spis treści | poprzednia strona | następna strona
23 Śmierć

Paweł

Siedział przy biurku w swoim pokoju, wieża cicho grała, a on pisał. Właściwie to starał się pisać, miał do tego idealny nastrój, tzn. paskudny. Dziś nie miał natchnienia, ale z przyzwyczajenia siedział zamyślony nad kartką papieru. Miał nieodparte wrażenie, że wydarzy się coś niezwykle istotnego, coś, co może zmienić jego życie. Nie miał ku temu żadnych konstruktywnych przesłanek, to coś w rodzaju przeczucia, pierwotnego instynktu. To, na co czekał już od dłuższego czasu przyglądało mu się stojąc za jego plecami. Niezwykłe było to, iż on wcale tego nie zauważał, pomimo wiszącego przed nim lustra. Być może był to wynik niezwykłej umiejętności mózgu do wypierania ze świadomości przedmiotów i zjawisk niezwykłych i przeczących ludzkiej logice. Nie potrafił ogarnąć całej zaistniałej sytuacji była ona dla niego niezwykle ważka, ponieważ miała zadecydować o dalszych jego losach. Ten ktoś lub coś poddawało go szczegółowej ocenie. Gdyby nie przeszedł tego testu nie wpłynęłoby to na jego dalsze życie, jeżeli jednakby go zaliczył wtedy zaszłyby w jego życiu poważne zmiany. Wciąż od niego zależałoby czy byłyby to zmiany na lepsze lub gorsze. Okazał się dostatecznie wyalienowany i nie lubiany jednocześnie nie będąc osobą, która dobrowolnie stała się kimś takim. Los odpowiednio go doświadczył cierpieniem psychicznym wywodzącym się z wyizolowania i niespełnionych uczuć. Równocześnie nie był w żaden sposób skrzywdzony fizycznie. Jego osobowość kilkakrotnie umierała i odradzała się przystosowując go do nowo zaistniałej sytuacji, dzięki czemu przetrwał w szkole, której środowisko odrzuca takie osobniki jak on. Decydował o tym tylko jeden czynnik, a tym czynnikiem jest brak instynktu stadnego. Objawia się to nie umiejętnością zachowania się w grupie, zazwyczaj polega to na tym, że osoba taka stara się utrzymywać dobre stosunki z wszystkimi członkami grupy, co zazwyczaj kończy się próbami zyskania sympatii na siłę. Oznacza to zazwyczaj tym, że taka osoba przyjmuje na siebie rolę klasowego błazna. On nie był taki, nigdy nie odczuwał potrzeby przypodobania się, pragnął jedynie akceptacji własnej obecności, nie było to trudne, bo wystarczyło się nie wychylać. Mówiąc bardziej obrazowo należało mówić tylko wtedy, kiedy cię o coś pytają, odnosi się to również do ubioru, który powinien być jak najbardziej niewyróżniający się. On przestrzegał tych wszystkich zasad, dzięki czemu udało mu się przeżyć szkołę w sumie bez jakiś większych problemów i konfliktów. Szkoła nauczyła go jednej rzeczy, której nie znał wcześniej. Nauczyła go nienawidzić, ale by zaczął nienawidzić potrzeba było bardzo wiele. Dlatego zdążył w swoim krótkim życiu znienawidzić tylko dwie osoby, lecz uczucie to okazało się tak silne, że mimo braku kontaktu z tymi osobami wciąż odczuwał do nich wielką niechęć. Dla osoby, która go oceniała stało się jasne, iż nadaje się idealnie do tego, co ma się z nim stać. Postać postanowiła pojawić się bez żadnych zbędnych fajerwerków. Podeszła do chłopca siedzącego przy biurku i położyła dłoń na jego ramieniu, chłopiec obrócił głowę i spojrzał bez zaskoczenia na twarz przybyłej postaci. Była to twarz piękna, biły z niej siła i spokój. Człowiek w genach ma już zakodowane, że ma się słuchać takiej twarzy. W tej chwili dla chłopca istniała tylko ta twarz, po krótkim kontakcie wzrokowym przemówiła.
-Witaj bracie. Niech pokój będzie z tobą. - Minęła dobra chwila nim chłopiec zareagował.
- I z duchem twoim. - Był w lekkim szoku, trudno by było znaleźć osobę, która by nie była.
- Przybywam do ciebie z pytaniem, czy jesteś gotowy wypełnić każde polecenie Boga? - Prostota tego pytania zupełnie zaskoczyły młodego człowieka
- Tak, raczej tak. - Jego odpowiedź była równie prosta jak pytanie. Jednak nie zadowoliła przybysza.
- To nie jest dobra odpowiedź, musisz być całkowicie pewien... TAK czy NIE. Chłopiec po chwili namysłu rzekł z pełnym zdecydowaniem.
- Tak jestem pewien, że tak. Więc czego oczekuje ode mnie Najwyższy? - To pytanie spowodowało niezwykłą reakcję anioła, mianowicie na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia, szczególnie komiczne okazało się wielkie „O” w jakie ułożyły się jego usta.- Skąd wiesz, że Pan chce czegoś od Ciebie?- prawdą jest, iż anioły to istoty prostolinijne i niezdolne do jakiegokolwiek podstępu, a Bóg zakazał im kłamstwa i innych grzechów.- Widzę, że Pan dokonał trafnego wyboru- po chwili dodał.- Ale nie mnie to oceniać. Zapewne wielokrotnie widziałeś obrazy przedstawiające personifikację śmierci, nie są one tylko wytworem wyobraźni ludzi, lecz obrazem prawdziwej istoty. Zresztą w Piśmie śmierć również jest w ten sposób przedstawiana, na przykład w opisie jednej z plag egipskich, w której czytamy, że Bóg posłał swego anioła śmierci.- spojrzał wyczekująco na chłopca.- Po co mi to opowiadasz? Co ja mam z tym wspólnego?- oczy anioła przybrały niezwykle smutny wyraz.- Nie rozumiesz? To moja wina podałem ci za mało szczegółów. Więc jak ci mówiłem jeden z aniołów sprawuje obowiązki śmierci. Jednak ostatnio jest z nim problem, najprościej mówiąc załamał się psychicznie. Tak to możliwe, a jest to spowodowane tym, że Bóg stwarzając świat nie miał w planach śmierci. Anioły jako pierwsze istoty rozumne są nieśmiertelne. Człowiek przez grzech utracił nieśmiertelność i sprowadził na świat śmierć, można by się pokusić o stwierdzenie, iż człowiek jest jej stwórcą. Śmierć nie jest czymś naturalnym, jest czymś, co sprawia wiele bólu ludziom, Bóg jednak powołał instytucję śmierci, ponieważ szatan niejako wymusił to na nim. Na to stanowisko został powołany jeden z aniołów, nie jest teraz istotne jak się nazywał. Śmierć jest zupełnie suwerenna na jej decyzje nie ma wpływu ani Bóg ani szatan, lecz nie jest to tak, że działa według własnego widzimisie. Śmierć jest jedyną istotą, która zna niewypowiedziany plan Boga. Zabrzmiało to zapewne zupełnie nielogicznie, ale określenie niewypowiedziany jest tu niezwykle istotne, ponieważ nie został on kiedykolwiek wypowiedziany, lecz spisany w formie olbrzymiej ilości ksiąg, w których zostały spisane dzieje życia wszystkich stworzeń Bożych, oraz ich roli w planie Boga- anioł przerwał na chwile, by sprawdzić czy chłopiec nadąża.- To bardzo ciekawe, kontynłuj, proszę.- jego twarz przybrała wyraz skupienia. - Wszystkie te księgi znajdują się w bibliotece w domu śmierci. Pozornie powoduje to, że śmierć musi stosować się do wcześniej wydanych instrukcji. Jednakże tak nie jest, głównym jej priorytetem jest dopilnowanie wypełnienia się końcowego założenia planu Boga. Inne elementy mogą się zmieniać w dowolny sposób, byleby tylko doprowadziło to do odpowiedniego zakończenia. Niestety jest to tylko teoria, ponieważ anioł pełniący obowiązki śmierci ściśle kieruje się spisanymi zaleceniami. One jednak są już częściowo nieaktualne z powodu tego, że diabeł nieustannie mąci w Boskim planie. Ale to nie to spowodowało załamanie się śmierci. Otóż jak już wcześniej wspomniałem śmierć jest aniołem, więc nie jest w żaden sposób przygotowany psychicznie na obcowanie z przemijaniem. Sytuacja była dla niego dodatkowo dyskomfortowa gdyż musiał odbierać życie, które jest darem Boga. Przez ostatnie kilka tysięcy lat dawał sobie całkiem dobrze radę, tak było do ostatniego tygodnia. Całkowicie się załamał, odmówił wykonywania obowiązków i zaszył się gdzieś na ziemi.- chłopiec przerwał wypowiedź anioła- Przecież ludzie wciąż umierają!- Boski wysłaniec pokiwał głową.- Dobrze kombinujesz. Bez śmierci ludzie wciąż umierają, ona lub on jest potrzebna do przeprowadzania dusz na drugą stronę. Od tygodnia zbłąkane dusze straszą żyjących.- olśnienie spłynęło na chłopca.- Wybraliście mnie na następstwo dla śmierci w depresji. Jeżeli o to chodzi moja odpowiedź brzmi tak!- anioł był zdziwiony.- Cieszysz się z takiej propozycji?! Przecież będziesz w pewnym sensie zabijał ludzi!- zastanowił się chwilę- Jednak Pan jest nieomylny w swych postanowieniach, tylko człowiek potrafi odebrać życie innemu człowiekowi i się tym nie przejąć. Dobrze wrócę i powiem, że moja misja powiodła się, a ty jutro zostaniesz wprowadzony w nowe obowiązki. Niech pokój Pański będzie z tobą.- anioł odwrócił się żeby odejść.- I z duchem twoim.- tym razem całkowicie wyraźnie i zdecydowanie odpowiedział chłopiec. Pogrążył się w rozważaniach nad tym czy to, co przed chwilą się wydarzyło było jawą czy tylko snem na jawie. Dopiero po odejściu anioła dotarło do niego, że przy całym swoim pięknie był on garbaty. Spojrzał na zegarek i stwierdził, iż jest już dość późna godzina, a on musi się jeszcze pouczyć na jutrzejsze lekcje. W szczególności na język niemiecki, który był jego piętą achillesową. Spać położył się tak późno, że nie pamiętał już o niezwykłym wydarzeniu.

