|
Nasi bohaterowie jakimś cudem w liczbie 8.000 dostali się do Wielkiej Brytanii. Tam jednak przygotowania do wojny nadal trwały. Do zajęcia Francji brytyjska aktywność wojenna ograniczała się do walk na morzu i bombardowań ulotkami propagandowymi niemieckich miast. Upadek Francji, potęgi w oczach ówczesnych obudził strach - wiedziano, że następnym celem będzie Londyn. Ale Wiecznie Zamglona Wyspa nie była w 1940 roku odeprzeć inwazji. Jedynym atutem Brytyjczyków była flota. Aby Niemcy mogli się zdesantować na wyspach musieliby zatem ograniczyć pobyt na wodzie do minimum. Najkrótszy odcinek Kanału La Manche mieści się między Calais i Dover. Gdyby udało się zniszczyć brytyjskie lotniska, porty i bazy wojskowe na południu Anglii, Wehrmacht nie napotkałby na plażach większego oporu.
Londyn był wówczas stolicą 6 krajów - Wielkiej Brytanii, Czechosłowacji, Polski, Holandii, Belgii i Norwegii. Siedzibę miał tam też gen. de Gaulle razem ze swoim 1000 żołnierzy. Polacy stanowili tam grupę najsilniejszą i byli w tym momencie "drugim sojusznikiem" jeśli chodzi o zasoby ludzkie i budżetowe. Mieliśmy około 8000 pilotów, za nami znaleźli się Czesi z 1.200 pilotów. Przed końcem wojny szeregi Polskich armii na zachodzie sięgały 200.000 i byliśmy na 4 miejscu względem siły u Aliantów (ZSRR, USA, Wielka Brytania, Polska). Wspomniani wcześniej Francuzi mieli wkład zdecydowanie mniejszy, ale to
właśnie oni dostali po wojnie strefę okupacyjną - jak widać siła to rzecz względna, bo liczą się układy.
Polacy na wyspach byli przyjmowani nieco lepiej niż we Francji. Premiera gen.
Sikorskiego zestawiano z marszałkiem Vichy, Petain'em i Polak uznawany był za wzór cnót prawdziwego wojownika i wodza narodu, a stary bohater I Wojny Światowej uznawany był za zdrajcę i defetystę. Jak się okazuje, nie tylko dzisiaj w Anglii nie wszyscy wiedzą, że w Polsce mamy prąd. W 1940 roku przeciętny Anglik uważał, że Polska technologicznie i społecznie tkwi jeszcze w XIX wieku i dość często pytali się Polaków , czy w Warszawie były kina, samochody i tramwaje. Polacy jednak również niewiele wiedzieli o Anglii i królował w nich stereotyp zamglonej wyspy z Sherlockiem Holmsem, Szekspirem i królową Wiktorią na czele.
Jeśli zaś chodzi o stosunek do pilotów... cóż. Podobnie jak Francuzi, uwierzyli, że polscy piloci w obliczu Luftwaffe poprostu... uciekli z pola walki. Uważano, że aby byli w stanie walczyć, na ich czele koniecznie musi stać Brytyjczyk. Dodatkowo uważano, że osoby takie jak Polacy wymagają szkolenia, gdyż ich umiejętności
pilotażu są tak niskie, że nie wolno im się odrywać od ziemi. Tymczasem przeciętny polski pilot miał kilkanaście razy lepsze wyszkolenie niż przeciętny brytyjski pilot, o doświadczeniu bojowym, którego
Brytyjczycy w ogóle nie mieli nie wspominając. Musiało jednak upłynąć nieco czasu, nim Anglicy zdali sobie z tego sprawę.
Tymczasem Sikorski prowadził negocjacje z Brytyjczykami. Wyspiarze chcieli przede wszystkim szkolić załogi bombowe. Nie godzili się również, aby Polskie Siły Zbrojne walczyły pod niezależnym dowództwem. Co gorsza, w ramach sojuszniczej pomocy obiecali po wojnie obciążyć Polskę kosztami utrzymania polskich jednostek w Anglii, które musiały działać według regulaminów brytyjskich i podlegać brytyjskiemu sztabowi. Polscy piloci mieli tworzyć drugą linię obrony - razem z pilotami Rezerwy Ochotniczej - angielskimi sklepikarzami i urzędnikami, którzy latali w niedziele i święta. Jednym słowem uznano ich za niezdatnych do boju. Wystąpił także znany z I Wojny Światowej kryzys przysięgowy. Polacy nie chcieli ślubować wierności królowej brytyjskiej, ponieważ ślubowali wierność Polsce i rządowi polskiemu. Podwójna lojalność była dla nich nie do przyjęcia. Musieli nosić mundury RAF-u z małą naszywką "Poland" która była ich jedynym wyróżnikiem narodowym. Gdy jeden z pilotów namalował na swoim Hurricane'ie biało-czerwoną szachownicę został uziemiony za niesubordynację. Wszyscy piloci, bez względu na rangę pełnili służbę w stopniu podporucznika (pilot officera), więc de facto zostali zdegradowani i podlegali brytyjskim oficerom, w dodatku rezerwowym. Polacy mieli po przejściu szkolenia zostać awansowani, ale o własnym dowodzeniu mogli tylko marzyć - każde stanowisko dowódcze było zdublowane przez oficera brytyjskiego.
