|
OSTRZEŻENIE! Cykl nie nadaje się dla osób poniżej 18 roku życia. Będą w nim występować treści niecenzuralne. :P
PROLOG
Było ciemno, kurde nawet bardzo. Siedziałem, rzecz jasna, przed kompem.
Wkręcałem jakiegoś napaleńca na czacie, że jestem 18-letnią blondynką o
wymiarach 90:60:90. I nie spodziewałem się, że Ciemność przyszła do mnie.
Puk! Puk!
Mozolnie ruszam tyłek i podchodzę do drzwi. Otwieram, a tam stoi jakiś koleś w
płaszczu a'la Matrix. Uśmiecha się szelmowsko i wyciąga zza pazuchy gumową
marchewkę. Ściska ją. Zabawka wydaje z siebie charakterystyczny pisk. Nagle
czuję, jakbym wypił naraz z pięć 0.7. Uderzam głową o ścianę.
AKT I
Ciemność mnie chyba nie lubiła. Bo przeniosła mnie na jakieś zadupie na końcu
wszechświata, gdzie nie ma pryszniców i papieru toaletowego, a jak postawisz
lodówkę przy żyrandolu, to meble zaczynają wirować i wszędzie lata glutoplazma.
Idę sobie spokojnie, jakąś uliczką zrobioną z lukrecji. Tuż przed moim nosem
przelatuje strzała. Spoglądam w prawo, a tam stoi jakiś koleś w obcisłych
rajstopkach, ma długie blond włosy oraz posturę wymęczonego anemika. Podchodzi
do mnie i mówi:
- Witaj nieznany wędrowcze! Me imię brzmi BeGolas. A twoje? - Na początku
nie odpowiadam, bo mnie zatyka. Jakbyście się zachowali, jakby zagadał do was
jakiś blondyn wyglądający niczym pomieszanie homoseksualisty z pedofilem (i nie
chcę tu nikogo obrażać!) i był wyraźnie napalony? Jednak po chwili
niezdecydowania, patrzę na szczęśliwą twarzyczkę BeGolasa i odpowiadam:
- Zwę się Nekrofiliusz. - Kłaniam się nisko.
- Cóż za piękne imię! Och! - BeGolas klaszcze w ręce z zadowolenia.
Spoglądam na niego krzywo. Bo chwili znów zaczyna - Jestem elfem! Chcesz być w
mojej drużynie?
- E...- Nie wiem co odpowiedzieć. Ale nie potrafię odmówić BeGolasowi,
gdyż jego oczka wpatrują się we mnie z taką miłością. Widać, że chłop (?) nie ma
przyjaciół. Żal mi takich ludzi. W końcu odpowiadam - No dobra...
- Och jak wspaniale!!! - BeGolas aż zaczyna tańczyć makarenę. Stwierdzam,
że ma zgrabne ruchy.
Wędrujemy sobie już dość długo. Nic się nie wydarza. Czasem tylko BeGolas
spogląda na mnie zachłannie (brr!).
Wchodzimy na jakieś wzgórze. Na jego szczycie spotykamy jakiegoś knypka, co ma
długą, posklejaną brodę i jedzie od niego gorzałą. Bije się z jakimiś ABS-ami na
motocyklach, jeden z nich ma na bicepsie tatuaż z napisem "mamuśka".
Patrzę na przerażoną twarz BeGolasa. Elf krzyczy piskliwym głosem, którym
mógłby zabić nietoperze:
- To Czarni Harleyowcy! Są niebezpieczni! Powodują zanikanie papieru
toaletowego!
To, co powiedział BeGolas przeraziło mnie. Trzeba być już złym do szpiku kości,
żeby powodować zanik papieru do tyłka! To esencja zła!