Wstał około godziny szóstej, co było jego wieloletnim szkolnym nawykiem. Prosto z łóżka udał się do łazienki, a następnie do kuchni na śniadanie, na które składała się jajecznica z czterech jaj z białym chlebem, a do tego kakao. Dopiero, gdy po śniadaniu poszedł do swojego pokoju by się ubrać, zauważył na biurku sporych rozmiarów zalakowaną kopertę. W tej chwili powróciły do niego wspomnienia wydarzeń poprzedniego dnia.- A jednak to nie był tylko sen.- mruknął pod nosem. Postanowił najpierw się wyszykować do szkoły, a samą kopertę otworzyć, gdy już tam będzie. Nieco drżącymi dłońmi chował kopertę do teczki na dokumenty, a teczkę włożył do plecaka. Podczas tych czynności zauważył, że na laku zabezpieczającym list widnieje odciśnięta pieczęć, na której widniały dwa symbole: krzyż i ryba. Poganiany jakimś wewnętrznym impulsem wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Szedł szybkim krokiem, na przejściu dla pieszych spotkał kolegę z klasy o imieniu Marcin. Marcin był dojeżdżający i jedyny dogodny transport do szkoły dowoził go do szkoły prawie pół godziny przed rozpoczęciem zajęć. Paweł go lubił( trzeba wyjaśnić, że bohater opisanych wcześniej niecodziennych zdarzeń ma właśnie tak na imię),zresztą niewiele było osób, których by naprawdę nie lubił. Jego problemem było to, że jedna z takich osób była w tej samej klasie, co on. Tego dnia wyjątkowo w ogóle się tym nie przejmował. Rozmawiał o nadchodzącym dniu z kumplem, gdy odniósł wrażenie, że idzie pośród wielkiego tłumu, ale oprócz Marcina nie było w pobliżu nikogo. To uczucie nie opuszczało go przez kilka minut, potem równie szybko jak się pojawiło znikło. Mógłby przysiąc, że usłyszał jeszcze ciche jak powiew wiatru "dziękuje". Wzruszył ramionami- To tylko moja wyobraźnia- podążał dalej w kierunku ich codziennego miejsca tortur psychicznych.- Sądzę, że nie będzie dzisiaj padać.- Marcin zmienił temat na bardziej przyjemny. Rzeczywiście dzień zapowiadał się piękny, na niebie nie było ani jednej chmurki i wiał ciepły wiatr. Jak na koniec września pogoda była wyśmienita. Gdyby to był dzień wczorajszy Paweł zgodziłby się z nim zupełnie, dziś jednak coś w nim wzbraniało się przed zgadzaniem się z opiniami innych osób.- Mogę się z tobą założyć, że jeszcze przed południem będzie lało jak z cebra.- Paweł wyciągnął dłoń do Marcina, a ten odwzajemnił gest. Drzwi szkoły nie zdążyły się za nimi zamknąć, kiedy pierwsze krople deszczu dotknęły gruntu. Była godzina za piętnaście ósma. Usiedli przed salą od polskiego w oczekiwaniu na resztę klasy. Rozmawiali o tym jak zabawnie będą wyglądały niektóre osoby przemoczone i zziębnięte. Wszyscy nowo przybyli psioczyli na pogodę. W końcu okazało się, że jako jedyni nie wyglądają jak zmokłe kury. Pawłowi popsuło nieco humor to, że nauczyciele również będą rozdrażnieni nagłym załamaniem się pogody. Jego najgorsze obawy się nie spełniły, ponieważ profesorka od polskiego pojawiała się w szkole jeszcze przed nim. Do klasy przybyła jak zwykle punktualnie, na jej twarzy widniał szeroki uśmiech, spowodowany zapewne kiepskim samopoczuciem innych. Lekcja rozpoczęła się od tradycyjnego "pięć minut na przypomnienie" które zawsze przeradzało się w półgodziny. Jednak za każdym razem te pozostałe piętnaście minut było okresem największej nerwówki, jaką sobie można wyobrazić. Tego dnia było dokładnie tak samo. Co gorsza profesorka już od dłuższego czasu wodziła palcem wskazującym w dzienniku w pobliżu jego nazwiska. Jednakże jak do tej pory wywoływała osoby umiejscowione niżej od niego na liście. Każdej lekcji towarzyszyło znęcanie się nad dwoma bogu ducha winnymi uczniami. Wyglądało na to, iż te zajęcia nie będą odbiegały od ogólnego schematu. Poczuł przemożne uczucie ulgi, kiedy nauczycielka wyczytała nazwisko z końca listy umieszczonej w dzienniku. Nie był to ktoś szczególnie lotny z literatury pięknej, nadrabiała to wyjątkowymi uzdolnieniami w kierunku nauk matematycznych. Radek przeczuwając chyba wydarzenia dzisiejszego dnia, nieźle się obrył z aktualnie przerabianego materiału. Wszystko szło gładko dopóki nie zaczęła zadawać mu pytań. Radek został zmuszony w zeszłym roku do zajęcia miejsca w drugiej ławce środkowego rzędu. Był w ten sposób idealnie wystawiony na bazyliszkowate spojrzenie profesorki. Nikt nie ma wątpliwości, że gdyby zechciała mogłaby naprawdę kogoś spetryfikować. Prawdopodobnie powstrzymywały ją od tego skłonności sadystyczne oraz to, że niewyjaśnione zniknięcie któregoś z jej uczniów mogłoby wzbudzić niechciane podejrzenia. Zadała pytanie, a Radek uniósł głowę i natychmiast napotkał jadowite spojrzenie. Zamarł, gdy zaczął odpowiedź na dość proste pytanie głos mu się łamał i drżał. Była to standardowa reakcja na kontakt wzrokowy z profesorką. Odpytywanie zakończyło się dla niego "słabą trójką", ale po zakończonej lekcji Asia, która była najlepsza z polskiego stwierdziła, iż sama nie powiedziałaby nic więcej. Nie była to dla nikogo żadna nowina. Paweł siedział odprężony w ławce naprzeciw biurka wykładowcy. Przyglądał się jak upiorna nauczycielka wodzi palcem w dzienniku, wreszcie palec się zatrzymał, a on poczuł się jak człowiek uderzony czymś bardzo ciężkim w głowę. Sekundy zaczęły się przeciągać w minuty, nim wyczytała jego nazwisko podniosła głowę i przesłała mu lodowate spojrzenie. W tej chwili stała się rzecz nieprawdopodobna, kiedy spojrzała mu w oczy gwałtownie spuściła głowę, a on nic nie poczuł, ot zwykłe spojrzenie. Nie zapytała go. Gdyby to zrobiła skończyłoby się to dla niego tragicznie. Jednak tego nie zrobiła. Koledzy i koleżanki siedzący najbliżej patrzyli na tę sytuację z ogromnym zdumieniem. Zamiast pytać dalej nauczycielka zaczęła opowiadać o nowej maturze. Opowiadała niby w normalny sposób, ale nie robiła tego swobodnie, tak jakby sama się do tego zmuszała. Zadzwonił dzwonek i wszyscy z ulgą opuścili salę. Na przerwie podszedł do niego Radek.- Jak to zrobiłeś?- spytał.- Co zrobiłem?- walił głupa Paweł.