| ||||||||||||||||||||||||||||
| poprzednie - spis treści - następne | | ||||||||||||||||||||||||||||
Strona - 07 - Evanescence...
O Evanescence słów kilkaGdy uszy zaczynały odpadać po setnym wysłuchaniu piosenki "Bring Me To Life" w radiu czy telewizji, gdy już nawet podążające za nowymi modami rencistki nuciły sobie chwytliwą melodią utworu w drodze na rynek - nadal tak naprawdę nie było wiadomo, o co chodzi. Jak zwykle w takich sytuacjach, popyt na jakiekolwiek informacje o nowym zespole wywołał lawinę, często sprzecznych ze sobą, nowinek na temat Evanescence - obiektu mojego zainteresowania wyrażonego w tym tekście. Spróbuję zamienić się w sędziego autentyczności tych rewelacji i przekazać wam tylko informacje wiarygodne.
Wszystko zaczęło się pod koniec lat 90. w Little Rock, stolicy stanu Arkansas. Tam właśnie wychowywał się młodzieniec o nazwisku Ben Moody, odpowiedzialny w przyszłości za muzykę Evanescence. Wiódł tam spokojny, prowincjonalny żywot. Do czasu, kiedy w szóstej klasie spotkał na obozie letnim niejaką Amy Lee, późniejszą wokalistkę grupy. Przyłapał ją gdy wykonywała piosenkę "I'd do anything for love" z repertuaru Meat Loaf, przy własnoręcznym akompaniamencie fortepianu (oboje złączeni moją bujną wyobraźnią, ukrywają się w dalszej części tekstu pod speckodem "Duet"). Po euforycznej reakcji Bena na jej śpiew, odbyli kilkugodzinną rozmowę o swoich preferencjach muzycznych. Kolejne nazwiska idoli i akustycznych drogowskazów (od Michaela Jacksona, poprzez Bjork i Tori Amos, aż po zespoły Korn i Tool) pokrywały się u obojga założycieli Evanescence. Już wtedy podjęli stanowczą decyzję - zakładamy zespół.
Tożsame fascynacje muzyczne nie mogły być jednak i nie były przepustką do gładkiej kariery. Zaczynali oczywiście od lokalnych rozgłośni radiowych. Regionalny, szowinistyczny gust nastawiony wyłącznie na death metal i muzykę starszego pokolenia, starał się odrzucić twórczość zespołu już w przedbiegach. Zresztą z długotrwałym pozytywnym skutkiem. Z absolutnie nieznanych nawet samym muzykom przyczyn, największą popularność zdobyła w owym czasie dopiero absurdalna 7-minutowa piosenka "Understanding". Naturalnym przedłużeniem radiowego sukcesu nie mogły stać się jednak w przypadku grupy atrakcyjne koncerty, które są dla większości zespołów rockowych fundamentem ewentualnej przyszłej, masowej popularności. Evanescence - zarówno wtedy jak i dziś - to jedynie duet: Amy Lee i Ben Moody. John LeCompt (gitara) i Rocky Gray (perkusja) uzupełniają tylko skład koncertowy zespołu. Na początku kariery, pary mieszanej nie było stać na wynajęcie muzyków koncertowych. A o przyjęciu do zespołu nowych, stałych członków nie było mowy - rozumieli się muzycznie tylko we dwoje.
|
Tak trwali aż do przypadkowego spotkania z Petem Mathewsem. Wysłannik fonograficznego potwora o nazwie Wind-up usłyszał zespół, gdy nagrywali materiał w Memphis. Zainteresowanie dużej wytwórni ściągnęło za sobą spory zastrzyk finansowy. Jak w bajce o kopciuszku, trzy dni później byli już w Nowym Jorku i przygotowywali się do nagrania pierwszej oficjalnej, wysokonakładowej płyty zatytułowanej "Fallen".
Kilka piosenek z tego krążka można było usłyszeć na wcześniejszych, produkowanych przez sam zespół demówkach. Najstarsze znalazły się już na "wydanej" w liczbie 100 egzemplarzy EP-ce "Evanescence" z 1998 roku. Są to zatem swoiste repertuarowe perełki, które - szlifowane przez pięć lat - wreszcie ujrzały prawdziwe światło dzienne. "Bring Me To Life", siejący od jakiegoś czasu spustoszenie na listach przebojów, powstał jednak stosunkowo niedawno. Utwór ten jest również ewenementem w karierze zespołu z jednego, prostego powodu - wokalistkę wspomaga tu przybysz z formacji 12 Stones, niejaki Paul McCoy. Jako że piosenka promuje ścieżkę dźwiękową filmu "Daredevil", wytwórnia wydająca ów album zażyczyła sobie dodania męskiego głosu w refrenie tego kawałka. Wybór padł na znanego członkom zespołu, wymienionego wyżej z imienia i nazwiska śpiewaka. Co zdarzyło się później - wszyscy doświadczamy na naszych oczach i uszach, molestowani niekończącymi się projekcjami videoclipu do piosenki "Bring Me To Life" w telewizji czy też ogłuszani nią samą w radiu. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Jak wspominałem na samym początku, przysłowiowe "kolorowe pisemka" zapełniły się w pewnym momencie przedziwnymi plotkami na temat zespołu. Osobiście najbardziej przypadła mi do gustu jedna z nich, mówiąca o rzekomym romansie wokalistki z gitarzystą. Duet zna się przecież tyle lat i zapewne już w szkole grywali oni w miłosne podchody - to takie oczywiste. Bohaterowie niedoszłego muzycznego "love story" cierpliwie ucinają jednak w kolejnych wywiadach wszystkie spekulacje. Nowa twarz sceniczna sprowokowała oczywiście fachowców do zabawy w katalogowanie show-biznesowego noworodka. Mówię wprost: muzyka zespołu jest długimi okresami głośna, choć potrafią skupić na sobie uwagę także spokojniejszymi dźwiękami. Natomiast teksty - traktujące o religii, miłości czy samobójstwie - mają wspierać na duchu załamanych i pokazywać im, że nie są sami w cierpieniu. Ogólny przekaz, przynajmniej w założeniach dwójki wodzów stada Evanescence, ma być pozytywny.
Popkulturowi mesjasze, przybrudzeni ciężarem gatunkowym swojej twórczości wydali właśnie drugi singiel z płyty - "Going Under". Cały album utrzyma jeszcze przez jakiś czas nabywczą tendencję zwyżkową. Jak długo - zobaczymy.
Autor: Nawrotus nawrotus@poczta.fm | |||||||||||||||||||||||||||
| | poprzednie - spis treści - następne | | ||||||||||||||||||||||||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej
formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | ||||||||||||||||||||||||||||