Gadanie
Pół roku w San Andreas
No tak. Od samego początku wiedziałem, że będę musiał napisać taki tekst! Na początku była burza - mówiłeś San Andreas to wszyscy wiedzieli o co chodzi, bez dodatkowych słów. A jak jest teraz? Podobnie. Ale patrząc na grę z dystansu, można trochę więcej o niej powiedzieć, niż wtedy, na gorąco i z podekscytowaniem. Jeszcze na wstępie zaznaczę, że WYRAŻONE TUTAJ OPINIE SĄ TYLKO MOIMI i nie należy ich przypisywać innym redaktorom GC, czy jakichś innych zinów.

W San Andreas przyszło mi zagrać już na początku wakacji 2005, czyli w niezbyt długim czasie po premierze gry. Wrażenie robiło praktycznie wszystko - wielkość całego stanu San Andreas, olbrzymia wolność w prowadzeniu rozgrywki (pływanie! skoki ze spadochronem!), naprawdę duża ilość ciekawych miejsc do ujrzenia w grze... Szczerze mówiąc, do dziś patrzę z szacunkiem na robotę programistów z Rockstar, gdyż całe San Andreas można objeździć wzdłuż i wszerz, a nasze oczy nie ujrzą żadnej planszy z napisem "Loading", czy czegoś podobnego. Ale do grafiki się przyczepię. Już w czasie swej premiery na PC San Andreas nie prezentowało się zbyt pięknie. Nie wiem, jak gra wygląda na konsoli, ale na kompie nie robi żadnego wrażenia. Do tego wystarczy spojrzeć na filmiki, w których palce u postaci są na stałe połączone, by stwierdzić, że coś tutaj dziwnie wygląda.
Przede wszystkim powinienem w tym tekście napisać coś o trybie chodzonym w SA, co niniejszym właśnie czynię. Dlaczego? Z prostej przyczyny - Programiści, mając za sobą już trochę doświadczeń w tej sferze (chodzi mi o GTA3, Vice City i Manhunta), powinni stworzyć coś... lepszego. Ale nie, zamiast chowania się za przeszkodami, wychylania się zza ścian i tego typu sprawy, które są nieodłącznymi elementami w co lepszych TPP, Rockstar dodali jedynie opcję celowania. To chyba za mało. Muszę jednak zwrócić uwagę na to, że w kilku momentach gra zmienia się w skradankę, gdzie trzeba poruszać się cicho i unikać wykrycia, a eksterminacji przeciwników dokonywać należy nożem, czy też pistoletem z tłumikiem. Ładnie, fajnie i w ogóle można się cieszyć... Ale co z tego, jeśli można darować sobie całkowicie skradanie się i wybić wszystkich wrogów niczym Terminator jakiś...
To wybijanie przeciwników do trudnych zadań zresztą nie należy. Z kamizelką można spokojnie wejść w kółeczko wrogów i każdemu, po kolei jednym strzałem odstrzeliwać głowę. Przy tym oni chyba nawet wtedy nam w łeb nie celują... Wniosek - San Andreas, jak i poprzedniczki, to dobra gra akcji, lecz marna strzelanina.
Humor, to nieodłączna część serii GTA (chociaż, moim skromnym zdaniem, swe apogeum osiągnął w Vice City), a San Andreas jest nim oczywiście naszpikowane. Aż chciałoby się powiedzieć "do granic możliwości". Niestety, na chęciach się kończy. Dlaczego? Humoru, tego prosto z gry i z grą związanego uświadczymy w większej mierze przede wszystkim w filmikach przed misjami, czasem też w trakcie wykonywania misji. Jednak, jak się można przekonać, życie w Ameryce lat '90 nie jest tak zabawne, jak w latach '80, niestety. Ale to, co mamy, złe nie jest, za przykład wymienię choćby urywek rozmowy Wooziego z CJ'em: "Wooze - I must tell you something. I'm blind. CJ (rozchylajac ręce i udając zaskoczonego) - No shit!". Tego się nie da powiedzieć, to trzeba zobaczyć. Bo jeśli o głosy i tego typu sprawy chodzi, to wszystko stoi na jak najbardziej najwyższym poziomie i to się chwali.
Wiem, że pewnie wielu mnie teraz uzna za bluźniercę, ale co mi tam - San Andreas, mimo wszystko w końcu nudzi. I to strasznie. Kiedy wiesz już gdzie co jest (albo z grubsza wiesz), w Los Santos wybiłeś wszystkie gangi, zebrałeś podkowy, muszle, zrobiłeś wszystkie zdjęcia, zamazałeś wszystkie graffiti, osiągnąłeś poziom "hitman" w posługiwaniu się każda bronią, a każdy pojazd prowadzi się po prostu znakomicie - nie masz czego szukać w tej grze.
 Oczywiście, można zacząć grać od nowa, ale ileż tak można? Powiem wprost - wraz z jedzeniem apetyt rośnie, kiedy nagle okazuje się, że nie ma już nic do podania. Koniec świata.

Oczywiście, można "dla przyjemności" jeździć po całym stanie, ale tak bez większego celu to nie ma sensu, niestety.
Po przeczytaniu tego tekstu można by pomyśleć, że chcę kogoś zniechęcić do gry w San Andreas. BYNAJMNIEJ! W San Andreas zagrać należy (tak jak w Vice City, hehehe), lecz nie można od tej gry wymagać doskonałości. W SA można spędzić wiele ciekawych chwil, które okażą się olbrzymimi dziurami w życiorysie, ale im dłużej w to grasz, tym mniej przyjemności płynie z gry. Tak można by napisać o prawie każdej grze, to fakt. Ale tutaj przecież mowa o San Andreas - grze NIEMAL idealnej.
Jeśli się obierze za przykład najczarniejszy scenariusz (odpukać!) - programiści powiedzą "to samo, tylko że więcej i w innej lokacji", to należy spodziewać się najgorszego - seria GTA stanie się ofiarą swego sukcesu. A pewne zaczątki tego widać już właśnie w San Andreas.

Jednak znając pomysłowość Rockstar, jeśli chodzi o tą właśnie serię, takie coś wcale nie musi nastąpić, więc bądźmy dobrej myśli :) (a pisze to tzw. "optymista z bagażem doświadczeń"! Czysty paradoks!)

T#M