- Nie udawaj dobrze wiesz, o co mi chodzi. Jakim cudem udało ci się zmusić ją do odwrócenia wzroku?- naciskał na niego Radek.- Sam sobie odpowiedziałeś, że jakimś cudem.- Paweł nie kłamał, bo sam nie wiedział jak to zrobił, ale wyczuwał w tym jakąś namiastkę cudu.- Dobra, jak nie chcesz powiedzieć to nie. Wiedz jednak, że tak czy siak się dowiem jak to robisz i nauczę się tego, dzięki czemu nigdy więcej nie powtórzy się taka sytuacja jak dziś.- odszedł nachmurzony. Paweł wzruszył ramionami do przerwanej rozmowy z Izą. - Co on chciał od ciebie? - spytała. - Szczerze mówiąc sam nie wiem.- Iza spojrzała mu w oczy.- Ty coś kręcisz, ale to twoja sprawa. Masz zadanie z Niemca? - uśmiechnął się rozbawiony. - Dobrze wiesz, że z tego przedmiotu zawsze mam.- nie było to spowodowane tym, że należał do wielbicieli tego języka. Profesorka ucząca niemieckiego diametralnie się różniła od profesorki polskiego. Bywała czasami miła, nie miała również w zwyczaju przeszywania ludzi lodowatym spojrzeniem. Miała jednak w zwyczaju traktowanie uczniów jak maszyny do zapamiętywania słówek i reguł gramatycznych. Jej zdaniem jedynym przedmiotem, który jest warty poświęcenia czasu na naukę jest właśnie język niemiecki. Reszta szkoły w tym głównie uczniowie mieli diametralnie różną opinie na ten temat. Największą bolączką osób zmuszonych do uczęszczania na jej zajęcia była ilość zadawanej pracy domowej, konkretnie to jej niebotyczne ilości. Paweł miał bardzo dużo czasu na to by przygotować się psychicznie do tej lekcji, ponieważ były to ostatnie zajęcia w tym dniu. Przed nim jeszcze były zajęcia wychowania fizycznego, które niestety odbywały się razem z inną klasą. Klasa ta, a w szczególności męska jej część byłaby niezwykle ciekawym obiektem badań dla psychiatrów. Przebieraniu się w szatni towarzyszyło potępieńcze wycie i szaleńcze chichoty i ryki. Paweł zdjął glany i czarne dżinsy w ich miejsce założył szorty i halówki. Kiedy ściągnął czarną koszulkę, by zmienić ją na regulaminową białą, usłyszał przeciągły gwizd.- Ludzie patrzcie, jaki zajebisty tatuaż!- oczy wszystkich skierowały się na jego plecy.- Rodzice pozwolili ci na niego?- nie odpowiedział nic tylko szybko założył koszulkę i wybiegł z szatni. Swoje kroki skierował do sali gimnastycznej gdzie nikogo nie było i zamknął drzwi od wewnątrz. Szukali go słyszał ich głośne rozmowy na jego temat. Zdziwił Pawła podziw, z jakim mówili o jego tatuażu. Problem tkwił w tym, że jeszcze wczoraj nie miał żadnego. Zdjął koszulkę i próbował obejrzeć to arcydzieło sztuki utrwalone na jego plecach. Udało mu się jedynie stwierdzić, że farba umieszczona pod jego skórą tworzy zarys piór. Niestety nie mógł obejrzeć całości, ale z tego, co udało mu się dojrzeć wywnioskował, iż najprawdopodobniej na jego plecach znajduje się wizerunek anielskich skrzydeł.- Szkoda, że nie są prawdziwe.- pomyślał. Chciał zamachać rękami w imitacji ruchu skrzydeł, nie zrobił tego, ponieważ akurat w tej chwili zadzwonił dzwonek na lekcję. Szybko podbiegł do drzwi i przekręcił pokrętło zamka tym samym otwierając drzwi. Usiadł na ławce w oczekiwaniu na resztę osób i nauczyciela. Sala gimnastyczna powoli zapełniała się uczniami obojga płci ubranymi w stroje sportowe. Oczywiście obowiązkowo pojawiła się grupa "gwiazd" które nie ćwiczyły, bo mogłyby sobie połamać długo zapuszczane i pielęgnowane(nie mówiąc o kosztach tej pielęgnacji) paznokcie. Pawłowi bardziej przypominały one szpony niż zwykłe płytki chityny niezbędne do prawidłowego działania opuszków palców. Prawdopodobnie mogły nimi bez większego problemu wydłubać oczy lub zadać głębokie rany szarpano-kłute. Pawła przeszył dreszcz, kiedy uświadomił sobie, jaką śmiercionośną bronią mogą być takie niby niewinne ozdoby.- Co jest aniołku?- spytał drwiąco Wojtas. Paweł chciał odpowiedzieć mu jednym, ale za to niezwykle wieloznacznym słowem, które bardzo rzadko było używane do wyrażenia czynności, jaką oznaczało. W końcu stwierdził, że nie warto, więc nic nie odpowiedział, natomiast Wojtas zaniósł się tym swoim dresiarskim chichotem... jak zwykle zresztom. Zajęcia odbywały się standardowo dopóki nauczyciel nie kazał im rzucać do kosza z dwutaktu. Kiedy przyszła kolej Pawła ktoś krzyknął zza jego pleców- Pomóż sobie skrzydełkami!- wywołało to ogólny wybuch radości. On się tym nie przejął, był przyzwyczajony do drwin ze strony kolegów. Pragnął jednak zawsze zrobić coś, co by starło uśmieszki z ich twarzy. Krótki rozbieg, prawidłowa sekwencja kroków, dzięki czemu mógł się odbić z lewej silniejszej nogi. Wyskok okazał się dobrze wymierzony, więc cała akcja zakończyła się piękną "pakąr".- Brawo.- nauczyciel poklepał go po ramieniu, a reszta grupy patrzyła na to bez słowa, po chwili rozległy się ciche gratulacje, ktoś nawet zaczął klaskać. Speszyło to nieco Pawła, podziękował głośno. Już po raz drugi tego dnia z ulgą powitał koniec lekcji. Szybko wyszedł z sali by być w szatni przed innymi i w spokoju przebrać koszulkę. Jego zamiar nie powiódł się, ponieważ jak tylko wszedł do szatni usłyszał za sobą szepty, głosy były kobiece.- Cholera, wszystko mi jedno, jeżeli chcą sobie popatrzeć to niech patrzą.- podejrzewał, że są to "gwiazdy" gdyż reszta dziewczyn została zatrzymana przez nauczyciela na sali. Bez większego skrępowania rozebrał się do gatek, a następnie założył spodnie, które nie były żadną rewelacją, zwykłe dżinsy z supermarketu. Nim założył koszulkę odwrócił się plecami do drzwi, aby "gwiazdy" mogły się napatrzeć na jego "skrzydełka". Usłyszał ciche zbiorowe westchnienie, poczuł dziwną satysfakcję, pomimo tego, że wciąż nie miał pojęcia skąd się wziął ten tatuaż. Dopiero, kiedy zasznurował buty odwrócił się twarzą w stronę drzwi. Osłupiał, bo zamiast małej grupy dziewcząt zobaczył wszystkich, którzy brali udział w zajęciach W-Fu, a między nimi nauczycieli tegoż przedmiotu. Bez słowa przeszedł obok nich i udał się do sklepiku szkolnego po coś do picia i jedzenia.

