|
J.R.R Tolkien - Hobbit
Dusqmad
„Hobbit” – któż nie zna tej powieści? Dla jednych
to początek przygody z fantastyką, innych zmusiło do tego Ministerstwo Edukacji
Narodowej, jeszcze inni sięgnęli po tą powieść pod wpływem „Władcy Pierścieni”.
Ja należę do tej ostatniej grupy. Co za tym idzie? Gdy wziąłem omawianą książkę
w swe ręce miałem ogromne oczekiwania. Liczyłem na coś na miarę wspomnianej
trylogii, dzieło emanujące magią, przygodą i nieustannym napięciem. A mówiąc
bardziej ogólnie - coś co sprawi, że dokąd nie przeczytam ostatniej strony
otaczający mnie świat będzie na drugim planie, wręcz przestanie się liczyć. Jak
to ująć? Pierwszy krok ku temu aby być zawiedzionym - otóż to...
O co w tym wszystkim chodzi? Na początku poznajemy hobbita nazwiskiem Bilbo
Baggins. Jego życie jest spokojne, żaden dzień nie wyróżnia się na tle innych.
Do czasu… Ano pewnego razu do pięknego i spokojnego Shire zawitał Gandalf. Z
początku nie wróżyło to niczego nadzwyczajnego, bo przecież czarodziej ten nie
raz już pojawiał się w tych stronach. Wieczorem jednak za jego namową do nory
naszego hobbita zawitało trzynaście krasnoludów. Ich plan był określony prosto –
wykraść smokowi Smaugowi skarby ich przodków, które ten niegdyś sobie
przywłaszczył. Oczywiście Bilbo ma okazać się bardzo przydatny, gdyż w ich
drużynie brakuje włamywacza, bez którego cała wyprawa nie miałaby najmniejszego
sensu. Poza tym jak wszystkim wiadomo trzynastka to liczba bynajmniej nie
wróżąca szczęścia. Nie trudno zgadnąć jaka będzie decyzja naszego bohatera, ale
jak drużyna przebrnie przez wszystkie etapy i z jakim skutkiem? Tego dowiecie
się już sami przewracając karty tej baśniowej powieści.
Już sam początek sprawił, że przez kilkanaście stron brnąłem z uczuciem nudy.
Zaczęło się jak na typową bajkę przystało. Dalej Tolkien nie stronił od
pieczołowitego wprowadzenia do tematu i dość licznych opisów, które w wielu
przypadkach nie wnoszą praktycznie niczego do rozwoju akcji, a są jedynie
wprowadzeniem do świata przedstawionego, prezentacją uroków Śródziemia. Z bólem,
nie raz już zupełnie zdekoncentrowany przebrnąłem do dalszych stron. No i w
jednej chwili stało się coś na miarę przemiany brzydkiego kaczątka. Rozpoczęła
się wielka przygoda, której podstawowymi elementami była walka o życie,
ucieczka, nie zabrakło też obowiązkowej, może trochę mitycznej magii. Bynajmniej
nie typowej, lecz tej niepowtarzalnej, charakterystycznej dla świata kreowanego
przez Tolkiena. Czemu więc mogę zawdzięczać to z złudne uczucie jakoby książka
była istnym przeciętniakiem skierowanym do najmłodszej grupy odbiorców? Prosta
sprawa - na początku nasz główny bohater jest zwykłą, szarą postacią poddającą
się rutynie dnia i wyróżniającą się pedantycznym podejściem do błahych spraw.
Gdzie mu do bohatera, kogoś kto umie się poświęcić, kogoś kto wie czym jest
życie poza ciepłą, rażącą w oczy nieskazitelnym porządkiem norą. Z czasem jednak
ewoluuje, zmienia się jego styl życia, a przede wszystkim zaskakuje nas
skłonnościami, o które trudno byłoby go wcześniej posądzać. Tym samym zaczyna
budzić sympatię czytelnika…
Mimo wszystkich istotnych zalet uważam, że książka jest trochę nierówna.
Balansuje miedzy lepszymi, a gorszymi momentami. Tymi naprawdę wciągającymi i
tymi, które czasem mogą znudzić czytelnika, bo nie kryjmy, że z takowymi również
będziemy obcować. Co jeszcze można uznać za wadę? Powieść jest dobra, ale nie ma
w niej niczego takiego, co sprawiłoby, że w przyszłości jakoś sentymentalnie
będziemy ją wspominać. To po prostu godna uwagi pozycja, coś w sam raz na kilka
wieczorów, nic do czego warto w wracać po latach, a wiem coś o tym, gdyż zanim
zabrałem się za napisanie tej recenzji zrobiłem sobie małą powtórkę. Może jestem
zbyt wymagający, gdyż „Hobbit” to raczej ukłon w stronę młodszych czytelników,
ale brakuje mi tu jakichś rozbudowanych, skomplikowanych wątków, a po
przeczytaniu wręcz trudno odnieść wrażenie, że to preludium do „Władcy
Pierścieni”.
|
|
|
|
| Hobbit |
|
|
fantasy |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Warto również zwrócić uwagę na niesłychaną przewidywalność, która sprawia, że
podczas lektury nie sposób martwić się o naszych pierwszoplanowych bohaterów,
których tak, czy owak Sami-Wiecie-Kto (przypadkowa zbieżność) wyratuje ich z
opresji. To jednak nie minusy, które są w stanie w większym stopniu ograniczyć
czerpanie przyjemności z czytania. Nic bardziej mylnego - po prostu tymi słowy
obalam status książki bardzo dobrej, który jak zapewne wiecie nadawany jest „Hobbitowi”
nadzwyczaj często.
„Hobbit” jest pierwszą książką Tolkiena, w zamyśle pisaną do szuflady, ale i tu
widać jak na dłoni rewelacyjny styl, którym operuje pisarz tworząc swoje dzieła.
Nie byłoby w tym w sumie nic dziwnego gdyby nie to, że owa powieść jest językowo
czymś innym, niż „Władca Pierścieni”, a mianowicie rewelacyjnym połączeniem
lekkości i plastyczności. Opisy walk, pojedynków, czy chociażby krajobrazów jak
nic innego działają na wyobraźnię czytelnika i budzą podziw dla pióra Tolkiena.
Jest to jednak jedynie zadatek – demonstracja możliwości, które później poznają
wszyscy miłośnicy fantasy, które zmienią ten gatunek – wnosząc wiele zmian,
łamiąc zarazem istniejące od dłuższego czasu znienawidzone przez autora
stereotypy.
Kończąc wątek zastanawiam się jakiej oceny godna jest ta książka. Jej rola w
gatunku fantasy jest dość znacząca, choć przyznam szczerze, że nie jest to żadna
rewelacja – ot dobra, rozbudzająca wyobraźnię, ale raczej nie wyróżniająca się w
tłumie. Polecić mogę początkującym miłośnikom fantastyki, bo myślę, że jest to
taka skąpa porcja jedynie zachęcająca do dalszej konsumpcji. Zakończyć słowem
'przeciętniak' nie mogę, gdyż czyta się bardzo miło, mamy do czynienia ze
świetną narracją i czuć tą swoistą magię płynąca z dzieł Tolkiena. Myślę, że
właśnie te aspekty miały wpływ na to, że „Hobbit” stał się światowym
bestsellerem i przepustką nieznanemu nikomu profesora do świata legend
literatury.
|
|