet, że ten rycerz należał do Zakonu Białego Płomienia.
Tak więc świątynia na grobie paladyna - kilka kamiennych ław, zapomniany, zatopiony w cieniu ołtarz, omszałe kamienie ścian i porastający nawy bluszcz. Za ołtarzem wyryta jest krótka modlitwa do boga światła. 
Właśnie tam leży Inrami, dowlokła się do świątyni wieczorem. Między kolejnymi koszmarami otwiera oczy, i widzi przez mgłę wyryte w kamiennej płycie litery. Panie, daj mi siłę do walki, nie ugnę się - przyrzekam, skiń ręką, a zginę za twe imię... Inrami widzi te zapomniane wersy i w jakiś sposób przybywa jej siły. Między kolejnymi koszmarami;

:.:

Inrami biegnie przez te potworności, te amorfie szalone, wzorzyste kwiaty chaosu-
Skacze, i odbija się od ziemi w dół, spada w płomienie - ale płomienie do niej przylegają, nie opuszczą jej-
W końcu przecież dotknęła tego - tego w środku, w niej. I teraz widzi - tak, jest Dziewicą Ognia, jest Mścicielem, który nie chce się mścić, nie wie za co niby...
To czarne, pulsujące w niej serce, ten przerażający nowotwór. Co w nim jeszcze jest? Ale Inrami już biegnie znów, patrzy przed siebie-
Oczy. Są błękitne, ale czerwone, lecz jednocześnie złote - przestrzeń porusza się i barwne plamy na skrzydłach wielkiego smoka usychają, rozsypują się w pył, smok jednak oddala się spokojnie ku oceanowi- 
A morze gotuje się, gotuje się, kipi, woda jest tak gorąca, że latające nad nią motyle giną-
Inrami ucieka, ale do miejsca, gdzie stoi. Coś ją trzyma za rękę, ta ręka nie jest jej ręką, ta ręka jest-
Ciemność, ale jasność. 

:.:

Inrami zadrżała. 
Zimno ciągnęło od podłogi, przejmujący chłód wdzierał się pod ubranie, wył na zewnątrz: jesień. 
W wizgu wiatru przewalała się złotobrązowa burza, liście wirowały i tańczyły w tym chaosie - wzdłuż urwiska wiał silny wiatr, porywał liście z drzew. I w żółtobrunatny chaos: miniaturowe tornada, kłęby, czasem po prostu jak porwane przez rzekę; listowie opada z drzew, zostało go już niewiele. Inrami wyjrzała na zewnątrz: straszyły na tle szarego nieba półnagie gałęzie. Doprawdy: niewiele już go zostało. Dziewczyna cofnęła się spowrotem wgłąb świątyni, teraz doceniła stare kamienie i gruby mech. Co to właściwie jest - krypta, mauzoleum? Świątynia? Ku czyjej czci: owszem, są modlitwy do jakiegoś zapomnianego boga - tylko kto tu przychodzi? 
Tu była jednocześnie ulga i niepokój - nikt mnie tu nie znajdzie. 
Zakręciło jej się w głowie. Usiadła, dobrała się do rzuconego w kąt plecaka, wyjęła przetłuszczoną paczkę. Chciwie rozerwała sznurek: ile to już dni nie jadła? W ogóle: ile dni już tu leży? Ile dni upłynęło od śmierci... nie, nawet nie widziała śmierci - śmierć istniałą tylko we wnioskach i prawdopodobieństwie. Może jednak przeżyli...
Rozłożyła paczkę na podłodze przed sobą. Suszone mięso, ciemny chleb, dwie marchewki, woreczek jakichś przypraw i gomułka sera - w pozostałych trzech pakunkach znajdowało się to samo. Nie wystarczy to na długo...
Zaczęła jeść. Potem zaczęła płakać. 
Widziała te twarze, wszystkie te postacie, płomyki świec zdmuchiwane przez wiatr - raz potężnym wichrem, innym razem łagodnym podmuchem.
Celika, Gristel, Serubi, Sedy, Kristo - co z Xethonarem? Kula jest cała, skoro Inrami żyje. Może leży gdzieś przy tamtej drodze i przeklina... znajdzie go jakiś podróżny - i dotknie szkła. 
Powtarzała: dosyć, dosyć, dosyć - ale nie: nic nie mogło wymieść wspomnień poza krąg świadomości. 
Zasnęła w końcu, oczy same jej się kleiły. 