Aleksandra

Wstała dziesięć po siódmej, w biegu wzięła prysznic i zjadła śniadanie, co należy rozumieć jako dwie kromki pełnoziarnistego chleba z masłem popite wodą mineralną koniecznie bez gazu. Kiedy wychodziła z bloku w którym mieszkała razem z mamą (ojciec je opuścił gdy była jeszcze mała) brakowało zaledwie kilku minut do planowego przyjazdu autobusu. Nie spieszyła się już, bo miała dokładnie wyliczone ile potrzebuje czasu na każdą poranną czynność. Na przystanek wchodziła dokładnie wtedy, kiedy podjeżdżał autobus. Zadowolona usiadła na jednym z siedzeń z tyłu autobusu. Nuciła pod nosem kontemplując piękny słoneczny poranek, nagle zerwał się silny wiatr, patrzyła z niemałym zdumieniem na niezwykle szybko zbierające się chmury. Chwile później padał ulewny deszcz. Uśmiechnęła się do siebie- Jak to dobrze, że nie poszłam piechotą jak zwykle.- postanowiła zrobić małą inwentaryzację w plecaku czy aby niczego nie zapomniała podczas porannego maratonu. Było wszystko, a nawet więcej. Pomiędzy książki była włożona brązowa koperta taka, w jakich przychodzą pisma z urzędów. Pewien szczegół odróżniał ją od zwykłych kopert, nie była zaklejona na ślinę, lecz zabezpieczona pieczęcią z laku, na której widniały dwa symbole. Złączone krzyż i ryba, nigdy nie była zbyt religijna, a ostatnio w kościele byłą podczas świąt Wielkanocnych, czyli prawie pół roku temu. Pomyślała, że ktoś robi sobie z niej głupie żarty. Miała zamiar wyrzucić kopertę do kosza, powstrzymała ją od tego zwykła ludzka ciekawość. Złamała pieczęć i otworzyła kopertę, w środku znajdowała się pergaminowa karta zapisana równym eleganckim pismem. Pomimo staranności kaligrafii nie była w stanie przeczytać treści listu, piekły i łzawiły jej oczy.- Trzeba się wybrać do okulisty, a to przeczyta się później. - schowała list z powrotem do koperty. Autobus powoli zapełniał się młodymi ludźmi, którzy podobnie jak ona zdążali do różnego typu szkół. Jak zwykle wypełniała barwna mozaika różnych subkultur od metali, skejtów, dresów po rastafarian. Wbrew obiegowym opiniom nikt nie wszczynał awantur, wręcz odwrotnie, dres żartował ze skejtem, a gothic z metalem dyskutował na temat muzyki. Wszyscy zgodnie zwymyślali pogodę. Na szczęście przystanek był oddalony jedynie o jakieś pięćdziesiąt metrów od szkoły, Aleksandra przebyła ten dystans szybkim truchtem. Deszcz zdążył zaledwie zrosić jej ubranie. Nosiła delikatny makijaż, który był niezwykle dobrze dobrany, nie używała niebieskiego cienia do powiek tak jak większość dziewczyn, lecz różowego. Idealnie komponował się z jej typem urody i stylem ubierania. Miała jasne blond włosy, koloru tego nie uzyskała poprzez farbowanie, to był kolor naturalny. Oczy Aleksandry posiadały rzadki, by nie rzec unikatowy kolor, mianowicie był to brąz wpadający w złoto. Jej skóra miała jasną karnację. Po prostu jest ładna i jest tego świadoma. Nie wykorzystuje tego jednak do zabaw naiwnymi chłopcami, nie należy do typu dziewczyn.

Paweł

Szybkim krokiem wszedł do szkolnego sklepiku, była to całkiem spore pomieszczenie mieszczące się poniżej parteru na poziomie gruntu. Kupił jedzenie i usiadł przy stoliku w rogu pomieszczenia, poza nim i ekspedientką nie było nikogo więcej. Kończył jeść, kiedy do sklepiku weszła Ola, znał ją, ponieważ przez rok uczęszczali do tej samej klasy. Chociaż tak naprawdę nie znali się zbyt dobrze, czuł do niej sympatię. Zrobiła zakupy i skierowała swoje kroki do stolika gdzie siedział Paweł.
- Cześć - Przywitała się z tym swoim szczerym i rozbrajającym uśmiechem. - Też chcesz zobaczyć? - nie była to odpowiedź jakiej spodziewała się Ola. - Co cię ugryzło? Co miałabym oglądać? - w oczach Pawła zobaczyła wyraz ulgi. - Przepraszam cham ze mnie.- Aleksandra spojrzała mu w oczy. - Mów, co cię gnębi? - W oczekiwaniu na odpowiedź zaczęła jeść ciastko.- Jeżeli ty nie chcesz mówić to ja będę, w plecaku znalazłam to a nic takiego tam nie wkładałam. - wyciągnęła z teczki kopertę. - Jesteś lektorem, może będziesz w stanie mi powiedzieć, co to oznacza? - pokazała Pawłowi pieczęć. On spojrzał na kopertę i otworzył usta ze zdumienia. - Tak mogę ci pomóc, ale najpierw zadam ci pytanie czy następne lekcje są dla ciebie ważne. - Ola tylko się uśmiechnęła i powiedziała. - Jeżeli chcesz się urwać, to jasne, że nie są ważne. - dokończyli drugie śniadanie i opuścili szkołę. Paweł prowadził ich do parku. - Przestaniesz być taki tajemniczy i powiesz mi wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi?- Nic nie odpowiedział, jakby mówiła do ściany. Wreszcie Paweł zatrzymał się przy ławeczce w głębi parku.- Czytałaś już?- odezwał się od czasu kiedy wyszli ze szkoły.- Próbowałam, ale za każdym razem nie mogłam.- pomyślała o tym jak szczypały ją oczy kiedy chciała to zrobić w autobusie.- Czytaj teraz!- to nie była prośba, tylko rozkaz. Aleksandra spojrzała na niego zdumiona. - Dobrze, tylko się nie denerwuj.- otworzyła kopertę i zajęła się listem. Przerwała na chwilę w momencie kiedy Paweł wyjął z plecaka identyczną kopertę jednak w przeciwieństwie do listu Oli ten był jeszcze zapieczętowany. Sprawiał również wrażenie, że oprócz listu w kopercie znajduje się coś jeszcze. Ola pierwsza skończyła czytać i patrzyła na Pawła z dziwnym wyrazem oczu. - Tu tylko jest napisane, że mam ci to dać. - Podał jej sztylet, który był wraz z listem. gdy przedmiot znalazł się w jej dłoni poczuła przemożną chęć pchnięcia nim Pawła. - Zrób to.- wyszeptał. Niewiele myśląc poddała się pragnieniu, wbiła sztylet prosto w serce, wszedł szybko i głęboko co oznacza, że udało się jej trafić między żebra unikając w ten sposób wielu problemów wynikających z niewłaściwego zadania tego trudnego, ale niezwykle skutecznego ciosu. Szybko wyszarpnęła ostrze, rana była czysta i gładka, mogłaby się dobrze zrosnąć gdyby nie jeden ważny powód, była śmiertelna. Paweł cicho westchnął na jego czarnej bluzie krew wyglądała tak jakby ktoś go ochlapał wodą. Wbrew wszystkiemu, co pokazuje telewizja, człowiek od takiego ciosu nie pada natychmiast martwy, ale jego agonia trwa jeszcze przez jakiś czas. Bez dźwięcznie upadł na ziemie, nie krzyknął ani nie wydał z siebie żadnego innego dźwięku. Aleksandra wyręczyła go w tym, krzyczała długo, lecz nikt nie przyszedł. Byli, a właściwie to już tylko ona, była w mało uczęszczanej części parku. Potem siedziała na ławce i długo wpatrywała się w ciało Pawła. Dochodziła już godzina czwarta, kiedy wreszcie ocknęła się z letargu. Zaczęła się bać, że ktoś ją zobaczy i będzie miała kłopoty, co dziwne nie uważała, że zrobiła coś złego. Poszukała jedynego dowodu swojej winy, sztyletu jednak nigdzie nie było. Po bezowocnych poszukiwaniach oddaliła się z miejsca zbrodni.

