|
» Life is waiting
Steven Spielberg, podobnie jak wielu zasłużonych dla
kinematografii reżyserów miewa swoje wzloty i upadki. Trzeba
jednak przyznać, że ostatnimi czasy ciągnie bardzo nierówno, a
do jego nowych projektów podchodzi się z pewnym dystansem.
"Terminal" zapowiadał się nieźle. Już zwiastun dawał do
zrozumienia, że będzie to coś specyficznego i nietypowego, coś
co ponownie utwierdzi mocną pozycję twórcy "Jurassic Park", czy
też "Listy Schindlera".
Scenariusz ma ponoć wiele wspólnego z rzeczywistością. Sytuacja
podobna do tej, na której skupia się film miała już swoje
miejsce w Paryżu. Autentyczny fakt musiał jednak ulec
odpowiedniej modyfikacji. Bohaterem jest tu Wiktor Noworski,
mieszkaniec fikcyjnej Krakozji, który udaje się do Nowego Jorku,
aby zakończyć sentymentalną sprawę sprzed lat. Jak się okazuje
po przybyciu do USA jego kraj na skutek przewrotu politycznego
przestaje być uznawany przez światowe mocarstwa. Wiktor w tym
momencie staje w sytuacji bez wyjścia - nie może powrócić do
swojego kraju, a wrota USA są przed nim zamknięte. Jak się
zachowa? Jak poradzi sobie bez znajomości języka i amerykańskich
zwyczajów? I najważniejsze - jak długo będzie czekać?
Już od chwili, kiedy jeszcze na długo przed premierą docierały
do nas informacje o fabule filmu zastanawiało mnie jak twórcy
podejdą do całego tego lotniskowego tematu. Okazuje się, że
perypetie Naworskiego mocno przypominają motyw Robinsona Crusoe,
a zarazem z początku kojarzą się z "Cast Away", filmem w którego
obsadzie również widnieje Tom Hanks. Łatwo tu o tego rodzaju
porównania, bowiem mieszkaniec wschodniej Europy z początku
walczy o przetrwanie podobnie, jak Amerykanin na bezludnej
wyspie. Znalazł się w zupełnie innym świecie, świecie, w którym
niełatwo przetrwać, a panujące wokół warunki zupełnie temu
nie sprzyjają.
Mocno razi sama postać głównego bohatera. Może nie tyle razi, co
rzuca się w oczy swoją osobowością. Naworski jest bowiem wręcz
idealny, nie ma w nim jakiegokolwiek zdenerwowania, czy winy.
Przez całą projekcję sprawia wrażenie chodzącego ideału. Tu
właśnie tkwi mała nielogiczność. Nie sądzę, aby ktokolwiek, kto
na kilka miesięcy utkwił w terminalu potrafił fakt ten z dnia na
dzień zaakceptować. Wiktor nie podjął nawet jednej próby
ucieczki, ciągle z uporem maniaka czekał. Godziny, dni,
tygodnie...
|
 |
Ze względów bezpieczeństwa film nie mógł być kręcony na
prawdziwym lotnisku. Z tego też powodu plan terminalu zbudowano
w ogromnym hangarze. Przy jego budowie uczestniczyło około 200
osób, a cała praca zajęła 20 dni. Efekty są dość widoczne,
a podkreślają je rewelacyjne zdjęcia naszego rodaka, Janusza Kamińskiego. Nie to jest jednak najważniejsze. Przede wszystkim Spielberg nie
do końca wiedział w jakiej stylistyce utrzymać jeden ze swoich
ostatnich filmów. Z tego też roztrzepania powstała dość
wyjątkowa hybryda łącząca w sobie dramat i komedię romantyczną,
przy czym nie posiadająca najważniejszych cech obu tych
gatunków. To właśnie kiepskie wyważenie stanowi jedną z
istotnych wad filmu. Ponadto Steven poszedł powszechnie
uczęszczaną drogą i zamiast użyć scenariusza do przygotowania
całkiem dobrej satyry, bo z pewnością otwierał on takie
możliwości, stworzył film lekki i przyjemny. Te dwa słowa w
całości powinny oddać jego naturę. Sam skrypt dawał bowiem dużo
większe pole do popisu, choć nie stronił od nadmiernej przesady,
która wplotła w całą opowieść wręcz baśniowy klimat.
Na tle aktorskim bardzo brakuje mi jakiejś naprawdę solidnej
roli. Pierwszoplanowy Tom Hanks nie zaskakuje nas niczym nowym.
Jego kreacja zdaje się łudząco przypominać te wcześniejsze, sam
aktor mocno z nich czerpie. O wiele bardziej zapada w pamięć
kreacja Stanley'a Tucciego bezwzględnego stróża paragrafów,
który z zimną krwią przestrzega wszystkich reguł nie ukazując
cienia litości. Aktor wprost stworzony na potrzeby tego filmu.
Spoglądając na drugi plan trudno nie dostrzec Catherine-Zeta
Jones. Rola może niezbyt skomplikowana, ale odegrana z wdziękiem
i naturalnością, cechami jakże charakterystycznymi dla tej
aktorki.
Spielberg chciał zrealizować film, przy którym widzowie mogliby
zarówno śmiać się, jak i płakać. W efekcie jednak złośliwie
można rzec, że pozostawił wybór. Bez dalszego owijania w bawełnę
powiem, że jestem zawiedziony, a przede wszystkim po napisach
końcowych nie obce było mi uczucie niedosytu. W końcu wybrałem się na film
Spielberga, twórcy, którego dorobek jest tak imponujący, że
naiwna bajka z pozytywnie nastrajającym "happy endem"
(o dziwo nie dotyczy to wszystkich wątków) może
stanowić tylko i wyłącznie plamę w całej filmografii. Bądź, co
bądź - jak na niego to zdecydowanie za mało.
Niezmiernie ważną zaletą "Terminalu" jest to, że nie zawodzi pod względem
ścieżki dźwiękowej. Johnowi Williamsowi udało się stworzyć
ciekawy, oryginalny motyw, który świetnie pasuje do samego
obrazu i wręcz ilustruje jego nastrój. Sam twórca od lat już
współpracuje ze Spielbergiem, ciągle pozostając w dobrej, z
filmu na film równej formie.
Podsumowując muszę przyznać, że "Terminal" wcale nie należy do
filmów złych. Bardziej wpisuje się do grona tych, które nie
wykorzystały wszystkich szans jakie dawał zarówno scenariusz,
jak i cała obsada, że nie wspomnę już o samym reżyserze.
Zabrakło tu jakże pożądanego cynizmu, mrugnięcia okiem,
przedstawienia wielu spraw w krzywym zwierciadle. Wszystko to
sprawia, że wspomniany film z całą pewnością można zaliczyć do
tych najsłabszych w dorobku Spielberga. W tym przypadku
najsłabszy wcale nie oznacza zły. To coś lekkiego,
sentymentalnego, przesłodzonego o jedną łyżeczkę cukru. A tego
typu obraz podobnie, jak każda potwora znajdzie swego amatora.
»Ocena:
6-/10
»Autor:
|