:.:.:.:.:.:

Ach, wiatr we włosach - i przygoda, przygoda! 
Stanął dęba i zatańczył, Mordred spontanicznie machnął mieczem, jasna stal błysnęła w słońcu. 
Piękna jesień tego roku, bo wolność, wolność najprawdziwsza...! Zostawiał za sobą dom rodzinny, stolicę, całą krainę. Przystanął na grzbiecie wzgórza i wiedział, że to granica - na lewo pola, dalej mury Marinoru - a nad nimi pochyla się już słońce. Na prawo zaś - wolność! Mordred jeszcze raz błysnął mieczem, napierśnikiem - kilku chłopów podniosło się znad pługów, pomachało mu. 
Tak, wolność. 
Jego wierzchowiec opadł na cztery nogi, ruszył cwałem w dół zbocza. Chłopak spojrzał na wschodni horyzont, gdzie spotykało się błękitne niebo i zielona jeszcze równina. Wolność! Jadąc wciąż w dół, rozglądał się - na północy dostrzegł oddalający się purpurowy sztandar - tam jechał pan Le Dorche z własną świtą, trochę bardziej na północny wschód poruszała się konna drużyna Lorda Kalvareza. Reszta poszukiwaczy zniknęła już z pola widzenia. Wolność! 
Wszystko dzięki tej nagrodzie. Wszystko dzięki temu. Wolność! 
Mordred sięgnął po wsunięty do rękawicy pergamin. Wielkie, kaligrafowane litery głosiły: 

UWAGA!
Jego wysokość król Sorekhar, władca Marinoru i ziem przyległych, wyznaczył nagrodę w wysokości stu tysięcy złotych suwerenów za ODNALEZIENIE ZAGINIONEJ KSIĘŻNICZKI.


Niżej widniała podobizna księżniczki. O ile można było zobaczyć na obrazku: była młoda, delikatna - wrażenie niszczyła tylko szrama na prawym policzku. Coś jeszcze: księżniczka była po prostu śliczna. Chłopak wpatrywał się w portret, dopóki nie zarżał wierzchowiec. Mordred wsunął świstek spowrotem za rękawicę i wydobył mapę królestwa. Spojrzał - jeśli będzie jechał prosto na wschód, to przenocuje w strażnicy piętnaście mil stąd - a jeśli nie, to co - pogoda dzisiaj ładna, noc pewnie będzie gwiaździsta - czemu nie, spędzi ją pod gołym niebem. Jak wszyscy legendarni rycerze. Wolność! 

:.:.:.:.:.:

Świątynia - chłód coraz większy. 
Inrami drży. Wczoraj umyła się w strumyku, obmyła chłodną, ciemną wodą - w nocy obudziła się, mokro kaszląc. Czuła temperaturę swojego ciała - gorączka. Rozcierała sobie ramiona i nogi, nic to nie dawało, i tak ciągle miała gęsia skórkę.
Teraz siedziała z zamkniętymi oczami, oparta o ścianę - stare kamienie wydawały jej się ciepłe. Coraz trudniej oddychać, wydzielina zbiera się w gardle. Znów się rozkaszlała, wstała chwiejnie, opierając się o ścianę dotarła do wyjścia, splunęła, łapczywie łapała powietrze. Dął wicher. Jedzenia zostało już niewiele. Zimno. Dlaczego ta świątynia nie ma drzwi? 
Wiał wiatr, tańczyły liście, jedne na gałęziach drzew, inne już wolne, w szarej przestrzeni. Mewis właśnie padał, padał też Palatek. Rodziły się efemeryczne królestwa, trwały kilka dni, potem padały. Na północy i zachodzie już przewalały się żelazne koła wojny. Właśnie wgniatały w ziemię górską twierdzę Nokoris. 

:.:.:.:.:.:

Tak, tu młyńskie kamienie wojny mieliły królestwa ludzi na pył.
Delekhan patrzył, jak płonie Nokoris. Tu, na Wartowni, jego wzrok nie miał ograniczeń, nic nie znaczył horyzont, nic nie znaczyły linie proste. 
Nokoris płonęło już długo, nie tylko on widział oblężenie. 
Z Przełęczy Skrzystej ruszali paladyni Zakonu Białego Płomienia. Delekhan patrzył: za dwa dni rozminą się z uciekającymi krasnoludami. Krasnoludy przebywały dwadzieścia kilometrów dziennie, zabrały wszystkie skarby, wszystkie sekrety - całe plemię północnokoryjskie załadowało się na trzy behemoty i szło ku twierdzom w południowych górach - ile wiosek rozdepczą idąc przez równiny? 
Wiatr się zmienił, ku Wartowni przedarł się Eol Wschodni - niósł echo potężnych bębnów, zapach wielkich ognisk, chrapliwe okrzyki. Wiatr szeptał, niósł wiele opowieści - w końcu znudził się, poleciał dalej. 
Phale, Noph, Ava, tak.
Jesteś, K'Nordor. Zabierz mnie nad Nokoris. 
Wichrowy daimon zaszeleścił.