Aleksandra

Z przyzwyczajenia siedziała na GG, ale jej myśli zaprzątały zupełnie inne sprawy i wydarzenia. Była siódma wieczór, a ją dopiero teraz dopadły wyrzuty sumienia. Mimo wczesnej jeszcze pory czuła się niezwykle zmęczona, chciało się jej spać. Bała się położyć, ponieważ za każdym razem, kiedy przymykała powieki miała przed oczami obraz leżącego w kałuży krwi Pawła. Po raz n-ty się rozpłakała. Matka kilkakrotnie ją pytała co się stało ona zawsze odpowiadała, że nic, a następnie zanosiła się spazmatycznym płaczem. Położyła się spać około dziewiątej, włączyła cicho wieże by muzyka odwracała uwagę umysłu od nieprzyjemnych myśli i rozważań. Zasnęła z chusteczką w ręku. Wbrew obawom nie miała koszmarów, zamiast tego przyśnił się jej Paweł mówiący by się nie martwiła i że nic mu nie jest. Co najdziwniejsze w tym śnie Paweł miał czarne anielskie skrzydła. Jej matka nie spała tej nocy martwiła się o córkę. Po północy zajrzała do pokoju Oli, usłyszała wtedy jak ta szepcze przez sen "przepraszam". Z tego wyciągnęła wniosek, że cała histeria córki wynika z jakiegoś miłosnego zawodu. Jeszcze nigdy nie była tak daleka od prawdy w swoich.
Aleksandra zbudziła się rześka i wypoczęta, ten fakt nieco ją zdziwił mając na pamięci wydarzenia dnia poprzedniego. Godzina też była jak na nią niezwykła, bowiem w chwili, kiedy otworzyła oczy budzik wskazywał godzinę szóstą czterdzieści pięć. Mimo uczucia wyspania czuła się chora, nie fizycznie, ale psychicznie. W opozycji do stanu ducha było ciało, które wręcz tryskało energią i siłą. Bez najmniejszego problemu udało się jej wstać z łóżka. Poranne czynności wykonywała jak zwykle w sposób automatyczny, dziś w jeszcze mniejszym stopniu zwracała uwagę na to, co się w około niej dzieje. Przez tę nieuwagę o mały włos nie wylała na siebie czajnika z gorącą wodą. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na przystanku zjawiła się na długo przed przyjazdem autobusu. Siedząc na przystanku doszła do wniosku, że to, co kiedyś uważała za zwykłe szare blokowisko jest w pewnym sensie metaforą ludzkiego życia. Osiedle to świat pełen różnych rodzajów ludzi, niektórzy są mili inni natomiast burkliwi i opryskliwi. Tak jak na całym świecie tutaj też dochodzi do spięć pomiędzy jego mieszkańcami. Musisz walczyć o przetrwanie na osiedlu ogranicza się to głównie do omijania z daleka napalonych dresów oraz facetów wałęsających się wieczorami pomiędzy blokami. Najważniejsze jest to, że ze swojego życia jak i z blokowiska bardzo trudno się wyrwać. Z niewesołych rozmyślań wyrwał ją przyjazd autobusu. Zajęła zwyczajowe miejsce z tyłu autobusu. Gdy patrzyła na rozmowę dwóch osób nie widziała w tym przyjacielskiej pogawędki, lecz była to swoista gra, w której każdy z graczy czekał na potknięcie drugiego, dzięki czemu mógłby zdobyć informację dającą mu przewagę nad przeciwnikiem, by móc go ośmieszyć, skompromitować lub pozbawić czyjegoś zaufania. Wśród dziesiątek znajomych twarzy zauważyła jedną nową. Na jednym z miejsc w środku autobusu siedział mężczyzna w średnim wieku, ubrany w biały garnitur. Mężczyzna zauważył, ze Aleksandra się mu przygląda, skinął do niej głową i coś wyszeptał. Ola wciąż mu się przyglądała mężczyzna uniósł brwi w wyrazie zdumienia, zamyślił się na chwile, potem się nachmurzył na następnym przystanku wysiadł, nim opuścił autobus posłał Aleksandrze nienawistne spojrzenie.- Co ja zrobiłam temu gościowi, że spojrzał na mnie tak jakby chciał mnie obedrzeć ze skóry?- zastanawiała się. - A może widział, co się wczoraj stało?- ta myśl przyprawiła ją o dreszcze. Do szkoły dotarła bez dalszych przygód. Korytarze szkolne przyprawiły ją o jeszcze większy rozstrój nerwowy. Nie była wstanie iść na lekcje jednocześnie nie czuła się na siłach by wrócić do domu. Siedziała, więc w sklepiku szkolnym, dokładnie przy tym samym stoliku i na tym samym krześle, co wczoraj. Nie płakała, była w takim stanie, że wystarczyłoby jej naprawdę niewiele, żeby się znowu rozbeczeć. W ten sposób przesiedziała trzy lekcje. Po tym jak rozległ się dzwonek na długą przerwę wydarzyło się coś, co prawdopodobnie mogłoby ją zepchnąć w otchłań obłędu.

Marcin

Ciemna brama nieopodal szkoły, jego szkoły, technikum zawodowego, gdzie kształcił się, na budowlańca. A właściwe chronił się przed wcześniejszym poborem do wojska. Przynajmniej tak było do tej pory, teraz wszystko się pochrzaniło. Za zaistniałą sytuacje nie winił nikogo oprócz siebie, wszystko zaczęło się w gimnazjum. Gimnazjum, tam miał dwóch najlepszych kumpli w swoim krótkim i przerąbanym życiu. Śmiało mógł się pokusić o to by nazwać ich swoimi przyjaciółmi, mówili mu, że to świństwo i żeby rzucił to w cholerę. Wtedy nie słuchał, śmiał się im w twarze i mówił, że nie mają racji, a oni tylko kręcili głowami i patrzyli na niego smutno. Po pewnym czasie mocno schudł, zauważyli to, dlatego zaczęli na niego mocniej naciskać. Nie chciał jednak słuchać żadnych argumentów. Jego jedyną i nieustannie powtarzaną odpowiedzią było "i tak wiem lepiej". W pewnym momencie zrezygnowali, już tylko patrzyli smutno. Pod koniec gimnazjum sam zaczął rozumieć kretynizm własnego postępowania, ale było już za późno. Gdy patrzył w lustro widział szkielet, na którym wisiało jak na wieszaku niegdyś dobrze dopasowane ubranie. Podkrążone oczy w mroku wieczoru sprawiały wrażenie jakby były tylko pustymi oczodołami. Na samym początku było świetnie dokładnie tak jak opisywali to inni. Przeżywał milion żyć w milionie różnych światów. Później było już tylko gorzej, długotrwałe stany depresji przerywane kolejnymi "działkami", które nie dawały mu tego wspaniałego stanu euforii, a tylko pozwalały normalnie funkcjonować. Niestety tylko przez kilka godzin. Nie mógł się uczyć, nie mógł już nic robić. Na własne życzenie spartolił sobie życie. Był tego w pełni świadom, nie miał żalu do nikogo. Nawet do ludzi, którzy mu to świństwo sprzedawali, przecież oni chcieli zarobić parę groszy na własne utrzymanie, bo zdobycie godziwej pracy graniczy w tych czasach z cudem. Postanowił z tym skończyć raz, ale za to już na zawsze. Odebrał od dealera zamówiony "towar". Pieniądze były dla niego porażką, ponieważ sposób, w jaki je zdobywał był tak niezwykle poniżający, że prawdopodobnie w normalnej sytuacji nigdy by go nie wziął pod uwagę. Nie potrafił zrozumieć jak mogą to robić dobrowolnie niektóre kobiety. - Wyjeżdżasz gdzieś i robisz zapasy? - zainteresował się dealer. Marcin skwapliwie potwierdził. Jego zamiar był zupełnie inny. Obaj rozeszli się w różne strony. Udał się na lekcje, jego jedynym celem było dotrwanie do wieczora nic więcej się nie liczyło.