(a teraz przejdę do narracji w czasie przeszłym :p)
Nie wytrzymałem. Podniosłem kamień i rzuciłem prosto w oko jednemu z Czarnych
Harleyowców. Zaczął kwiczeć jak zarzynane prosię. Wybekał coś do swojego
towarzysza i rzucił się na mnie. Na szczęście zwinny BeGolas z prędkością dziadka
po osiemdziesiątce wyciągnął łuk i strzelał strzałami na oślep. O dziwo, jedne z nich
przebiły opony Czarnym Harleyowcom. Obleśna banda musiała się zatrzymać i
wymienić opony. To dało nam czas do ucieczki.
Knypek, jak się potem okazało był krasnoludem i miał na imię Gili. BeGolas puszczał
mu oczko. Poczułem się zazdrosny.
Dotarliśmy do speluny "Pod rozbrykanym wieprzkiem". Usiedliśmy przy stoliku i
zamówiliśmy po browarku. Ktoś pierdnął donośnie.
Wolno sączyliśmy wiadra alkoholu. Przyglądał się nam koleś siedzący w kącie
lokalu, był zakapturzony. Dopalał zioło. BeGolas był w niego wpatrzony jak w
obrazek. Zaczął:
- Ależ pociągający jest tamten typ! Nieprawdaż, Nekrofiliuszu?
- Tak...yhm...jasne...- Mruknąłem i skrzyżowałem ręce na piersiach. Gili'emu
mucha wleciała do oka. Krzyknął:
- Ała!
Tajemniczy osobnik wciąż się nam przyglądał. Coraz nachalniej. BeGolasowi
najwyraźniej pasowały takie spojrzenia, lecz ja czułem się nieswojo. Po chwili
zakapturzona postać wstała i podeszła do naszego stolika, zdjęła kaptur....
- Osz w mordę jeża! - Wyszeptał zachwycony elf. - Przystojny....taki spocony i
nieogolony....
- Witam szacownych wędrowców. - Osobnik kiwnął głową. - Jestem
Viagragorn, zwany także Prącioświatem. - Miałbym dla was misję.
- Słuchamy. - Odpowiedzieliśmy jednocześnie, słuchając z uwagą. Tylko
BeGolas kokieteryjnie przebierał włosy długimi, zaprawionymi w bojach palcami.
KONIEC AKTU I
AKT II
Viagragorn wytłumaczył nam, że poszukuje jakiegoś Smroda, który posiada Jedyny
Zwisior. I ten Zwisior trzeba wrzucić do Wieży Odrobaczenia. Lecz, po co? Tego
Prącioświat nam nie powiedział.
Żeśmy doszli do jakiegoś kurhanu. Rozpaliliśmy ognisko, Gili wykazał się
wspaniałymi zdolnościami manualnymi - powiesił koc na drzewie. To był nasz szałas.
BeGolas czyścił swój łuk, Viagragorn polerował motykę. Tylko ja nie miałem żadnej
broni. Smutne. Chociaż moje niezwykłe talenty miały się niedługo ujawnić.
Ognisko przygasało, my spaliśmy. Nagle obudził nas dziwny dźwięk. Zza głazu
wyskoczyła kurduplasta, zakapturzona postać. Viagragorn błyskawicznie wyciągnął
swoją motykę, która nosiła dumne imię "Pomen". Pomachał nią groźnie. Postać
kwiknęła i podskoczyła. Kaptur zleciał jej z głowy. Prącioświat wykrzyknął radośnie:
- Smrodzie! Nareszcie jesteś tak długo cię szukałem! - I przytulił małego Smroda,
należącego do rasy ho-bitów.
- Hm....! - Mruknął BeGolas patrząc złowieszczo na Smroda.
Nad ranem wyruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Ten wredny Smród nie chciał nam
pokazać Jedynego Zwisiora. Cham zbolały.
Zmierzaliśmy powolnym, aczkolwiek stanowczym krokiem do siedziby elfów -
Rivenhell. Przemierzaliśmy leśną gęstwinę. A była ona tak gęsta, że Viagragorn
musiał użyć swojej motyki i wygrabić nam drogę.