:.:.:.:.:.:

- Trzymać! Trzymaaać! 
- Aaaaargh! 
- Sentenza, do baszty! Ściągnij posiłki! Cholera!
- Maaargh!
- Tak jest! 
Stary i Ciężki trzymali klapę, bali się na niej siąść - mogłą ją lada chwila przebić kudelska dzida. Ręce spotniały im, ślizgały się po stalowych okuciach - ci z dołu tłukli się coraz słabiej, już coraz mniej było wrzasków na dole - oddział Arfeza właśnie został wyrżnięty. 
Stalko sklął się: nie pora na wyrzuty sumienia. Musieli zamknąć klapę. Inaczej kudły już by tu były.
Kudły, kudły, kudły - czarne, ostronose trolle. Dlaczego, co one od nas chcą...? Po prawdzie to nikt nie wierzył, że jeszcze istnieją. Stalko oparł się o mur; miał już dość - wtedy oberwało się na nich niebo. 
Huk, wrzask miażdżonego kamienia i miażdżonego mięsa, wściekły ryk pękającego muru. To była chwila, cały fragment blanek wyleciał na dziedziniec, ze środka wysypały się - Na bogów, o bogowie, Stalko zaczął wymiotować przez wykusz w blankach. Te trupy ludzi Arfeza - posiekane. Odcięte głowy, ze śladami zębów. Nie patrzył tam, nie wiedział, czy kudły przeżyły uderzenie pocisku z katapulty - Starego i Ciężkiego zasypało całkowicie, nie widział ich - chwała bogom. 
Popatrzył na wyrwę w blankach - tutaj był mur podwójny, między nim zbudowano ściany i stropy, był tam normalne pomieszczenia - wyrwało dwa piętra. Z tego niższego wysypywali się kudeł, skakali na przeciwległy brzeg wyrwy, wspinali się ku Stalkowi - nie miał wyjścia, popędził ku wschodniej baszcie. 
Zamknięte.
- Sentenza!

:.:.:.:.:.:

Ranek przyszedł piękny, matka wyposażyła Mordreda naprawdę dobrze - po kolejnej nocy pod gwiazdami ani nie bolały go kości, ani nie miał kataru. 
Już trzy dni na szlaku; już nie jest tak baśniowo - nadal jednak wolność buzuje w myślach. 
Zwinął koc, skórzany śpiwór i płaszcz, spakował spowrotem do tobołków. Kary ogier zarżał cicho, chłopak pogłaskał go po chrapach. Mordred przysiadł jeszcze, zjadł skromne śniadanie z czerstwego chleba i skradzionych owoców, przetarł miecz i zbroję oliwą. 
- W drogę. 
Dzisiaj już definitywnie opuszczał cywilizowane regiony. Ostatnią strażnicę minął wczoraj - dalej jest Dolina Valmorgen, a jeszcze dalej - czarne, straszne mokradła. 
Jadąc, Mordred nucił i powtarzał w myślach wszystkie plotki, jakie słyszał o Bagnisku Valmorgieńsk. 
Więc tak - raz, że nikt jeszcze przez nie nie przejechał, a przynajmniej nikt się nie chwalił - choć podobno jest jakiś trakt przez uroczysko, ale to miejsce nawiedzone, nawet bandyci tam nie grasują. I jeszcze mówili o martwych wyłażących z grobów, o upiorach, które wydrapują oczy, jeśli spojrzeć w nieodpowiednie miejsce, o ognikach, które zwodzą wędrowców. Mordred przyrzekł sobie, że nie da się zwieść żadnemu zwidnemu ognisku. 
Około południa zaczął lać deszcz, jeździec narzucił kaptur, i tak przemókł. Bał się puścić galopem, nie wchodził nawet w cwał - by koń się nie poślizgnął. To było jakieś oberwanie chmury. Po chwili zapadły ciemności, zaczęło grzmieć - Mordred, modląc się, poszedł już w ten cwał, na oślep. W błyskach piorunów widział nagie gałęzie drzew, jakieś obce, poskręcane - nachylały się ku niemu, wtulił twarz w końską grzywę, kurczowo wpił w koński grzbiet. Zgubił drogę na równinie. I kiedy zaczął kaszleć i kichać - koń zatrzymał się, parsknął. Rycerz spojrzał - ciemna karczma, cicha, opuszczona. Wprowadził wierzchowca do środka. Strzecha przegniła, więc schował się pod stołem - dookoła kapały strumyczki brudnej wody. Zasnął. Na zewnątrz grzmiało i łyskało się co chwila.