Tomasz

Na początku czuł przeraźliwe zimno i ból. Nie trwało to zbyt długo, supernową bólu zastąpiła kojąca ciemność. Kiedy się obudził nie czuł już bólu, właściwie to czuł się wyśmienicie. Zaniepokoiło go to, ponieważ pamiętał jeszcze przerażający widok kawałka blachy wbitego w jego klatkę piersiową. Z takimi obrażeniami w szpitalu spędza się wiele długich i przede wszystkim niezwykle bolesnych tygodni. Rozważył kila możliwości, z których najbardziej prawdopodobne były trzy:
-wiele wskazuje na to, że być może wciąż jest w szoku pourazowym. Trochę czytał na temat i wiedział o tym, do czego są zdolni ludzie w takim stanie. W czasie wojny żołnierze, którzy byli ciężko ranni i według wszelkich praw medycyny powinni leżeć i wrzeszczeć z bólu potrafili sami dojść do punktu medycznego niosąc w rękach własne wnętrzności.
- być może przeleżał długi czas w śpiączce spowodowanej jakimś urazem głowy, a w tym czasie jego rany zdążyły się zagoić.
- najgorszą z możliwości był uraz kręgosłupa. Wyjaśniałoby to, dlaczego go nic nie boli, równocześnie oznaczałoby to, że jest skazany na wózek inwalidzki. Ta możliwość go przerażała, po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, iż w takim wypadku lepiej by było gdyby umarł we wraku własnego samochodu. Jeżeli nie spróbuje to nigdy się nie dowie, co tak naprawdę z nim jest. Spróbował poruszyć palcami, poczuł niewysłowioną ulgę, kiedy poczuł pod opuszkami chłodny i szorstki materiał szpitalnej pościeli. Odważył się wreszcie otworzyć oczy, tak jak się spodziewał najpierw zobaczył biały szpitalny sufit, pod którym były podwieszone lampy dezynfekujące. Rozejrzał się w koło i stwierdził również, że leży na osobnej sali, a wkoło niego poustawiana jest masa urządzeń podłączonych do jego ciała. Niektóre z nich znał, rozpoznał między innymi monitor wyświetlający obraz pracy jego serca. Większość urządzeń stanowiła dla niego zagadkę. Uniósł jedną dłoń, ku jego wielkiemu zaskoczeniu zrobił to bez jakiegoś wielkiego wysiłku. Ośmielony tym wyczynem uniósł w powietrze całą rękę, również to obyło się bez większych problemów. Niezwykle delikatnie i ostrożnie wsunął ją pod cienkie przykrycie i zbadał swoją klatkę piersiową w poszukiwanie rany, lecz ku jego ogromnemu zaskoczeniu nie znalazł nic. Jego skóra była w dotyku zupełnie gładka i zdrowa. Nie wyczuł też przyczepionych do jego ciała elektrod rejestrujących każde uderzenie jego serca. - To musi być szok. - Pomyślał. Wystraszył się teraz nie na żarty, ponieważ mógł zupełnie nieświadomie pozrywać przewody aparatury pilnującej jego życia. Mógł również swoimi "badaniami" naruszyć świeżą ranę i właśnie w tej chwili wykrwawiać się. Był zupełnie przerażony, bardziej niż w momencie wypadku, bardziej niż w chwili, w której z nieubłaganą powolnością kawałek blachy z maski samochodu wbijał się w jego ciało, kiedy on rozpaczliwie starał się wyrwać z pęt pasów bezpieczeństwa, które miały ratować życie, a teraz stały się śmiertelną pułapką. Wciąż walczył, gdy gorąca krew zalewała mu płuca, zaniósł się krwawym kaszlem z obłąkańczą fascynacją wpatrywał się w czerwone kropelki krwi na białej tapicerce resztek tego, co jeszcze kilka minut temu było deską rozdzielczą jego sportowego samochodu. "Utopię się we własnej krwi." ta myśl go rozbawiła, to naprawdę niezwykłe co adrenalina robi z ludzkim mózgiem to lepsze niż wszelkiego rodzaju sztuczne specyfiki. Zaczął się śmiać, a każdym spazmatycznym oddechem pojawiało się coraz więcej czerwonych kropek. Zdążył jeszcze spojrzeć na wbity w jego ciało kawałek blachy i stracił przytomność. Mimo że te wydarzenia były dla niego niezwykle traumatyczne, nie czuł żadnego dyskomfortu, kiedy o tym rozmyślał. W końcu postanowił ani drgnąć aż do przyjścia kogokolwiek z personelu medycznego, kto mógłby powiedzieć mu coś więcej o jego stanie.

Aleksandra

Siedziała z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Wyglądałaby pewnie komicznie gdyby nie pewien drobny, ale za to niezwykle istotny szczegół, była śmiertelnie przerażona. Nie było to czyste przerażenie, ponieważ uczucie to w czystej postaci wywoływało natychmiastową próbę ucieczki ewentualnie głośny krzyk. To była mieszanka paraliżująca, mieszanka przerażenia oraz zaskoczenia doprawiona sporą ilością ulgi. Przez kilka sekund Aleksandra nawet nie drgnęła, ale po pewnym czasie końska dawka adrenaliny zrobiła swoje i dziewczyna powoli się nieco rozluźniła. Rozluźnienie to było tylko pozorne, gdyż wciąż była spięta, ale już nie sztywna jak kłoda. - Cześć. - minęły ze dwie sekundy nim odpowiedziała. - Cz... cześć... - wydukała w odpowiedzi. Przed nią stał Paweł, ten sam Paweł, któremu nie dalej jak dwadzieścia godzin temu wbiła sztylet prosto w serce, a potem przyglądała się jak krew ciepłym strumieniem opuszcza jego ciało. Teraz stał przed nią jak gdyby nigdy nic. Cały i zdrowy, właściwie na tyle cały na ile pozwalało dojrzeć ciało ubranie. Szczegół, który ją interesował w szczególności był ukryty pod czarną koszulką. Nic sobie nie robiąc z jej reakcji Paweł zajął miejsce naprzeciw niej, zupełnie tak jak wczoraj. - A może to wszystko było złym snem, niesamowicie realnym, ale w końcu tylko snem. - To była jej wielka nadzieja, która prysła w chwili kiedy przypomniała sobie jak dziś rano czyściła swoje buty z kropelek krwi, krwi Pawła. - Musimy porozmawiać, bardzo poważnie porozmawiać. - Przez krótką chwilę myślała, że wrócił ze świata umarłych by zemścić się na niej. - Nie było to zbyt miłe, co wczoraj zrobiłaś. - Jej nikłe nadzieje rozwiały się jak poranna mgła w gorących promieniach wschodzącego słońca. Aleksandra chciała coś powiedzieć na swoją obronę, Paweł ją jednak ubiegł. - Nie rozumiem twojego postępowania, zrobiłaś wszystko jak należy, by potem uciec. Wiesz jak wieczorami jest zimno? Mogłem się zaziębić na śmierć. - Aleksandra, która już została wytrącona z psychicznej równowagi wybuchła histerycznym śmiechem. - Co, ci jest? Wszystko w porządku? - Dotknął jej dłoni, wbrew jej obawom jego dłonie nie były trupio zimne, lecz przyjemnie cieple, kojąco ciepłe. To ją nieco uspokoiło, ale czułą, że zaraz może się rozpłakać. W sklepiku było sporo ludzi, a ona nie chciała być obiektem szkolnych plotek. Cała zaistniała sytuacja była ponad jej siły i zdolność zrozumienia. W tej chwili była zdolna zrobić tylko jedno. - Nie. Proszę chodźmy stąd. - Nic więcej. Tylko na tyle starczyło jej sił. - Dobrze, jeżeli chcesz. - Zdążył już zauważyć, że jest bliska zupełnego rozklejenia się. Od chwili, w której dotknął jej dłoni, Ola nie wypuszczała jej z kurczowego uścisku. Wstali od stolika i jakoś się przepchali się przez tłum nastolatków ściśniętych jak sardynki w puszce. Podczas całej tej czynności Aleksandra ani na sekundę nie puściła jego dłoni. Wyszli na korytarz, oparła się na jego ramieniu jakby nie była w stanie iść o własnych siłach. Właściwie to się do niego przytuliła, był tym nieco zażenowany, ponieważ jak do tej pory nie miał dziewczyny, a tego typu kontakt był dla niego czymś zupełnie nowym. Może nie do końca nowym, bo nie tak dawno temu spotykał się z pewną dziewczyną i dochodziło pomiędzy nimi do tego typu czułości, ale nie czuł przy tym, że druga osoba mu bezgranicznie ufa i na nim polega. Zresztą to była przyczyna niepowodzenia z Karoliną. On jej ufał bezgranicznie, ona zaś nie potrafiła zaufać mu. Początkowo twierdziła, że powód tego tkwi w jej poprzednich nieudanych związkach. Chciał, więc zbudować zaufanie od podstaw, starał się być zawsze przy niej, pomagać jej. Lecz Karolina w pewnym momencie stwierdziła, iż gdyby chciała żeby wszędzie za nią łaził to by mu o tym powiedziała. Użyła przy tym bardziej dosadnych słów, ale ogólny sens wypowiedzi był ten sam. W dniu jej imienin wysłał jej sms z życzeniami. W odpowiedzi otrzymał podziękowania wraz z pytaniem, kim jest. Nieco go to ubodło, że tak szybko usunęła jego numer z telefonu, grzecznie się, więc przedstawił. Napisała mu wtedy, iż powinien sobie darować i znaleźć kogoś innego tak jak ona. Wtedy w nim się zagotowało, darował sobie już dawno, ale oto ta, która obawia się związków radzi mu jako terapię nową dziewczynę. Teraz już się to nie liczyło mało, kto na nim polegał czy też prosił o pomoc. A teraz chcąc nie chcąc musi pomóc jakoś zupełnie roztrzęsionej dziewczynie, która prawie wisi na jego ramieniu. Zrozumiał, że Ola chce iść gdzieś gdzie nikt nie będzie jej widział. W szkole było tylko jedno miejsce, był to ślepy korytarz gdzie jakimś cudem zawsze stała ławka. Postanowił zaprowadzić ją właśnie tam.