|
Polacy byli dobici. Uczono ich regulaminów, teorii walki, języka angielskiego, oraz trzymania szyku, poprzez jazdę na rowerach po boisku. Aby zwizualizować sobie ten obraz, polecam obejrzeć film "Ciemnoniebieski świat" - bardzo dobry film o czeskich pilotach, którzy mieli podobne przejścia jak Polacy. Cała sytuacja powodowała liczne akty
niesubordynacji zirytowanych Polaków, których dla dobra sprawy surowo karcili polscy dowódcy. Brytyjska duma i buta musiała jednak ustąpić wobec rzeczywistości. Latem 1940 roku rozpoczęły się niemieckie ataki lotnicze na konwoje płynące przez kanał La Manche. Wielu brytyjskich pilotów, trzymających się sztywno brytyjskich regulaminów i ich dowódców, nie mających praktycznej wiedzy o walce powietrznej z Messerschmittami poległo lub dostało się do niewoli we Francji. Anglikom brakowało pilotów. Szacowano, że aby Anglia odparła atak Luftwaffe, każdy pilot RAFu musi zestrzelić 4 niemieckie samoloty, co było nie lada wyczynem dla młodych i niedoświadczonych pilotów, ścierających się z weteranami niemieckimi z kampanii hiszpańskiej, polskiej i francuskiej. Anglicy na
gwałt ściągali pilotów z dywizjonów bombowych oraz Kanadyjczyków, Australijczyków, nowozelandczyków i mieszkańców swych dominiów.
Polacy rozpoczęli szkolenie. Witold Urbanowicz otrzymał szansę włączenia się do walki. Gdy pokazał
instruktorom angielskim jak lata, Ci natychmiast skierowali go do czynnej służby. W ten sposób znalazł się na lotnisku RAF w Tangmere. Otrzymał pokój po pilocie, który zginął tamtego dnia rano. W ciągu poprzedniego tygodnia pokój zmienił w ten sposób właścicieli aż trzy razy. W kantynie poznał brytyjskich pilotów, którzy sprawiali wrażenie dżentelmenów, a panująca tam atmosfera przypominała mu nieco Dęblin. Pierwszy lot odbył już 8 sierpnia. Leciał w ciasnej formacji, co go
bardzo irytowało, gdyż w Polsce preferowano latanie w luźnym szyku (tak aby pilot skoncentrował się na wypatrywaniu wroga a nie na tym, czy nie zderzy się w powietrzu z kolegą). Bawiło go myślenie
Anglików na temat latania w formacjach - zupełnie tak, jakby Niemcy mieli zachowywać się zgodnie z tym, co napisano w podręcznikach taktycznych. Na wysokości 6 kilometrów słońce świeciło mocno. Urbanowicz zmrużył oczy i spojrzał w stronę Francji...
"Bandits at 2 o'clock, low." - zameldował. Jako pierwszy dostrzegł olbrzymią formację bombowców eskortowaną przez chmarę Messerschmittów. Eskadra wykonała ostry zwrot i
zaczęli spadać na niemieckie bombowce. Urbanowicz wreszcie mógł walczyć z nimi na równych warunkach - w końcu Hurricane to nie PZL-11. Po chwili zauważył kolejne 4
myśliwce nadlatujące z innej strony. Ruszył na nie i usiadł jednemu z nich na ogonie. Po chwili zorientował się, że jego cel wciągnął go w sam środek formacji niemieckiej. "Jakbym się znalazł na latającym cmentarzu" - wspominał po latach widok dziesiątek niemieckich krzyży. Urbanowicz nie dał zbić się z tropu. Otowrzył maksymalnie przepustnicę i gwałtownie zanurkował za Bf-109. Niemiec
gwałtownie poderwał się w górę, aby uniknąć zderzenia z klifami koło Dover.
Należy tu nadmienić, że właśnie prędkość wznoszenia była głównym
atutem Messerschmittów. Urbanowicz otworzył ogień. Messerschmitt wybuchł i spadł do wody, która ochlapała owiewkę Hurricane'a. Zmęczony Urbanowicz zasnął zaraz po lądowaniu, nie ściągając kurtki ani butów. Tego
dnia w całej Anglii wyły syreny alarmowe. Jedyny atut jaki mieli Brytyjczycy -
Home Fleet była bezradna. "Oczy" obrony - stacje radarowe zostały
zbombardowane. Wielka Brytania była nieprzygotowana. Niemcy nadeszli. Tymczasem
reszta polskich pilotów (w tym "trzej muszkieterowie") jeździli
rowerami po boisku krzycząc "Tally ho!" oraz łamiąc sobie
szprychy... Temelin
|