Obudziły go głosy. Był w całkowicie ciemnym miejscu, coś szeptało, coś wyło - serce skoczyło mu do gardła. Poczuł zapach otwartego grobu. Coś dotknęło go w ciemnościach, zerwał się do ucieczki, w ciemnościach wyciągając ręce jak ślepiec, biegł, w końcu przewrócił się, poczuł, że coś wgryza mu się w nogi, jakieś lepkie, śmierdzące zgnilizną ręce dobierają mu się do oczu-

Mordred krzyczał, wrzeszczał przeszywająco.
Obudził się, tym razem naprawdę. Kary parskał i rżał. Głosy, te szepty, to wycie... on je słyszał naprawdę. Coś zachrypiło w nocnych ciemnościach. Szumiał deszcz. Mordred zerwał się, uderzył głową w spodnią powierzchnię blatu. To go oszołomiło, tymczasem szepty były coraz bliżej, koń zaczął kopać naookoło. Z bolącą głową, Mordred wyskoczył spod stołu, chwycił uzdę - przywiązana! Sięgnął po sztylet, zaczął ją przecinać, szepty coraz bliżej. Coś znowu zachrypiło. Poczuł zapach otwartego grobu. Uzda puściła, kary zerwał się, Mordred utrzymał go, wypadł na dwór, wyciągnął konia z przeklętej karczmy. Nadal padało - Mordred nawet nie wsiadał, biegł tylko, byle dalej, byle dalej, jak najszybciej. 
W końcu padł w jakiejś kępie drzew i już się nie podniósł.

:.:.:.:.:.:

Delekhan patrzył na czarne chmury na południowym wschodzie. Co chwila czarne kolosy rozdzierały błyskawice, noc wywracała się na nice - i wierzchnia warstwa chmury rozpryskiwała się na miliony drobnych kropelek. Delekhan patrzył - echa dochodziły z bardzo dużym opóźnieniem. 
Nokoris właśnie się dopalało, po czterech dniach oblężenia, koredhel nie cieszyli się zwycięstwem długo - właśnie wyrzynali ich paladyni, błyskały białe płomienie, święte miecze, święte pancerze, święte pioruny. Orkowie szli na zachód, po drodze wycinali wszyskto, grabili wioski, rozbijali karawany, palili pustynne miasta, szakarydzi pierzchli do Aziru - miasta skrytego wśród diun. Marinor rozesłał rycerzy w poszukiwaniu Dziewicy Ognia, nagle wszyscy się dowiedzieli o przepowiedni, (skąd? kto im powiedział? Delekhan miał ochotę kogoś rozszarpać) trzy czwarte poszukiwaczy już nie żyło. 
Delekhan patrzył, nie słuchał - jego wichrowi sprzymierzeńcy byli w innych stronach świata. Jasne błyskawice wypalały mu się na źrenicach czarnymi stygmatami. Palatek i Mewis chrzęściły między kołami wojny. 

:.:.:.:.:.:

Inrami zawahała się-
Wypić, nie wypić? Tynktura Re błyszczała w jej dłoniach, szmaragdowy, rzeźbiony flakonik. Ta mikstura albo ją zabije, albo ją wyleczy- 
Wyleczy jej ciało. Jej duszę może wyleczyć tylko...
Zdarła lak, odkorkowała, wypiła wszystko, padła, otuliła się wytartym kocem. 
Raz: nagle wszystko ostre, mrok i światło - nie ma cieni, nie ma półblasków i niedomroczności-
Dwa: wszystko szepcze: ten bluszcz, te kamienie, ten grób siedem stóp niżej.
Trzy: I już lecę - widzę niebo bezchmurne. Machają do mnie Celika, Gristel, Kristo, Sedy, nawet Serubi... 
Na zewnątrz obrywały się niebiosa, jakby chciały całą wodę zrzucić na ziemię. 