Marcin

Siedzi w sali przeznaczonej do wykładów katechetycznych. Sam niewie, po co tu przyszedł, przecież mógł wykorzystać ten czas na cokolwiek innego, tak jak to robi większość jego kolegów z klasy. Tylko, że on nie ma przyjaciół, z którymi mógłby się spotkać. Nie ma dziewczyny, za którą by tęsknił. Jego jedyną towarzyszką była odrobina białego proszku w szczelnie zamkniętym woreczku. Ale to towarzystwo musiał sobie kupić. Zastanawia się właśnie, po co właściwie tu przyszedł, czy to sumienie tak długo zagłuszane dało wreszcie o sobie znać? A może to potrzeba spotkania się z kimś, kto nikogo nie odrzuca? Niewesołe rozważania przerwał mu ksiądz katecheta, który w tej chwili wszedł do sali. Jak zwykle na początku zajęć modlili się. Marcin odruchowo wyklepał dawno temu wyuczoną regułkę. Usiedli, a ksiądz podał temat dzisiejszych zajęć. - Dziś będziemy mówić o samobójstwie. - Marcin zaklął w duchu. - Tego mi jeszcze brakowało.- wychodząc później na przerwę nie żałował wcale, że przyszedł tego dnia na lekcję religii. Dzięki temu dowiedział się, że jest jeszcze dla niego szansa nikła, ale jest. Zawsze to jakaś alternatywa.

Stanisław

Pochylił się nad idealnie gładką i perfekcyjnie wyprofilowaną linią szyi. Jej karnacja była jasna wręcz blada, nie była to jednak niezdrowa bladość, ale była to biel marmuru, z którego zostały wykute najwspanialsze posągi antycznego świata. Reszta kobiecego ciała bezwładnie leżącego w jego ramionach była równie wspaniała. Śmiało można je nazwać wymarzonym dla wielu mężczyzn, a upragnionym przez wiele kobiet. Zapewne ciało to było wielokrotnie obiektem zazdrosnych spojrzeń innych kobiet, które potęgowały się w chwili, kiedy okazywało się, że to piękno jest w pełni naturalne i w najmniejszym nawet stopniu nie jest dziełem chirurga, czy kilogramów kolagenu i silikonu. Kobieta była bardzo młoda w przeciwieństwie do mężczyzny, który pomimo młodzieńczego wyglądu, mógłby opowiedzieć z własnej perspektywy wiele wydarzeń historycznych znanych nam jedynie z mętnych przekazów kronikarskich. Niegdyś pewnie mógłby w takiej kobiecie się zakochać, ale teraz nawet nie widział w niej obiektu, który mógłby posłużyć mu jako sposób na zaspokojenie potrzeb seksualnych. Ponieważ on nie miał takich potrzeb, dziewczyna przedstawiała dla niego wartość tylko jako pojemnik wypełniony życiodajną cieczą. Pożywienie to wszystko, czym była dla niego. Może to nasunąć pytanie czy jest on człowiekiem, a jeżeli tak czy płci męskiej, a jeżeli tak, to w takim razie należy zadać pytanie, co jest z nim nie w porządku, jeżeli mając pełną władzę nad tą nieziemską pięknością, jego trzeźwe myślenie nie zostaje zastąpione przez pędzące hormony. Podstawowym pytaniem było pytanie o to czy jest przedstawicielem homo sapiens, odpowiedź jest taka, iż należy on do gatunku homo jednakże nie rodzaju sapiens, lecz sapiens-vampirus. Z biologicznego punktu widzenia nie jest to jednostka systematyczna do końca zbadana i sklasyfikowana. Pierwszym i zarazem największym problemem było uniknięcie zjedzenia(właściwe wyssania płynów ustrojowych). Po tym nieco, a nawet bardzo przydługim wstępie należałoby przedstawić imię bohatera tego akapitu. Stanisław, brzmienie tego imienia jest czysto słowiańskie takież samo jest jego pochodzenie. Nie zostało ono nadane na fali mody nadawania imion wielkich świętych, imię to otrzymał w trakcie chrztu, który odbył się na długo przed chrztem uznawanym za oficjalne przyjęcie wiary w Chrystusa przez niedawno zjednoczone plemiona słowiańskie. Nie dane mu było długo rozkoszować się radością nowo przyjętej wiary. Radość została przerwana przez karpackiego monarchę, znanego szeroko z kiczowatych horrorów klasy B, a znacznie częściej C. Notabene Vlad był niezwykle gorliwym chrześcijaninem. Kościół wschodni zapamiętał go jako wielkiego obrońcę wiary, a następnie wyklął oskarżając o czary i kontakty z diabłem. Wracając do teraźniejszości Stanisław wbił nieco wydłużone kły w nadgarstek ofiary i zaczął łapczywie chłeptać.

