|
"Im więcej się uczysz, tym więcej wiesz. Im więcej wiesz, tym więcej zapominasz. Im więcej zapominasz, tym mniej wiesz... więc, po co się uczyć?" Ta jakże banalna sentencja, którą można przeczytać w niezliczonych gazetkach szkolnych, czy na stronach internetowych z dowcipami, okazuje się być prawdą, jeżeli zestawimy ją z najnowszym filmem Johna Maddena.
Jak daleko może zajść człowiek w swoich rozważaniach? Jak wiele rzeczy jest w stanie odkryć, czy wymyślić? Najlepszy okres dla matematyka na odniesienie sukcesu to 20 lat. Umysł, świeży, rządny nowych rozwiązań, ambitny, niezłomny i jeszcze nie zmęczony. Jednak trudno pogodzić się z faktem, że życie się kończy, że żyje się swoimi dokonaniami sprzed lat. Czy można oszaleć, z powodu zbyt dużej ilości wiedzy?
Catherine ma około 20 lat. Jest młodą dziewczyną, żyje w Chicago razem ze swoim ojcem Robertem, wybitnym matematykiem. Człowiekiem, którego doskonale zna każdy ze środowiska. Uważany za geniusza, tak naprawdę przy końcu swojego życia stał się nieobliczalny. Jego zachowania można uznać za zachowania szaleńca, człowieka niezrównoważonego psychicznie. Catherine postanawia rzucić szkołę na rzecz opieki nad starym ojcem. Robert w ostatnich latach swojego życia pracuje nad dowodem matematycznym, który zmieniłby wszystko, po którym okrzyknięto by go największym matematykiem. Ale czy na wpół szalony człowiek, jest skłonny dokonać czegoś takiego?
Kino, podobnie jak telewizja lubi przedstawiać wielkie rzeczy. Odkrycie dowodu matematycznego z jednej strony nikogo "normalnego" by nie zainteresowało, ale z drugiej strony dotykamy już nierzeczywistej materii. Liczba nieskończona, największa liczba pierwsza, etc. Niesie to za sobą pewną intrygującą tajemnicę. Zapewne dlatego "Piękny umysł" był również pięknym, docenionym filmem. Madden w pogoni za światem liczb postanowił zrobić film nie o geniuszu, ale o jego córce, o osobach bliskich genialnemu człowiekowi. Tym samym obnaża wielkiego człowieka z jego legendy i dokonań. Skupia się na bardziej przyziemnych i prowizorycznych sprawach.
 |
"Dowód" posiada jednego światowej klasy aktora. Anthony Hopkins to osoba, która z pewnością w filmie bardziej pełniła funkcję wabika, niż faktycznie prezentowała umiejętności. Główne skrzypce gra tu Gwyneth Paltrow. Wciela się w bohaterkę, która żyje w cieniu sławnego ojca. Nie potrafiła się uwolnić od niego, tak jak jej siostra Claire. Poszła bowiem w ślady swojego rodziciela i również zajęła się matematyką. W filmie poznajemy dwie strony Catherine. Jedna jest spokojna, stonowana, twardo chodzi po ziemi. Rozdziela życie na naukę i doglądanie samotnie żyjącego ojca. To jest Catherine jeszcze z czasu przed śmiercią Roberta. Druga jej strona upodabnia się do swojego ojca. Jest niestabilna emocjonalnie. Potrafi z płaczu, przejść w śmiech, nie wie czego chce i wydaje się nie umieć pogodzić ze śmiercią ojca. Dodatkowo obawia się, że oprócz talentu matematycznego odziedziczyła naturę wariatki i też kiedyś zdziwaczeje jak jej ojciec.
Nikt w tym filmie nie potrafił mnie oczarować. Rola Paltrow ogranicza się do płaczu i litowania się nad ojcem. W pewnym momencie reżyser wymaga od niej, aby zwariowała, stała się nieobliczalna. Tylko, że ja w jej niepełne szaleństwo nie wierzę. Hopkins mimo, iż stanowi trzon scenariusza to jednak nie jest tu postacią pierwszoplanową, scenariusz nie daje mu pola do popisu. Nie ma co zatem liczyć na wspaniałą kreację aktorską, bo to nie on jest tu najważniejszy. Ciekawą rolę powierzono Jake'owi Gyllenhaal'owi. Znany publiczności głównie z "Pojutrze", "Jarhead", czy "Tajemnica Brokeback Mountain". Za ten ostatni film dostał nominację do Oscara i ma realne szanse na wygraną. Filmowy Hal, to student Roberta, człowiek, który po jego śmierci zjawił się w domu matematyka i przeszukuje jego notatki w poszukiwaniu przełomowego dowodu. Catherine raz go wpuszcza, a zaraz później oskarża o kradzież notatek i podejrzewa, że chce wykraść pracę ojca i przypisać sobie. Tym samym pewnego wieczora u niej w domu zjawia się policja, którą Catherine sama wezwała, a później... spławiła. Gyllenhaal gra ambitnie, stara się jak może i nawet momentami udaje mu się zaciekawić widza swoją postacią.
 |
Film jest niestety nierówny. Raz można się śmiertelnie nudzić, a zaraz potem wczuć się w klimat. To zapewne poprzez powtarzające się i zupełnie niezapowiedziane retrospekcje. Chyba najbardziej irytująca rzecz w filmie. Gdy toczy się akcja w czasie teraźniejszym, reżyser, bez żadnych efektów, ot tak przechodzi sobie do wspomnień głównej bohaterki. Tym samym, przez kilka-kilkanaście sekund jesteśmy przekonani, że to ciągle czas teraźniejszy. O dziwo retrospekcje są zdecydowanie ciekawsze, niż główny wątek. To w retrospekcjach dowiadujemy się kto tak naprawdę jest autorem dowodu i jak to się stało. Zdradzę bowiem, że tytułowy dowód faktycznie istnieje, co nie było na początku takie oczywiste.
Muzyka stała się dla mnie niezauważalna, w zdjęciach nie dostrzegłem niczego zachwycającego. W "Dowodzie" twórcy raczą widza kilkoma zaledwie smaczkami matematycznymi. To zaostrza apetyt i sprawia, że widz chciałby coś się więcej dowiedzieć o tym nieszczęsnym dowodzie. Tajemnicą reżysera jest to jak zrobił półtoragodzinny film o matematykach, nie mówiąc właściwie nic o matematyce. Film nie jest obarczony tematycznie, ale i tym samym staje się suchą opowieścią.
Czy wybrać się do kina? Nie, nie opłaca się. "Dowód" nie ma w sobie nic co czyniłoby go ciekawym filmem. To pozycja z wypożyczalni, na raz. Obejrzeć i zapomnieć.
»Ocena:
5/10
»Autor:
|