:.:.:.:.:

Matka wyposażyła go dobrze - te jej zioła... 
Nie mógł uwierzyć, to wprost nie mieściło się w głowie-
Był zdrowy. Żadnego kaszlu, kataru, bólu głowy, żadnego, najmniejszego nawet objawu. Po kilku godzinach męki wypił zioła, jak leci, w nadziei na bezbolesną śmierć-
Obudził się, rozgarnął okrywające go liście. Był zdrowy i rześki, pełen energii. Na koń - i wolność, nieś, kary! Na Bagnisko! 
W cwale spojrzał znów na portret księżniczki - była coraz piękniejsza. 
W dół Doliny, w dół - mokradła czekają. 
Wbijał w tą ranę nóż i przekręcał-
No i dlaczego uciekłem? Co to, mój miecz nie ma srebrnych ornamentów? Przynajmniej bym zginął godnie, a nie tak, jak tchórz, uciekać, no i jak ja-

:.:.:.:.:.:.:

Delekhan zadrżał: to bestialstwo. 
Zila spojrzała spod aksamitnego kaptura, błysnęły błękitne oczy-
Biły dzwony. Dął wicher, z pobliskiego parku rwały się liście, przelatywały obok Mistrzyni, szeleściły, wleczone po bruku, czasem piętrzyły się i tworzyły tamy w załomach kamienia. Niebo było szare; jesień, jesień. Te ubogie domy dzielnicy portowej, te zdemolowane magazyny, wychudłe koty, smród ryb. Wszystko ubrane w szarość. A to tylko jesień. Jesień w szarym Mewisaanie. 
Żebrobrzuche koty grzebały w śmietniku, hałasowały jakieś metalowe odpadki. Z okna na piętrze ktoś rzucił ostrym, zardzewiałym prętem, jak dzirytem. Brudnorudy kocur miotał się jeszcze, miałczał żałośnie - w końcu zwyciężył przebity brzuch, przestał się rzucać, leżał tylko - błyszczące oczy wśród rudawej sierści. Zila odwróciła wzrok - to tutaj. Zapukała. 
- Czego tam, kurwa?
Na takie dictum przyłożyła urękawicznioną dłoń do drzwi. Czarny aksamit zalśnił fioletowym blaskiem, uderzył wiatr - odjęła rekę od drzwi, odwróciła się, po wytartym dywanie poszła wgłąb domu. Idąc patrzyła na ściany - w korytarzu wisiały tylko dwa zardzewiałe harpuny. Dom śmierdział. Zila patrzyła z obrzydzeniem: wszystko tu gnije. Zdechłe myszy w dziurach. I wszędzie ten odór zgniłych ryb - mam dość. 
Wszystko szare.
Weszła bezgłośnie do ciemnej jadalni. Stała w cieniu: patrzyła na rodzinę. Matka o zniszczonych pracą dłoniach robiła na drutach, z taniej włóczki - co chwila oddalała krzywą, rozpadającą się robótkę na wyciągnięcie ramion - patrzyła krytycznie - po czym wracała do szydełkowania, nawet nie patrząc - patrzyła suchymi oczami gdzieś w pustkę. 
Ojciec dzieci przeklinał na kacu w sypialni, walił pięściami w zamknięte na klucz drzwi, matka drżała coraz bardziej z każdym uderzeniem. Drzwi stękały. 
Dzieci: brudny chłopiec i mała, smutna dziewczynka. Dziesięć i siedem lat - chłopiec przybijał młotkiem rozwaloną podeszwę. Dziewczynka bawiła się szmacianą lalką, jakoś bez przekonania. 
Zila westchnęła, nie robiło to na niej wrażenia, widziała to już setki razy. Uodporniła się, postawiła tarczę - musiała. Wytrzymywała. Z domu uciekła dopiero, kiedy ojciec usiłował ją zgwałcić. 
Nienawidziła tego miasta, nienawidziła tej dzielnicy. Urodziła się w tym mieście, w tej dzielnicy. 
Kapitan Elbar, który przegrał statek w karty, jego żona, dawniej szwaczka, dzieci. Nastrój tego domu brał Zilę, dotykał tych intymnych miejsc jej duszy - to był gwałt, to było po prostu krzywdzenie. Jak mogła się opierać czemuś takiemu? Weszła, zobaczyła tych nędzników - i już rozlały się wspomnienia, uczucia sięgnęły pod zbudowaną w dzieciństwie skórę. To nie była już Mistrzyni, to nie była już nawet dojrzała kobieta - to była ta czternastoletnia Anelle, uciekająca od szorstkiego zarostu przyciskającego się do jej szyi. 
Złamała, złamała, złamała, przeklęła się: weszła w nikłe światło brudnych błon okiennych, weszła w hulający po domu przeciąg. Stara kobieta omal nie krzyknęła, robótka pacnęła na przegniłe deski podłogi. 
- Czego pani tu szuka? 
- Proszę usiąść, pani Elbar. 
Usiadła. Nawet nie to - padła na krzesło, jak worek kartofli. 
- Szego pani chce? - Szepnęła przez wyschnięte wargi. 
Chłopiec podszedł do matki z jednej strony, przytulił się, dziewczynka z drugiej, chwyciła brudny fartuch matki. 
- Co ci jest, mamo? 
- Nic jej nie jest. - Powiedziała Zila twardo, teraz już nic nie mogło przełamać jej obrony, żadne emocje nie mogły się przedrzeć. - Pamięta pani pierwszą córkę? 
- Ja nigdy... Inrami? 
- Ona. Jestem Zila, Mistrzyni z akademii Sarok. Pani pierwsza córka wykazała wielkie talenty w dziedzinie magii. Niestety, została porwana. - Skłamała gładko Zila: twarz kamienna, spokój w oczach, jak ta stara mogła nie uwierzyć. - Potrzebujemy czegoś, by ją zlokalizować. Czegoś, co pani ma... 
Kobieta drgnęła, rozszerzyły się jej oczy: zrozumiała. Przygarnęła do siebie czarnowłosą dziewczynkę, przycisnęła do piersi. 
- Nie oddam córki. 
- Odda pani. Poprzednią pani oddała. I to za pieniądze. 
Matka zaczęła płakać. Zila była zażenowana. Kończmy to już, starucho, nie mam czasu, każda sekunda to martwy człowiek. 
Córka zaczęła coś szczebiotać, chyba się rozpłakała. Jej matka płakała na sucho, nie miała już czym płakać. 
- ...córeczko?
- Nnnie pozwól jej mnie zabraaać...
- Cii, no już, nie płacz...
Zila słuchała, cofnęła się w cień. Patrzyła na szepczącą rodzinę, na zapłakane oczy całej trójki. W końcu matka ucałowała i chłopca, i dziewczynkę, podniosła się chwiejnie. 
- Arulka, pójdziesz z tą panią do akademii... zobaczysz piękne rzeczy... odwiedzę cię niedługo. 
- Obiecujesz?
- No nie płacz, piękne rzeczy zobaczysz, naprawdę, nauczysz się wielkiej sztuki... 
- Obiecujesz, maamo? 
- Obiecuję. - Rzekła matka, głos jej się już załamał, padła spowrotem na krzesło. 
Zila podeszła, przyklękła, jej twarz znalazła się na wysokości twarzy dziewczynki. Spojrzała w te złote oczy - doprawdy: kto by się spodziewał, że kapitan Elbar nosi takie znamię...? 
- Jak masz na imię? - Spytała łagodnie Zila. 
Córka znowu się rozpłakała, chlipnęła cośtam pod nosem.
- Co?
- Arubi, proszę pani. 
Zila wstała, wzięła ją za rękę. Po chwili wył już tylko przeciąg, matka i syn kołysali się w uścisku. Drzwi sypialni stękały coraz bardziej. 