Paweł

Usiedli na ławeczce, ustawionej w tym dość nietypowym miejscu. Ślepy korytarz nieprowadzący do żadnej sali lekcyjnej, a jedynie do kanciapy sprzątaczek. Historia jego związków z dziewczynami była krótka, ale niezwykle bogata w ból i rozczarowania. Co gorsza zdawał sobie sprawę z tego, iż to co mogło okazać się dla niego spełnieniem marzeń rozpadło się z jego winy. Paradoksalnie przyczyną tego rozpadu było jego zbyt poważne podejście do całej sprawy, mówiąc bardzo prostym i kolokwialnym językiem przestraszył dziewczynę. Jednocześnie do tej powagi dołączył zbytni pośpiech, za bardzo na nią naciskał. Gdy zaproponowała mu przyjaźń on nie zmienił swojego sposobu postępowania, a jak to mówią od przyjaźni do nienawiści jest tylko jeden krok dziewczyna nie chciała już go w ogóle widzieć na oczy. Przez pół roku po tych wydarzeniach był otępiały i zachowywał się jak robot, nie żył tylko wegetował jak roślina, która właściwie nie wpływa na swoje otoczenie. Od chwili otrzymania tego feralnego smsa znów zaczął myśleć o tym, by znaleźć sobie jakąś dziewczynę, próbował z jedną z koleżanek z klasy. Była mądra, uczyła się systematycznie, w sumie spoko dziewczyna, ale nie była za bardzo lubiana w klasie.Do jej aparycji nie możną było mieć jakiś większych zastrzeżeń, miała ładną figurę oraz długie blond włosy, niestety nie był to jej naturalny kolor włosów, co nieco psuło efekt, przynajmniej dla Pawła, ponieważ nie przepadał za tym sposobem poprawiania urody. Nie spieszył się zbytnio nie był zbyt otwarty w swoich zamiarach. Zachowywał się jak myśliwy podchodzący do zwierzyny, najpierw uśpił jej czujność, a potem miał zamiar przypuścić ostatni atak, po to by zdobyć upatrzone trofeum. Tej ,ostatniej fazy nigdy nie wykonał. Pewnego popołudnia był z rodzicami na zakupach w supermarkecie, jak zwykle zostawił ich z nudnymi niezbędnymi zakupami i skierował swoje kroki do działu z książkami. Powoli przeglądał różne tytuły, gdy jego wzrok padł na prawie zupełnie zasłoniętą przez poradniki kuchenne książkę. Widać było tylko nazwisko autora Hobb. Serce zabiło mu szybciej, to był autor jego ulubionej książki, a właściwie powieści składającej się z kilku tomów. Odkopał książkę z kurhanu nikomu nie potrzebnej makulatury, to była kontynuacja, nie czytał jej, ponieważ w żadnej bibliotece nie mógł jej odnaleźć. Ostatni raz czytał pierwszą część tej powieści, kiedy myślał, że jego życie będzie już zawsze szczęśliwe. Jak na rozkaz jakiegoś generała podświadomości, wspomnienia rozpoczęły szturm na fortecę jego jasnych i poukładanych myśli. Sądził, iż już nigdy nie będzie cierpiał z powodu Karoliny po raz kolejny mylił się w swoim pełnym bólu życiu. Żałował, że nie może kupić tej książki z tak prozaicznego powodu, jakim był przewlekły w ostatnim czasie brak gotówki. Wieczorem tego samego dnia leżał w łóżku i słuchał muzyki dość nietypowej jak na nastolatka, szczególnie płci męskiej. Przez te kilka godzin wieczornych, a następnie nocnych był tylko widzem w kinie wspomnień podczas seansu sponsorowanego przez podświadomość. Myślał wtedy, że jego serce wyskoczy mu z piersi. Ból psychiczny, jaki przeżywał powodował, że jego ciało wiło się w konwulsjach. Raz na zawsze porzucił zamysł mszczenia się kosztem innych osób. Uświadomił sobie, iż tak naprawdę nie chce się mścić na Karolinie, a wręcz odwrotnie pragnie by mu przebaczyła. I by byli znowu razem. A teraz obok niego siedziała i wtulała się w jego ramię osoba, która nie tylko była odmiennej płci, ale w dodatku ufała mu w sposób zupełny. Nie było jednak w tym jednak nic z relacji męsko-damskich, przypominało to sytuację, w której młodsza siostra ucieka się do brata po pocieszenie oraz pomoc. Tu pojawiał się kolejny problem Pawła, nie był starszy od Oli oraz nigdy nie miał młodszej siostry. Był prawie całkowicie pozbawiony doświadczeń, które mogły by mu pomóc w tej sytuacji. Ola wtulona w jego ramię cicho, cichuteńko łkała, Paweł reagował na to w sposób zupełnie pasywny. Zdał w końcu sobie sprawę, że jeżeli czegoś nie zrobi to cała niezręczna sytuacja będzie trwała aż do chwili, kiedy ktoś ich tu znajdzie i o ile będą mieli szczęście będzie to tylko sprzątaczka, która tylko popatrzy na nich z pobłażaniem, ale jeżeli będą mieli mniej szczęścia będzie to jeden z nauczycieli. Wtedy będzie niezwykle ciekawy, dlaczego nie są na zajęciach i dlaczego Ola płacze. Powoli by nie urazić Oli objął ją jednym ramieniem. Drugim natomiast wyjął z paczki wyjętej z kieszeni chusteczkę, musiał przy tym wykazać się iście predigistatorską zręcznością. Podał chusteczkę Oli, lecz ta jej chyba nie zauważyła, ponieważ nie było ze strony Oli żadnej reakcji. Nieco tym speszony delikatnie, z czułością, której sam po sobie się nie spodziewał starł z policzków Oli łzy wraz z rozmazanym tuszem. Czynność ta spowodowała wreszcie jakąś reakcję, Ola powoli uniosła głowę i popatrzyła mu w oczy, po jej twarzy przebiegł nikły uśmiech. Przez głowę Pawła przebiegła myśl, że wygląda na bardzo bezbronną. W kolejnej chwili przytuliła się do niego w pełnym tego słowa znaczeniu, a on odwzajemnił uścisk. Trwali w tym zawieszeniu pomiędzy niebem, a ziemią aż w pewnym momencie Paweł doznał dziwnego uczucia po jego plecach zaczęły pełzać mrówki. Identyczne wrażenie jest, gdy widzimy jak ktoś intensywnie się w nas wpatruje. Obrócił głowę i bez większego zdziwienia stwierdził, iż na drugim końcu korytarza stoi Radek i przeszywa go nienawistnym spojrzeniem. Gdy tylko zorientował się, że Paweł go zauważył szybko odszedł, choć właściwszy określeniem byłoby wybiegł. W tej chwili ani Paweł ani Ola nie mogli wiedzieć jak znamienna w skutki będzie sytuacja, która rozegrała się w tym zwykłym szkolnym korytarzu. Ale czy aby na pewno zwyczajnym, tak jak najbardziej zwyczajnym, przynajmniej w tej chwili...
Paweł zorientował się, że bardzo szybko może znaleźć ich ktoś, kto nie będzie dla nich tak łaskawy i po cichu się oddali. Pomógł Oli doprowadzić się do jako takiego stanu równowagi emocjonalnej jak i fizycznej, co ku jego zaskoczeniu zostało nagrodzone delikatnym cmoknięciem w policzek. To spowodowało, iż poczuł, że traci powoli kontrolę nad sytuacją, ale czy tak naprawdę w jakimkolwiek momencie nad nią panował? Powrót na zajęcia bez uniknięcia zbędnych pytań było raczej niewykonalne, więc jednogłośnie postanowili udać się tam gdzie nikt więcej nie będzie mógł ich zobaczyć w sytuacji, która mogłaby być odczytana w sposób wielce niewłaściwy. Bez najmniejszego problemu opuścili teren szkoły, zresztą nikt z personelu szkoły zajmującego się konserwacją powierzchni płaskich, nie miał takiego polecenia, by zatrzymywać osoby chcące wyjść ze szkoły. Natomiast, jeżeli chodzi o sytuację odwrotną to sprawa miała się zgoła odmiennie. Każdy, kto chciał wejść do środka musiał najpierw przejść przez drzwi, które można otworzyć tylko od środka. Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem dyżurującej sprzątaczki oraz jeszcze czujniejszym okiem kamer. Co ciekawe kontrolę nad tym gdzie razem się teraz udadzą, przejęła Ola.

Aleksandra

Podjęła autorytatywną wspólną decyzję, że udadzą się do jej domu, aby chociaż przeczekać czas trwania lekcji. Było to podyktowane czysto praktycznymi względami, po prostu jej matka była w pracy i nikogo tam nie było. Szli niespiesznie na przystanek autobusowy, kiedy objawiło się dziwne szczęście Pawła. Deszcz, który rano tak gwałtownie się pojawił równie szybko zniknął nie pozostawiając po sobie nawet najmniejszego śladu w postaci kałuży. Mimo to jedna wielka i niezwykle lodowato zimna kropla wody spadła mu za kołnierz. Pawłem ni to podskoczył ni to wstrząsnął nim dreszcz, Ola popatrzyła na niego zdziwiona. On dłonią sięgnął z kołnierz i pokazał Oli wilgotne palce...

CDN

 
Lord_s [lord_s@o2.pl]

|strona 42|