A Gili drapał się po tyłku.
Zatrzymaliśmy się, ponieważ BeGolas wbił sobie drzazgę w paluszek, co sprawiało
ból nieopisany. Musieliśmy ją wyjąć. Podczas gdy reszta drużyny pomagała elfowi, ja
czułem coś dziwnego. Coś podejrzanego wisiało w powietrzu. Albo może to tylko
Gili się spierdział.
Jakiś kamień wtoczył się pod moją stopę. To już musiał być znak. I faktycznie był,
gdyż z leśnej gęstwiny, już wygrabionej przez Viagragorna, wyskoczył jeden z
Czarnych Harleyowców. Zaczął mówić coś w swoim języku, tzn. począł bekać.
Jednakowoż dziwnym zbiegiem okoliczności ja- Nekrofiliusz - rozumiałem te
dźwięki.
- To jest Smród! I ma Zwisior! Oddajcie mi go, wy nędzne gałgany ! ! !
Natychmiast przetłumaczyłem to moim towarzyszom. To była wpadka Harleyowca,
gdyż Prącioświata ta obelga wkurzyła nieopisanie. A w razie wpadki trzeba użyć
"Pomena". Viagragorn zamachnął się i zaczął zagrabiać Czarnego. Rzeź. Ręka, noga,
mózg na drzewie (ścianie?). Noga Harleyowca poleciała w prawo, rączka zaś w
lewo. Viagragorn aż się spocił.
- Ależ ty seksownie teraz wyglądasz, Viagragornie! - Powiedział zachwycony
BeGolas.
- Wiem. - Odpowiedział krótko Prącioświat. Machnął ręką na rozbebeszone
zwłoki. Poszedł w kierunku niezagrabionej leśnej gęstwiny. Patrząc na zwłoki
poczułem dziwne, ale miłe uczucie. Coś jak podniecenie. Tak bardzo chciałem
dotykać te zwłoki...ach! Nie wiem co by się stało gdyby nie BeGolas, który
krzyknął:
- Chodź, Nekrofiliusz. - I złapał mnie za rękę. Gili ukradkiem schował gałki
oczne i mózg. Był amatorem podrobów. Patyczak wleciał mu do oka. Pisnął:
- Ała!
KONIEC AKTU II
AKT III
Nareszcie. Po wyczerpującej, bo aż półgodzinnej podróży dotarliśmy do Rivenhell.
Szczerze mówiąc, zupełnie inaczej wyobrażałem sobie to miejsce. Myślałem, że będą
tam jakieś wodospady, zielone łączki itp. W rzeczywistości budynek Rivenhell
przypominał swoim kształtem łeb jakiegoś szaleńca z rogami. W jego oczach migał
napis: "Piekiełko". Wchodziło się poprzez jego paszczę, z której wydobywały się
dziwne dźwięki, coś na podobieństwo głośnej muzyki heavy metalowej. Nie
wiedziałem, że w krainach fantasy słuchają Vadera :D :P.
W środku Rivenhell przypominało natomiast klub z tańcem typu go-go. Elfki w
obcisłych, silikonowych strojach tańczyły na rurach i uśmiechały się zalotnie do
odwiedzających. Mi, Giliemu, Smrodowi oraz Viagragornowi się to podobało,
natomiast BeGolas skomentował to krótko:
- Tania rozrywka dla heteroseksualistów.
Viagragorn poszedł szukać elfa, który załatwi nam zapasy na drogę. My tymczasem
usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy po groźnej mary. BeGolas z niesmakiem
obserwował wdzięczące się tancerki. Na scenę wjechała gigantyczna salaterka ze
zgnitymi truskawkami w środku. Wskoczyły do niej dwie elfki w zwiewnych strojach
i zaczęły się, że tak powiem "szamotać". Powiedziałem:
- Niezła orgia w przegnitych truskawkach.
