Recenzje

 

Podejrzewam, że za nową wersję filmu z 1933 roku - "King Konga", Peter Jackson ponownie uhonorowany zostanie Oscarem. Ciekawi mnie jednak, czy - podobnie zresztą jak wcześniej (vide "Władca pierścieni") - przez niedopatrzenie Akademii czy przez pomyłkę. 

Zaczyna się bardzo obiecująco - zostajemy przeniesieni w lata 30, którym za nic nie można odmówić stylu i wielkiego uroku. Niewiarygodne, że nawet dziś można jeszcze nakręcić film tak wiernie oddający klimat sprzed niemalże wieku. Każdy aspekt wykonany został bardzo dokładnie, co owocuje niesamowitym wrażeniem uczestnictwa w środku akcji. Kostiumy, rekwizyty, samochody, dekoracje budynków... Każdy szczegół został przemyślany i perfekcyjnie zrealizowany. Jednak to nic! Niektóre przedmioty to zabytki z tamtego okresu, które Peter Jackson namiętnie kolekcjonował! 

Niestety, już po kilkunastu minutach seansu na jaw wychodzą słabe strony "King Konga". Reżyser popełnia bowiem błąd wyjęty rodem z jego poprzedniego filmu - "Władcy pierścieni". Co z tego, że Jackson z taką pieczołowitością odtworzył lata 30, jeśli ponownie wyznaje zasadę 'im film dłuższy, tym lepszy'? Wszystko jest na najwyższym światowym poziomie, jednak w pewnym momencie robi się po prostu... nudno. Przyjaciel z którym wybrałem się na seans w pewnym momencie zaczął poważnie zastanawiać się, czy poszliśmy na właściwy film. King Kong bowiem pojawił się na ekranie dosłownie w połowie (sic) filmu! 

W drugiej części obrazu, gdy małpa jest już pełnoprawnym bohaterem, tempo akcji gwałtownie wzrasta i bezustannie pnie się w górę. Nerwowo spoglądając na ekran widzimy sceny, które najlepiej ukazują ilość pieniędzy wydanych na produkcję. Napięcie bez przerwy rośnie, aby po chwili... znużyć. Jackson, co ty wyprawiasz? Podczas oglądania pierwszej części nudzimy się z braku akcji, podczas drugiej - z jej nadmiaru. Długaśne walki Konga z dinozaurami początkowo wprawiają widza w zachwyt, by po chwili sprawić, by ziewał z nudów. 

Nie jest jednak aż tak tragicznie. Są tu sceny, które oglądamy na krawędzi fotela z przygryzionymi wargami. Emocjonujący rejs pomiędzy skałami, ucieczka przed dinozaurami, czy zakończenie rozgrywanie oczywiście na szczycie Empire State Building potrafią podnieść ciśnienie. Pokuszę się o stwierdzenie, że warto obejrzeć "King Konga" choćby dla tych kilku perfekcyjnie wykonanych momentów. 

Jest jeszcze jeden powód, aby obejrzeć najnowsze dzieło Jacksona - Naomi Watts. "King Kong" jest wielkim pokazem jej umiejętności. Przyznam szczerze, że wcześniej uważałem ją za średniej klasy aktorkę, lecz po tej roli diametralnie zmieniłem zdanie. Nie dość, że jest kobietą niebywałej urody, jej zaangażowanie w film jest tak ogromne, że nie zdziwiłbym się, gdyby przyznano jej Oscara. Czego jej zresztą gorąco życzę. 

Niestety, tego samego nie można powiedzieć o Adrienie Brodym. Aktor miał już swoją życiową rolę w "Pianiście" i wątpię, czy mógłby powtórnie zagrać w tak wyśmienity sposób. W "King Kongu" niestety nie popisuje się wielkimi umiejętnościami, choć przyznać trzeba, że momentami potrafi zaskoczyć. Niestety, jedynie momentami. 

Przyszedł czas na sprawę najważniejszą, czyli efekty. Jednym słowem, rewelacja! W King Konga wcielił się Andy Serkis, czyli aktor grający Golluma we "Władcy pierścieni". Człowiek, który dobrze zna Jacksona i świetnie się z nim rozumie; nic dziwnego więc, że momenty wykonane techniką komputerową wypadają nad wyraz dobrze. Sposób poruszania się, gesty, czy chociażby mimika twarzy Konga zostały wykonane w wyśmienity sposób. Największe wrażenie jednak zrobiła na mnie scena ostatniej walki Konga, czyli słynna już bitwa z samolotami na Empire State Building. Perfekcyjnie wykonana, zapierająca dech w piersiach, przytłaczająca swym rozmachem... Nie wiem, jakimi słowami mam opisać wrażenie towarzyszące nam po obejrzeniu tego momentu. Powiem krótko: to po prostu TRZEBA zobaczyć! 

Słowem podsumowania: nowy "King Kong" to film bardzo nierówny. Trzy godziny seansu nużą, na przemian monotonnością i nadmiarem akcji; aktorzy czasem potrafią zachwycić (Naomi Watts), innym razem mocno rozczarować (Adrien Brody). Nie można jednak odmówić filmowi klimatu, świetnych efektów, oraz emocjonujących scen; tak więc, pomimo wszystkich błędów jest to obraz godny polecenia.

 

»Ocena: 6/10

 

»Autor: Mateusz 'Koklet' Łucyk