:.:

Zila szła spokojnie aż do drzwi wyjściowych - potem naciągnęła kaptur na głowę i rzuciła się do biegu, ciągnąc za sobą pochlipującą Arubi. 
Arubi, Arubi - za wielkiej wyobraźni to ci Elbarowie nie mają, pomyślała Zila, wypadając na Plac. 
Wiał szary wiatr, miotał liśćmi. Coś w nim było niepokojącego - te liście zbierały się w kłęby, wirowały w brunatnych tornadach. Sam wiatr zaś osiadał sucho na języku, smakował jak...
Jak zeschnięta, stara, zepsuta krew. 
Zila zobaczyła jak ludzie wypadają z bocznej uliczki, krzyk, tupot butów. 
- Luuudzieee! Mord! Umór! 
Zila spojrzała przez ramię, wciąż biegnąc - krzykacz padł na bruk, rozpłakał się, Zila zwinęła przestrzeń w oczach, wejrzała w jego twarz. Miał na policzkach ciemne wrzody, lepka ropa spływała mu po twarzy czarnymi ścieżkami. W niej wiły się jakieś czarne, wiotkie nici, żywe. Zila zaklęła, instynktownie wstrzymała oddech, zatkała rozszlochanej dziewczynce usta. 
Szybko, szybko. Znów zaczęły bić dzwony. Szybciej. Zila obracała w umyśle konstelacje świateł, lewą ręką przyciskając do siebie drżące dziecko-
- Witaj, Mistrzyni. 
- Nie zbliżaj się. Idź po uzdrowicieli. Szybko. 

