Kwiecień 2006      


|:  VARIA  :|

Michał Chmielewski
Michał Chmielewski

A myślałem, że sam takiego tekstu nie napiszę. Bo co kogo może interesować moja historia z książkami, jakie czytałem dawno temu, jaka wywarła na mnie największe wrażenie itp. Niby sam takie wspomnienia lubię czytać, ale jakoś nigdy nie siliłem się na własną regresję.
A tu proszę...

W AMagu i tymże kąciku każdy tekst na ten temat pod jednym względem był taki sam - autorzy zaczynali swoje czytelnicze przygody jeszcze w czasach dzieciństwa, kiedy nie ma się większego pojęcia o, załóżmy, funkcjonowaniu maszynki do golenia. Pod tym względem jestem oryginalny. Pierwsza książka, jaką przemaglowałem, nazywała się "Jurassic park" i było to w trzeciej klasie gimnazjum. Późno? Być może. Wcześniej na samą myśl o zapoznaniu się z samym dwustronicowym wstępem mój płat czołowy dostawał trzęsiawki. Nigdy nie siedziałem do późna pod kołdrą z latarką i "Przygodami Tomka Sawyera", dotkliwie czując przy tym swoje tłumione bąki; nigdy nie wytykano mnie palcami i nazywano molem książkowym, gdyż wiadomo było wszem i wobec, że Chmielu, ten, co "każdemu potrafi nawkładać na 20 różnych sposobów nie powtarzając się" (opinia dawnego przyjaciela, nie moja), o książkach ma dość jasne i jednoznaczne zdanie - archaiczne, czyli do niczego. Uważałem je za solidnie przeterminowany środek ludzkiego przekazu, który należało zastąpić albo adaptacjami filmowymi, skoro niektóre z nich były naprawdę dziełami, albo urządzić wielkie barbekju.

I nie musiałem się kryć z tymi opiniami, gdyż żyłem - i żyję nadal - w otoczeniu, gdzie takie właśnie zdanie o literaturze uznawane jest za jedyne, słuszne i właściwe aż do bólu. Fajnie, nie? Moje szczeniactwo opierało się na bieganiu z kilkoma innymi szczeniakami naraz, ładowaniu piłki do bramki na szkolnym boisku, niwelowaniu lęku wysokości przy zabawie w berka na drzewach, obmyślaniu planu, jak skutecznie umilić życie podłej sąsiadce, notorycznych i zuchwałych kradzieży frotek z włosów koleżanek i wiele więcej. Ale na książkę jakoś nie starczyło miejsca.
Aż od niechcenia, bo nudziło mi się okrutnie, sięgnąłem po coś, czego moja polonistka nigdy nie zachwalała, czyli ww. opowieść o dinozaurach Crichtona. Trzy dni później lekturę miałem za sobą i tu, właśnie w tym miejscu coś się stało, obluzowała się jedna komórka w mózgu, tworząc coś na kształt mentalnej zmiany. Oto bowiem okazało się, że książkę da się przeczytać i - dacie wiarę?! - może sprawiać to przyjemność.
 


Dalej szło już jak z górki i to na wózku. "Kukułcze jajo" Clifforda Stolla wchłonąłem jak dziecko - zachłannie, bez przerwy. Trzy razy pod rząd, kapujecie? Trzy razy pod rząd przeczytałem jedną powieść, co wcześniej miałoby miejsce tylko w ramach ostateczności koniecznej.
Następnie wstąpiłem do Klubu Świata Książki, poznając tym samym twórczość Harlana Cobena. Wtedy zakochałem się w jego zakręconych jak świński ogon fabułach. Na dodatek od klubu otrzymałem iście kozacką kartę członkowską.
A w pierwszej klasie technikum, dzień przed feriami świątecznymi, przyjaciel rzucił w bibliotece hasło Stephen King. Aha, horrory, dzięki, ale chyba nie. Przeczytaj, dobrze radzę - rzucił raz jeszcze. I okazało się, że wpędził mnie w nałóg, bo proza Kinga stała się dla mnie codzienną i potrzebną dawką literackiej kokainy, którą zażywać musiałem bezapelacyjnie. King, tekst spod jego palców, zmienił mnie. Utożsamiałem się niemal z każdym głównym bohaterem każdej książki, od każdego z nich robiłem tejkower większego lub mniejszego kawałka życiowej dewizy. Andy Dufrense z Shawshank, tworzący ostatni Bastion ocalałych głuchoniemy Nick Andros czy Bobby Garfield, jeden z Atlantydów - to tylko kilka z nich. W moim słowniku Stephen King stał się synonimem "dobrej książki". Prawdziwy wzorzec dla innych pisarzy.

A dziś sam jestem dziadkiem... W obecnych czasach czytanie stało się dla mnie bardziej pospolite, niż oglądanie telewizji, bo do niej nie zaglądam prawie wcale. Kiedyś śmiałem się ze stwierdzeń, że książka to prawdziwy przyjaciel człowieka. Dziś, odstawiając cynizm na bok, który stwierdziłby, że do książki wyżalić się nie mogę, mógłbym się pod tą sentencją podpisać.
Bo książka naprawdę potrafi być przyjacielem.

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!