- Ano fakt. - Potwierdził Gili, który jak to przystało na górnika przodowego,
dłubał teraz zażarcie w prawej dziurze nosowej.
- Nic ciekawego. - Odrzekł obojętnie BeGolas. - Phi! - Powiedział z pogardą.
- Ale i tak lepsze byłyby zwłoki. - Odezwałem się po chwili, drapiąc się po
języku.
- Ano fakt. - Odpowiedział Gili i znów chciał włożyć kciuk do nosa, ale nie
wycelował i trafił w oko. Krzyknął - Ała! (hm...czytelniku czyżby małe deja vu? :P)
Viagragorn wrócił po godzinie z "Pomenem" w nowej pochwie (hm...). Pewnie
dostał ją od tego elfa. Prącioświat odrzekł:
- Ponieważ nikomu nie chce się eskortować Smroda do Wieży Odrobaczenia,
Fetorlond, władca Rivenhell zadecydował, że my obejmiemy zaszczytną funkcję
Drużyny Zwisiora! - Uśmiechnął się szyderczo. - W składzie: Viagragorn - mężny
wojownik ze Splendoru, BeGolas - zwinny łucznik, Gili - znakomity górnik
przodowy ze znamienitego rodu Glutorąbów oraz Nekrofiliusz -
ee...e...e...pochodzenie nieznane...umiejętności także...no i będzie tego. - Spojrzałem
na niego krzywo. Prącioświat się zmieszał i uciął krótko - Chodźmy spać. Czeka nas
niedługo najcięższa część wędrówki.
- A dostanę pokój z tobą? - Oczy BeGolasa aż błyszczały z podniecenia,
zrobiły się nienaturalnie wielkie (ale czy cokolwiek w BeGolasie było naturalne?).
Przeraziło mnie to.
- Być może. - Odparł intrygująco Viagragorn.
Niestety, to ja dostałem pokój z BeGolasem. Gili i Smród spali razem z
Viagragornem.
Elf cały czas posyłał mi zalotne spojrzenia. Wiedziałem o co mu chodziło, każdy głupi
by się skapnął. Schowałem głowę pod kołdrą. Drżałem. Nadal czułem na sobie
spojrzenia napalonego BeGolasa. Jednak pomyślałem.....W sumie, co mam do
stracenia? Zrzuciłem kołdrę. Usiadłem na łóżku. Westchnąłem. Spojrzałem elfowi
głęboko w oczy i powiedziałem:
- Ech...im szybciej tym lepiej.
- Jupi! - Krzyknął BeGolas i niczym rozwścieczony knur, rzucił się na mnie.
(fragment opisujący "scenę" został wycięty ze względu na tych bardziej wrażliwych
czytelników :p ograniczę się tylko do paru dialogów, które padły podczas całej
sytuacji)
- Ha ha!
- Hi hi!
- Ho ho!
- O tutaj!
- No w tym miejscu,
- Jeszcze ! ! !
Po całym zdarzeniu BeGolas odrzucił mnie na bok niczym zużyty sprzęt. Sapał
ciężko. Ale trzeba przyznać, że było miło.
Muszę się częściej spotykać z homoseksualnymi elfami sam na sam w pokoju.
O! Świta już....
KONIEC AKTU III
AKT IV
Zaopatrzeni w potrzebne rzeczy mogliśmy wyruszyć w dalszą wędrówkę. Tzn.
Viagragorn wyłudził od Fetorlonda trochę żarcia, koce, materace oraz tabletki
zwiększające potencję. Zupełnie nie wiem czemu. Czyżby Prącioświat miał
kompleksy?
Pomachaliśmy mieszkańcom Rivenhell na pożegnanie. Wzruszające.
Następnym naszym celem była Trollia, fabryka grabi należąca do rodziny Gili'ego.
Trollia produkowała najlepsze grabie, które znane były w całym Śróbziemiu. Chociaż
Prącioświat uważał, że motyki i tak są najlepszą bronią.