:.:.:.:.:.:.:

Delekhan patrzył: Mewisaan właśnie umiera. W podziemiach pałacu obudził się Bezgłowy. Zaraza rośnie w siłę, wije się, to żywe, żywe zwierzę. W pół miesiąca rozniesie się na całe Księstwo, potem kupcy zaniosą ją do Palateku. 
Bal Kurat szeptał mu o obronie pustynnego Azir, orkowie zniechęcili się, poszli dalej na zachód. Szakarydzi świętowali. 
Spojrzał ku grobowi Lorika - kto będzie pierwszy? Młody rycerz czy szakaryjscy łapacze? Emir wyznaczył wielką nagrodę za żywą Dziewicę Ognia, niemal tak wielką, jak Sorekhar. No, kto będzie pierwszy? Rozstrzygnie się w dwa dni. 
Delekhan poczuł zmęczenie, po raz pierwszy od pięciuset lat. Ziewnął. Opuścił szczyt Wartowni, zeszedł na dół, do oczyszczonych już z jadu Cienia komnat. Ułożył się w czarnokrystalnym łożu. 
Ava, Phnam, spoczynek, tak. 

:.:.:.:.:.:

Nie wiedział, gdzie iść. 
W chwili, gdy kary go poniósł wgłąb mokradeł, w chwili, gdy koń zeskoczył z traktu na widok wisielców - w tej chwili stracił orientację. 
Teraz siedział na zwilgłej polanie, otoczony podmokłym gruntem, w którym końskie kopyta odciskały głębokie pieczęcie. Dookoła strzelały jeszcze w niebo nagie, brunatne gałęzie, mimo, że wszystko to olchy, topole, czasem tylko jakiś grab na wysepce w miarę stałego gruntu. Jakoś tajemniczo poskręcane są te wszystkie ścieżki - nie ścieżki, na pewno nie wydeptał ich człowiek - po prawdzie, to Mordredowi nie wydawało się, by tak chodziło jakiekolwiek zwierzę. Taka była prawda: bał się. Siedząc na mokrej, pożółkłej trawie, grzebał w resztkach żaru i strzelał nerwowymi spojrzeniami za siebie, na boki, przebierał palcami we włosach i sprawdzał ręką plecy. Spodnie mu przemokły od siedzenia na rozmokłej darni. Patrzył w cherlawy krąg ogniska - w ile godzin po rozpaleniu zgasło? Dwie? Trzy? Cud, że w ogóle je rozpalił. Błogosławił teraz swoją matkę - wciąż nie kończyły mu się ani zioła, ani żywność. Po prawdzie, to jego myśli uciekały ku domowi, starał się jednak nie myśleć o tym. 
Bał się. Cholernie się bał. 
Kary skubał trawę, dźwięk ten strącał Mordreda w otchłanie szaleństwa - byle gałązka trzasnęła w końskich zębach, i już: serce oszalałe, płytki oddech, nerwowe spojrzenie; uspokajał się dopiero po kilku minutach. 
Nie wiedział gdzie iść. Nie wiedział gdzie iść. 
Wyjął z tobołka "Klechdy i bajania", trzy długie zwoje pergaminu. Jego największy skarb. Miał dziesięć lat, kiedy je dostał - pamiętał bardo dobrze ten dzień, gdy stary czarodziej zawitał do kuźni jego ojca. Nie miał złota; zapłacił pergaminami. Rodzice posłali chłopca do znajomego rachmistrza, by nauczył się czytać... Na tych legendach wyrosła jego wyobraźnia, z tych baśni rozkwitł Mordred jako taki: spojony opowieściami o rycerzach i smokach. 
Nie czytał nawet, uśmiechnął się. Już wiedział, gdzie iść. 
Bo taka była oczywistość: na północ, tak jak Sir Loric, tak jak Purpurowy Lord, tak jak Trzej spod Czaszki.

:.:.:.:.:.:.:

Chaos, ogień, tłum pcha się do wyjścia.

E lucevan le stelle... 
ed olezzava la terra... 


- Ludzzzzieee! Ogieeeń! Mooord! Pożooga!

Stridea l'uscio dell'orto... 
e un passo sfiorava la rena... 
Entrava ella, fragrante, 
mi cadea fra le braccia... 


- Nie słyszysz, kurwa?! Pożar!! 

Oh! dolci baci, o languide carezze, 
mentr'io fremente 
le belle forme disciogliea dai veli! 


- Zostaw wariata... niech sie wydziera. Choć, zwijamy się sta...
- Gruby! Co ci jest?! Gruby?!

Svani per sempre il sogno mio d'amore... 

- O kurwa! 
- Mai-mus Nu-ki-luth Na-eth-ire Cor-atria-aethas An-anis Mara-ki-las U-mie-raj U-mie-raj... 

