|
Stephen King - Łowca snów
Michał Chmielewski
King w swoich powieściach chwytał się przeróżnych sposobów, by wywołać u
czytelników strach. Były duchy, wilkołaki, wampiry, światy pośrednie, nawiedzone
samochody - było w czym wybierać. To oczywiste, że ten niesłusznie
zaszufladkowany i utalentowany pisarz - jako twórca wyłącznie horrorów - musiał
sprawdzić, jak ludzie zareagują na literacką wizytę sąsiadów zza naszego układu
słonecznego w jego wykonaniu.
"Stukostrachy", pierwszy sprawdzianik, przyjęto chłodno, co mnie bardzo
zadziwiło. Natomiast "Łowcę snów", drugi teścik, przyjęto o wiele cieplej.
Słusznie?
Sama fabuła wygląda na prostą, ale dopiero po dobrnięciu do połowy. Czterej
młodzi przyjaciele wzorem porządnych i solidarnych obywateli stanu Maine w USA
pomagają pewnemu dzieciakowi wyjść z opresji. Szczyl ten, Duddits, posiada
pewien nadnaturalny dar, którego ceną jest upośledzenie umysłowe (zespół Downa).
W ramach rekompensaty obdarowuje swoich wybawców bajeranckimi zdolnościami i
staje się ich przyjacielem. Albo oni jego...
Po latach, jak to bywa, ich drogi rozchodzą się. Ale co roku wszyscy - prócz
Dudditsa - zjeżdżają się na wspólne polowanie, mieszkając w tym czasie w leśnej
chatce na odludziu. Podczas jednego z tych corocznych wypadów dwójka z nich
nadziała się na dziwnego i otyłego faceta, któremu do śmierci było już całkiem
niedaleko, gdyż błądził od kilku dni po lesie. Prowadzą go więc do domu, dają
jeść, ciepło i schronienie. Nie wiedzą jednak, że ich niespodziewany gość wniósł
do domu coś jeszcze... coś Obcego.
Sprawa wygląda właśnie tak, ale by zobaczyć ją w takim świetle, trzeba
przeczytać jakąś połowę tej 600. stronicowej historii. King bowiem zaczyna
książkę w środku akcji właściwej i z biegiem zdarzeń powoli poddaje swoich
bohaterów regresji, przenosząc akcję wstecz, do czasów ich szczeniactwa.
Przyznać muszę, iż buląc za tę książkę 35 zeta (w promocji z "Colorado kid")
miałem pewne wątpliwości, że pobije ona tak zbesztane przez większość "Stukostrachy".
Powodem tego był film na jej podstawie, którego miałem okazję oglądnąć długo
przed lekturą. Bo sam film tuż po słynnej "kibelkowej scenie" śmierdzi wręcz
hollywodzkim stolcem. Ale sama powieść nie ponosi winy za nieudolność reżysera.
A ona zaś pokazała, że jej twórca, mimo niemiłego w skutkach wypadku, jakiego
doświadczył, znajduje się w bardzo dobrej formie, że jego pióro jest równie
sprawne, jak kiedyś, kiedy, jak twierdzą ludzie, przeżywał swoje najlepsze
czasy. Choć czuć, że tamten King, który spłodził "Bastion", "Carrie" czy
sławetnych "Skazanych na Shawshank" od dzisiejszego, dojrzałego i stanowiącego
markę najwyższej jakości Kinga różni się. Nie potrafię tego opisać (a nie
chciałbym szukać dowodów na siłę), ale czytając chociażby ww. "Stukostrachy" i
"Łowcę..." różnicę widać. Sam Stephen wyznał kiedyś, że właśnie po wypadku wiele
aspektów jego życia uległo zmianie - i właśnie tę zmianę daje się czuć.
|
|
|
|
| Dreamcatcher |
|
| horror |
|
| |
|
|
 |
|
|
Kinga reklamować nie trzeba. Nawet większość tych, których książki palą w
łapy, hasło Stephen King kojarzą z pisarzem horrorów (autopsja, panowie i panie,
autopsja). Ja natomiast nie będę tutaj sypał kurtuazyjnych opinii o "Łowcy
snów", bo ci, znający i czytający rzeczonego pana, przeczytają go bez względu na
moją opinię, jeżeli tylko będą mieli ku temu okazję, a jego antagonistów do
przejścia na naszą, wielbicieli jego prozy, stronę nie zamierzam przekonywać.
Ale "Łowcę snów" na, powiedzmy, dziewiąteczkę ocenić mogę. Prawda, szefie?
|
|