- Musi gdzieś tu być wejście! - Mruczał Gili macając kamienną ścianę. - Przecież
pamiętam....było tutaj...kurde, no!
- Wiesz co, Gili? Spędziłeś tu całe dzieciństwo, a teraz nie pamiętasz jak się tu
dostać. Zaiste, jedwabiste. - Powiedziałem.
- Zamknijże pysk, Nekrofiliusz. Idę do klopa. - I wyraźnie rozkraczony
podążył w kierunku toalety. Skąd kibel na takim zadupiu - nie wiedziałem. Krainy
Śróbziemia są jeszcze bardziej pokręcone niż myślałem...
Po chwili słychać było stęki Gili'ego. BeGolas skrzywił się. Potem rozległ się dźwięk
zasuwanego rozporka i charakterystyczny plusk. I w tym właśnie momencie Toi -
Toi'ka przesunęła się parę metrów w prawo. Spod niej wyrosła gigantyczna winda.
- No to już wiemy jak dostać się do środka. - Odrzekł Viagragorn zakładając
przy okazji nowe kalesony służbowe oraz ponętne rybaczki. BeGolas wydał z siebie
dziwny dźwięk:
- Mrrauu.....
Weszliśmy do środka. Istna ruina. Wszędzie było ciemno jak w nie powiem gdzie.
Przypomniałem sobie, że w swoich obdartych dżinsach miałem kieszonkowy zestaw
"survivalowy", w którym to znajdowała się miniaturowa latarka. Zapaliłem ją. Smród
nie krył zaskoczenia:
- A cóż to jest? Czyżby różdżka? Pochodnia, która płonie bez ognia?
- Hm, ta ostatnia opcja pasuje najbardziej.
- Interesujące. - Podrapał się po brodzie Prącioświat. - Mieszkańcy twoich
krain muszą być bardzo inteligentni, skoro wymyślają takie wynalazki.
- W to nie wątpię. - Potwierdziłem szczerząc zęby.
W każdym bądź razie, zrobiło się jasno. Co nie spodobało się Gili'emu gdyż ujrzał
coś, czego ujrzeć nie powinien. Cała fabryka grabi leżała w gruzach! Taśmy
produkcyjne powyginane, wszędzie walały się niedokończone grabie, maszyneria
zgruchocona przez wielką gruchę. Gili uciekł do kąta, skulił się i zaczął przebierać
nerwowo palcami. Viagragorn podszedł do niego i strzelił mu w pysk. Krasnolud
popatrzył się groźnie i odrzekł:
- "Ty nie naciskaj, bo się w sobie zamknę".
- Gili, uspokój się! Nie wiemy co tu się stało. Nie możemy nic na to poradzić.
Możemy tylko jakoś sprawdzić kto doprowadził do zniszczenia Trolli.
Viagragorn nie musiał długo czekać na odpowiedź, gdyż nagle zza ściany wyskoczyły
miliony małych trolli. Te upierdliwe maleńkie stworzonka ubrane były w ogrodniczki,
a w rękach dzierżyły odświeżacze powietrza. Ulubionym ich okrzykiem wojennym
było:
- POGO5!
- Uciekajmy ile jaj w nogach. - Powiedział Gili. Pędem ruszyliśmy w kierunku
następnej komnaty. BeGolas niezwykle zgrzybiałymi ruchami wyciągnął łuk i starał się
utrzymywać trolle na odległość. Ja pędziłem pierwszy, moje dready zasłaniały twarz.
Biegłem na oślep. W końcu walnąłem w jakieś drzwi. Prącioświat westchnął,
otworzył drzwi i wciągnął mnie do środka. Zabarykadowaliśmy się kartonami po
grabiach. Pomacałem czoło i zacząłem się rozglądać. Byliśmy w małym magazynie.
Usiadłem na jakimś przedmiocie. Rzecz zaczęła się ruszać i chrząkać. Wzdrygnąłem
się i schowałem za Smrodem. Krzyknąłem:
- Zjedz jego, a nie mnie! On taki bardziej soczysty.