L'ora e fuggita... 

Już odrywają się płonące szmaty od kurtyny, już trzeszczy cały teatr, już Bezgłowy zabija tego pijaka, odrywa mu głowę, ściska ją między palcami; galaretowate bryzgi na podłodze...

E muoio disperato! 

Któryś z magnatów zaplątał się w krzesła, przewrócił się: Bezgłowy podchodzi do niego. Obok leży jakaś kobieta, przygnieciona belką, usiłuje się wydostać spod ciężaru, smukłe nogi zachlapane jakąś krwią - Bezgłowy miażdży jej twarz stopą. Idzie dalej. Szlachcic oddaje mocz, plama na kosztownych spodniach. Bezgłowy pochyla się, odrywa mu ucho, mężczyzna wrzeszczy, krzyk milknie dopiero, gdy Bezgłowy zrywa mu dolną szczękę.

E non ho amato...

Bezgłowy odwraca się ku scenie. Kroczy, kołysze się pokrwawiony korpus - raz, raz, raz, raz. 

Mai tanto la vita!... 

Raz, raz, wgniatają się stopy w drewnianą scenę. 
Opada płonąca kurtyna.

Mai tanto... Mai tanto la vita! 

:.:.:.:.:.:.:

Znów ciemność, znów burza, znów błyskawice - płonie jednak światło Mordreda. 
Klak-klak-klak, grają kopyta na kamienistym podłożu. Skąd ta droga w środku puszczy?
Trzyma kryształ w dłoni, trzyma go jak latarnię, drżący krąg światła wydobywa z płaskiej ciemności wypukłe kształty - poskręcane, chore drzewa, spadający descz. Mordred nie boi się. Lśni jasny miecz w dłoni, rumakowi chyba też udziela się aura: biegnie z podniesioną głową, dumnie, nie parsknie nawet. 
Krąg światła w ciemnościach; błękitne światło pośród deszczu. 
Patrzy naprzód - co dalej, w tej ciemności? Siecze deszcz. Długie, mokre włosy Mordreda wiją się na zbroi mokrymi żmijami. Słodki jest kielich krwi, słodszy jest kielich opowieści. 
Róże. Droga się kończy, rycerz jedzie jednak dalej, prosto, lekko pod górę - a po bokach tej alei gęstnieją krzaki czerwonych róż, kwiaty chwieją się w deszczu. Mordred podjeżdża, zrywa jedną; gdyby nie stal rękawicy pokaleczyłby się. W uszach słyszy muzykę: dzwonią podkowy o kamień, szumi woda. Rycerz jedzie bez hełmu. Patrzy - na prawo płynie jakiś rwący, błotnisty potok, w drżącym świetle wygląda jak strumień jakichś bezkształtnych potworów. Rumak wspiął się w końcu na wzniesienie, dumnym krokiem wszedł na polanę, dookoła róże. 
Jest jesień? Jak one mogą kwitnąć? - Mordred jest jednak skłonny uwierzyć w cud, to mu podpowiada nastrój chwili. 
Po prawicy: anioły światła. Po lewicy: spętane blaskiem demony drżą na granicy widoczności. Mordred zsiada z konia, klęka, modli się przez chwilę. Potem podnosi się, błyszczy jego zbroja. Bierze konia za uzdę i prowadzi za sobą, dochodzą do ostrołukowego portyku. Na portyku pozostały ślady rzeźby; ktoś uczony w heraldyce rozpoznałby, że ta kapliczka została wybudowana na grobie znamienitego rycerza. Na grobie Sir Lorika, na grobie legendy - ta legenda jest prawdziwa. 
Uderza korona piorunów, dwanaście błyskawic, w każdej kwarcie horyzontu po trzy i Mordred przestępuje próg. Wchodzi w miękką ciemność świątyni, czarny wierzchowiec wsuwa się do środka za nim. 
Kamienne ławy, obrośnięte bluszczem ściany. Na zewnątrz wyją zgubione dusze tych przytraktowych wisielców, inkantuje coś król umarłych. Mordred patrzy: tak, ona leży za ołtarzem. Podchodzi, urękawiczoną dłonią odwraca jej twarz ku sobie. 
Księżniczka. Najprawdziwsza. 
Tu baśń się skończyła. 
Księżniczka była piękna, piękna, piękna, mimo zapadłych oczu, mimo tego, że taka wychudzona, mimo, że szaty podarte. Piękna. Martwa. 
Mordred nie płacze, jeszcze nie: wyciąga z tobołka zioła...

 
Laurelin [demon_hunter@o2.pl]

|strona 47|