|
Michał Chmielewski
Michał Chmielewski
A myślałem, że sam takiego tekstu nie napiszę. Bo co kogo może interesować moja
historia z książkami, jakie czytałem dawno temu, jaka wywarła na mnie największe
wrażenie itp. Niby sam takie wspomnienia lubię czytać, ale jakoś nigdy nie
siliłem się na własną regresję.
A tu proszę...
W AMagu i tymże kąciku każdy tekst na ten temat pod jednym względem był taki sam
- autorzy zaczynali swoje czytelnicze przygody jeszcze w czasach dzieciństwa,
kiedy nie ma się większego pojęcia o, załóżmy, funkcjonowaniu maszynki do
golenia. Pod tym względem jestem oryginalny. Pierwsza książka, jaką
przemaglowałem, nazywała się "Jurassic park" i było to w trzeciej klasie
gimnazjum. Późno? Być może. Wcześniej na samą myśl o zapoznaniu się z samym
dwustronicowym wstępem mój płat czołowy dostawał trzęsiawki. Nigdy nie
siedziałem do późna pod kołdrą z latarką i "Przygodami Tomka Sawyera", dotkliwie
czując przy tym swoje tłumione bąki; nigdy nie wytykano mnie palcami i nazywano
molem książkowym, gdyż wiadomo było wszem i wobec, że Chmielu, ten, co "każdemu
potrafi nawkładać na 20 różnych sposobów nie powtarzając się" (opinia dawnego
przyjaciela, nie moja), o książkach ma dość jasne i jednoznaczne zdanie -
archaiczne, czyli do niczego. Uważałem je za solidnie przeterminowany środek
ludzkiego przekazu, który należało zastąpić albo adaptacjami filmowymi, skoro
niektóre z nich były naprawdę dziełami, albo urządzić wielkie barbekju.
I nie musiałem się kryć z tymi opiniami, gdyż żyłem - i żyję nadal - w
otoczeniu, gdzie takie właśnie zdanie o literaturze uznawane jest za jedyne,
słuszne i właściwe aż do bólu. Fajnie, nie? Moje szczeniactwo opierało się na
bieganiu z kilkoma innymi szczeniakami naraz, ładowaniu piłki do bramki na
szkolnym boisku, niwelowaniu lęku wysokości przy zabawie w berka na drzewach,
obmyślaniu planu, jak skutecznie umilić życie podłej sąsiadce, notorycznych i
zuchwałych kradzieży frotek z włosów koleżanek i wiele więcej. Ale na książkę
jakoś nie starczyło miejsca.
Aż od niechcenia, bo nudziło mi się okrutnie, sięgnąłem po coś, czego moja
polonistka nigdy nie zachwalała, czyli ww. opowieść o dinozaurach Crichtona.
Trzy dni później lekturę miałem za sobą i tu, właśnie w tym miejscu coś się
stało, obluzowała się jedna komórka w mózgu, tworząc coś na kształt mentalnej
zmiany. Oto bowiem okazało się, że książkę da się przeczytać i - dacie wiarę?! -
może sprawiać to przyjemność.
|
|
Dalej szło już jak z górki i to na wózku. "Kukułcze jajo" Clifforda Stolla
wchłonąłem jak dziecko - zachłannie, bez przerwy. Trzy razy pod rząd, kapujecie?
Trzy razy pod rząd przeczytałem jedną powieść, co wcześniej miałoby miejsce
tylko w ramach ostateczności koniecznej.
Następnie wstąpiłem do Klubu Świata Książki, poznając tym samym twórczość
Harlana Cobena. Wtedy zakochałem się w jego zakręconych jak świński ogon
fabułach. Na dodatek od klubu otrzymałem iście kozacką kartę członkowską.
A w pierwszej klasie technikum, dzień przed feriami świątecznymi, przyjaciel
rzucił w bibliotece hasło Stephen King. Aha, horrory, dzięki, ale chyba nie.
Przeczytaj, dobrze radzę - rzucił raz jeszcze. I okazało się, że wpędził mnie w
nałóg, bo proza Kinga stała się dla mnie codzienną i potrzebną dawką literackiej
kokainy, którą zażywać musiałem bezapelacyjnie. King, tekst spod jego palców,
zmienił mnie. Utożsamiałem się niemal z każdym głównym bohaterem każdej książki,
od każdego z nich robiłem tejkower większego lub mniejszego kawałka życiowej
dewizy. Andy Dufrense z Shawshank, tworzący ostatni Bastion ocalałych
głuchoniemy Nick Andros czy Bobby Garfield, jeden z Atlantydów - to tylko kilka
z nich. W moim słowniku Stephen King stał się synonimem "dobrej książki".
Prawdziwy wzorzec dla innych pisarzy.
A dziś sam jestem dziadkiem... W obecnych czasach czytanie stało się dla mnie
bardziej pospolite, niż oglądanie telewizji, bo do niej nie zaglądam prawie
wcale. Kiedyś śmiałem się ze stwierdzeń, że książka to prawdziwy przyjaciel
człowieka. Dziś, odstawiając cynizm na bok, który stwierdziłby, że do książki
wyżalić się nie mogę, mógłbym się pod tą sentencją podpisać.
Bo książka naprawdę potrafi być przyjacielem.
|