- Nekrofiliusz, ty patafianie! - Powiedział Smród.
- Chętnie bym coś przekąsił. - opowiedział przedmiot. Wstał, stękając. Był to
jakiś starzec w ogrodniczkach i pozaciąganym sweterku, miał jednego trampka.
Posiadał dziwaczny kapelusz, który wyglądał jak miska a z boku miał przylepione
dwie puszki kOli, każda z długą rurą. Viagragorn zrobił wielkie oczy. Wyskoczyły
mu z orbit.
- Pierogalf Pierożny! Jak ja cię dawno nie widziałem, mój ziomie z daleka!
- Zakurzyłem się nieco. - Odrzekł Pierogalf prostując zdrętwiałe członki.
- Nie chcę przeszkadzać.... - Wtrącił obojętnie BeGolas. - Ale zaraz wpadną
tu małe trolle i zrobią z nas papier toaletowy.
- Nie martwcie się. Ja je wypędzę. Przecież władam potężną magią małych
trolli! - Odrzekł dumnie mag.
- Więc, czemu te małe gówienka wciąż latają po Trolli i chcą nas
zlikwidować? - Spytałem.
- E...no nie wiem...ale poradzę sobie! Małe trolle są wredne. Przecież to ja je
stworzyłem. Z takich maciupeńkich komórek....
- Zamilknij cnotliwy starcze i zrób coś konkretnego. - Tupnąłem nogą.
Viagragorn popatrzył na mnie wyraźnie wystraszony. Jeszcze nie widział mnie w
takiej furii.
- Dobra dobra.... - Odburknął Pierogalf. Zaczął tańczyć i wymachiwać swoją
różdżką. Nagle ściany zaczęły drżeć tak, że z jednej z pajęczyn z cichym piskiem
zleciał pajączek.
- Pierogalfie, czy to twoja magia? - Spytał nieśmiało Gili.
- Nie sądzę. To jest.....Glurog!
- O kurde. - Podsumował trafnie Viagragorn.
Po chwili do pomieszczenie wpadł straszliwy potwór - Glurog. Wyglądał jak
gigantyczny obwieś z tlenionymi włosami i pluł płonącymi Szajbami (Szajba -
człowiek wysmarowany glutem). Wystrzelił jedną Szajbę i magazynek zapełnił się
lepkim glutem. Nasza gromadka zaczęła uciekać. Dobiegli do jakiegoś mostu.
Pierogalf zatrzymał się na środku. Krzyknął:
- Biegnijcie beze mnie! Powstrzymam go.
- Nie możemy bez ciebie, Pierogalfie! - Wykrzyknął rozpaczliwie BeGolas.
- Musicie doprowadzić Smroda do Wieży Odrobaczenia! To jedyna nadzieja
dla Śróbziemia. Zróbcie to dla wszystkich dobrych ludów! - Po tych słowach
Glurog stanął oko w oko z magikiem. Mag wyciągnął przed siebie swoją różdżkę i
zaczął szeptać zaklęcie. Gili, który jadł właśnie banana (Bóg wie, skąd go miał)
wyrzucił skórkę. Dziwnym trafem monstrum wywinęło orła na skórce od banana.
Most zapadł się. Po chwili Glurog spadł w czarną czeluść. Wyleciała stamtąd tylko
jedna płonąca Szajba.
Pierogalf zabrał dłonie z twarzy. Podsumował:
-Ależ ja jestem potężny.
-E.....no fakt. - Powiedziała zgodnie cała Drużyna Zwisiora.
KONIEC AKTU IV
AKT V
Następnym punktem podróży było Durien, siedziba elfów. Wędrowcy przemierzali
powoli, aczkolwiek stanowczo gęstą puszczę.
C.D.N.
Evolva [ksiondz_lorenzo@o2.pl]
|