Kwiecień 2006      


|:  RECENZJA  :|

Stephen King - Łowca snów
Michał Chmielewski


King w swoich powieściach chwytał się przeróżnych sposobów, by wywołać u czytelników strach. Były duchy, wilkołaki, wampiry, światy pośrednie, nawiedzone samochody - było w czym wybierać. To oczywiste, że ten niesłusznie zaszufladkowany i utalentowany pisarz - jako twórca wyłącznie horrorów - musiał sprawdzić, jak ludzie zareagują na literacką wizytę sąsiadów zza naszego układu słonecznego w jego wykonaniu.
"Stukostrachy", pierwszy sprawdzianik, przyjęto chłodno, co mnie bardzo zadziwiło. Natomiast "Łowcę snów", drugi teścik, przyjęto o wiele cieplej. Słusznie?

Sama fabuła wygląda na prostą, ale dopiero po dobrnięciu do połowy. Czterej młodzi przyjaciele wzorem porządnych i solidarnych obywateli stanu Maine w USA pomagają pewnemu dzieciakowi wyjść z opresji. Szczyl ten, Duddits, posiada pewien nadnaturalny dar, którego ceną jest upośledzenie umysłowe (zespół Downa). W ramach rekompensaty obdarowuje swoich wybawców bajeranckimi zdolnościami i staje się ich przyjacielem. Albo oni jego...
Po latach, jak to bywa, ich drogi rozchodzą się. Ale co roku wszyscy - prócz Dudditsa - zjeżdżają się na wspólne polowanie, mieszkając w tym czasie w leśnej chatce na odludziu. Podczas jednego z tych corocznych wypadów dwójka z nich nadziała się na dziwnego i otyłego faceta, któremu do śmierci było już całkiem niedaleko, gdyż błądził od kilku dni po lesie. Prowadzą go więc do domu, dają jeść, ciepło i schronienie. Nie wiedzą jednak, że ich niespodziewany gość wniósł do domu coś jeszcze... coś Obcego.

Sprawa wygląda właśnie tak, ale by zobaczyć ją w takim świetle, trzeba przeczytać jakąś połowę tej 600. stronicowej historii. King bowiem zaczyna książkę w środku akcji właściwej i z biegiem zdarzeń powoli poddaje swoich bohaterów regresji, przenosząc akcję wstecz, do czasów ich szczeniactwa.

Przyznać muszę, iż buląc za tę książkę 35 zeta (w promocji z "Colorado kid") miałem pewne wątpliwości, że pobije ona tak zbesztane przez większość "Stukostrachy". Powodem tego był film na jej podstawie, którego miałem okazję oglądnąć długo przed lekturą. Bo sam film tuż po słynnej "kibelkowej scenie" śmierdzi wręcz hollywodzkim stolcem. Ale sama powieść nie ponosi winy za nieudolność reżysera. A ona zaś pokazała, że jej twórca, mimo niemiłego w skutkach wypadku, jakiego doświadczył, znajduje się w bardzo dobrej formie, że jego pióro jest równie sprawne, jak kiedyś, kiedy, jak twierdzą ludzie, przeżywał swoje najlepsze czasy. Choć czuć, że tamten King, który spłodził "Bastion", "Carrie" czy sławetnych "Skazanych na Shawshank" od dzisiejszego, dojrzałego i stanowiącego markę najwyższej jakości Kinga różni się. Nie potrafię tego opisać (a nie chciałbym szukać dowodów na siłę), ale czytając chociażby ww. "Stukostrachy" i "Łowcę..." różnicę widać. Sam Stephen wyznał kiedyś, że właśnie po wypadku wiele aspektów jego życia uległo zmianie - i właśnie tę zmianę daje się czuć.

  Dreamcatcher
  horror
 

 

Kinga reklamować nie trzeba. Nawet większość tych, których książki palą w łapy, hasło Stephen King kojarzą z pisarzem horrorów (autopsja, panowie i panie, autopsja). Ja natomiast nie będę tutaj sypał kurtuazyjnych opinii o "Łowcy snów", bo ci, znający i czytający rzeczonego pana, przeczytają go bez względu na moją opinię, jeżeli tylko będą mieli ku temu okazję, a jego antagonistów do przejścia na naszą, wielbicieli jego prozy, stronę nie zamierzam przekonywać.
Ale "Łowcę snów" na, powiedzmy, dziewiąteczkę ocenić mogę. Prawda, szefie?

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!