|
Raz na jakiś czas, w Polsce udaje się nakręcić dobry film. Właściwie określenie "dobry" jest szerokie. Wajda, czy Hoffman zapewne uważają, że ich superprodukcje, oparte na lekturach szkolnych zasługują na to określenie. Młodzi, zdolni reżyserzy dwoją się i troją, aby nakręcić film z przesłaniem takim, że chyba sami nie mogą go zrozumieć, a interpretacja własnego filmu przychodzi im z trudem. Choć zawsze mogą się wykpić tym, że film był dla inteligentów, a jak go nie rozumiesz to jesteś tępakiem. Dobre dla polskiej widowni wydają się być romantyczne historie. Polskie kina pokochają ekranizacje Grocholi, bo napędzają one Polaków. Ja jakoś znaleźć sobie miejsca nie mogę. Zachwycać się superprodukcjami nie zamierzam, tylko dlatego, że nakręcili je "zasłużeni". Jestem tępakiem, bo nie mogę zrozumieć inteligentnych filmów młodego pokolenia, a do romantyka mi daleko, bo bardziej wolę liczyć pieniądze, niż zrywać kwiatki na polu. Ale "Komornik" mi się podobał, bo był dobry.
Głównym bohaterem filmu jest Lucek Bohme, trzydziestoletni komornik w małym, polskim mieście. Lucjan kocha swoją pracę. Jest ambitny, młody, zdolny i przede wszystkim skuteczny. Niestety w jego fachu skuteczność jest nienajlepiej rozumiana. Ma 80% ściągalności długów i nie ma dla niego miejsca z którego nie ściągnąłby należności. Nadchodzi jednak pewien feralny dzień, który uzmysławia Bohme jakim był złym człowiekiem, jak niegodnie postępował i postanawia się zmienić.
Film uderza w widza mocno już od pierwszych minut. Pierwsza scena to efektowne wejście Bohme, wraz ze swoim asystentem Jasiem na odział intensywnej terapii w celu zabrania czegoś wartościowego, aby można było pokryć choć w części długi szpitala. Akcja się nie udaje, bo jeden z pacjentów tak się przejął, że nie mało pożegnał się ze światem doczesnym. Lucek zatem ustępuje, ale już jedzie do następnej ofiary. Film nie zwalnia tempa. W kolejnych scenach Bohme nachodzi przedsiębiorcę Wiśniaka, czy Horsta, który ukrywa przed nim instrumenty muzyczne. Niestety skutek jest marny, bo komornik raz zostaje poszczuty psami, a raz robotnikami z zakładu, uzbrojonymi w rurki, pałki i mięśnie.
Zaciętość przy wykopywaniu zmarłej staruszki to kolejny mocny punkt filmu.
 |
Niestety te mocne strony produkcji dziwnym trafem są umieszczone w jego pierwszej połowie. Feliks Falk wydaje się mieć pomysł tylko na początku filmu, gdy przedstawia podłego, zawistnego i nieludzkiego Lucka. Później, gdy zaczyna proces nawracania bohatera popada w zły mentorski ton, w jakieś metafizyczne rozważania, zupełnie niepotrzebne.
"Komornik" jest za mocno przerysowany. O ile na początku to nie przeszkadza, bo widz oczekuje mocnych scen, to później już trudno uwierzyć w to co dzieje się na ekranie. Wszystkie nieprzyjemne rzeczy, które spotykają bohatera, przytrafiają się w jednym dniu. A w nagłą potrzebę bycia dobrym są skłonne uwierzyć chyba tylko dzieci.
Nie można jednak odmówić dobrego słowa Andrzejowi Chyrze. W ciągu ostatnich lat jest to chyba najlepszy polski aktor. Ma na swoim koncie sporo wyrazistych postaci. Najbardziej znane to chyba rola gangstera w "Długu" i cichego więźnia w "Symetrii". Jeżeli możemy mieć jakieś zastrzeżenia co do Bohme, to tylko ze względu błędów w scenariuszu. Chyra zagrał koncertowo. Świetnie zagrał człowieka wypranego z uczuć, bezwzględnego i nieczułego na ludzkie nieszczęście. Tego aktora po prostu chce się oglądać.
Przyćmiewa wszystkie inne kreacje. Ani Kożuchowska, ani Frycz, czy Preis nie są w stanie go przebić. Ich role stają się
niezauważalne. Zabłysnąć mógł Grzegorz Wojdon, jako filmowy Jasiek, asystent komornika. Nie można mu zarzucić, że zagrał źle. Po prostu wywiązał się z zadania, bez fajerwerków. Uwagę przykuwa za to Mariusz Dziędziel, jako Horst. Twardy chłop, który będzie walczył o swoje do samego końca. Dziędziel zyskał po "Weselu", gdzie rola Wojnara zapewniła mu wielu sympatyków. O dziwo aktor ten swoją dobrą passę z powodzeniem kontynuuje.
 |
Technicznie "Komornik" jest bez zarzutu. Dobra ścieżka dźwiękowa zachęca do zaopatrzenia się w soundtrack. Zdjęcia są nietypowe. W niektórych momentach miałem wrażenie, że panoramiczne widoki zostały zaczerpnięte z amerykańskich filmów, które chcą się pochwalić pięknymi krajobrazami. U nas nakręcenie szarego krajobrazu i rozwalających się chałup ta techniką wyszło nieco komicznie, choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Zdecydowanie "Komornika" można ustawić w jednym rzędzie z "Długiem", czy "Dniem Świra". To film, który jak na polskie warunki jest zaskakująco dobry. Niestety reżyser uciekł końcówką zbyt daleko od rzeczywistości, przez co film zaczyna robić się sztuczny. Niepotrzebnie Falk chce coś udowodnić, przemycić jakieś przesłanie. Nie stać go było na zwykłe nakręcenie filmu, bez moralizatorstwa. Szkoda. Przypomina mi się jego wcześniejszy film "Wodzirej" z Jerzym Stuhrem z 1977 roku. Niestety Falk nie przeskoczył swojego własnego obrazu.
»Ocena:
7/10
»Autor:
|