|
Powiedz mi czytelniku, czy wiesz, co wydarzyło się w 1986 roku? Nie, nie chodzi mi o tragiczny w skutkach wybuch reaktora w Czarnobylu. Próbuj dalej. Katastrofa promu "Challenger"? Nie, to również nie to. Nie załamuj się, do trzech razy sztuka. Jesteś blisko... Tak! W roku 1986 powstał jeden z najznamienitszych filmów Davida Lyncha - "Blue Velvet"!
Nie wiem, drogi Czytelniku od czego mam zacząć, tyle mam do napisania. Nawet nie wyobrażasz sobie ile rzeczy zawartych jest w tym filmie! Może rozpocznę od pewnego ostrzeżenia. "Blue Velvet" z pewnością nie spodoba Ci się, jeśli w filmach szukasz jedynie taniej rozrywki w stylu mordobić, masowych zabójstw, czy efektownych pościgów. Nie, to nie ten rodzaj. Filmy Davida Lyncha wymagają od widza myślenia, analizowania faktów, i co najważniejsze - spektrum interpretowania ich jest wręcz nieograniczone. Jeśli więc w filmach liczysz jedynie na akcję, przejdź do następnej recenzji. Tutaj nie masz czego szukać.
Mroczny, tajemniczy, surrealistyczny, awangardowy, przemyślany, kultowy... Tak, te przydomki idealnie pasują do "Blue Velvet". Bo musisz, drogi Czytelniku wiedzieć, że nie jest to film zwykły (ale czy którykolwiek film Lyncha można określić mianem zwykły?). "Blue Velvet" ukazuje te strony naszego życia, o których sami nie wiemy, lub po prostu nie chcemy wiedzieć. Pokazuje nam mroczne oblicze naszej duszy...
A wszystko to za sprawą Jeffreya Beaumonta (Kyle MacLachlan), który wkracza w przerażający, lecz zarazem fascynujący świat zbrodni, seksu, przemocy... Zaraz, zaraz, rozpędziłem się. Pozwólcie, że zacznę od początku.
Wspomniany wyżej główny bohater - Jeffrey przechadzając się po swoim rodzinnym miasteczku znajduje na łące ludzkie ucho. Zabiera je i odnosi na komisariat policji do znajomego detektywa - Williamsa. Po kilku dniach Jeffrey wraca, by spytać o śledztwo. Detektyw wydaje się jednak być bardzo tajemniczy i nie udziela mu żadnych informacji. Zaintrygowany Jeffrey spotyka się z jego córką - Sandy (Laura Dern). Ta opowiada mu o pewnej kobiecie, której nazwisko podsłuchała z rozmów ojca dotyczących sprawy. Dorothy Vallens (Isabella Rossellini), bo tak zowie się tajemnicza kobieta okazuje się być piosenkarką w nocnym klubie. Jeffrey nie mogąc powstrzymać ciekawości prowadzi śledztwo na własną rękę. Gdyby tylko wiedział do czego to doprowadzi...
Główny bohater, jak już wspominałem, trafia do koszmarnego świata, od którego nie ma odwrotu. W filmie aż roi się od sugestywnych, przerażających scen. W pewnym momencie Jeffrey trafia do mieszkania Dorothy Vallens, zaś gdy zjawia się w nim
"przyjaciel" kobiety, Don (Dennis Hopper) ukrywa się w szafie. Z tego miejsca przygląda się, jak Dorothy jest brutalnie gwałcona przez Dona. Obserwuje całe zajście przez szparę w drzwiach szafy, po fakcie zaś, gdy Don opuszcza apartament, Jeffrey po prostu z niej wychodzi. Scena ta była swego czasu bardzo kontrowersyjna, jednak jednego jej odmówić nie można - dziś oblana jest już kultem. Wielokrotnie kopiowana, np. w rewelacyjnej grze "Silent Hill 2" gdy główny bohater trafia do pokoju hotelowego w którym zastaje scenę orgii seksualnej, której przewodnikiem jest wielki potwór o makabrycznym wyglądzie. Podobnie w grze, jak i filmie postacie potwora i Dona są najbardziej tajemniczymi i mrocznymi osobami.
Fabuła nie jest może tak skomplikowana i trudna jak w "Zagubionej autostradzie" czy "Mulholland Drive", jednak i bez tego fascynuje i potrafi zachwycić. Cały film oglądamy jednym tchem, oglądając koszmarne obrazy i obgryzając palce z ciekawości, jak historia się zakończy. Film wręcz pochłania widza, nie puszczając go ani na chwilę. Oglądając "Blue Velvet" jesteśmy maksymalnie skupieni na filmie, co w dzisiejszych czasach udaje się nielicznym tytułom.
Wielka w tym zasługa klimatu, którego najlepszym określeniem będzie przymiotnik 'ciężki'. Wierzcie mi, klimat sączący się z ekranu wręcz przytłacza widza swoją
mrocznością i tajemniczością. Żadne słowa nie oddadzą jednak uczucia towarzyszącego nam podczas seansu. To po prostu trzeba poczuć na własnej skórze.
Nie mógłbym nie wspomnieć o świetnych kreacjach aktorskich. Przynajmniej troje osób z obsady zagrało rewelacyjnie. Chodzi mi tutaj o role Kyle'a MacLachlana, Isabelly Rossellini oraz Dennisa Hoopera. Przejmująca kreacja MacLachlana sprawia, że widz utożsamia się z nim i często ma wrażenie, że sam jest w środku akcji. Przyznam, że już dawno nie widziałem tak dobrze zagranej roli. Również Dennis Hooper wcielający się w szalonego psychopatę jest rewelacyjny. Jego gra w "Blue Velvet" jest wręcz przerażająca i nieraz widząc go na ekranie dreszcze przejdą nam po plecach. Mimo tego, iż niektóre osoby trochę odstają od reszty, czego najlepszym przykładem jest rola Laury Dern; gromkie brawa za obsadę jak najbardziej się należą.
Lynch spytany niegdyś, czemu jego dzieła są tak różnorodne odpowiedział, że nie lubi szufladkowania filmów. Nie inaczej jest z "Blue Velvet". Lynch nie zadowolił się erotyzmem, koszmarnymi wizjami i przemocą. Wplótł do filmu wątki miłosne (związek Jeffreya z Sandy), sensacyjne (przejażdżka samochodem Dona), czy wręcz banalne sceny zemsty za odebranie dziewczyny pewnemu młodzieńcowi. Takie rzeczy się chwali - reżyser nie zatrzymuje się na pojedynczym wątku, lecz rozwija inne, które oglądamy z równym zainteresowaniem. Lynch udowadnia, że jest
człowiekiem wszechstronnym i potrafi tworzyć interesujące sceny, które nakręcone przez innych reżyserów z pewnością straciłyby na wartości.
Całości dopełnia jeszcze świetna muzyka stworzona oczywiście przez Angelo Badalamentiego. Główny motyw, czyli piosenka "Blue Velvet" odniosła nawet sukces poza filmem, podobnie jak ścieżka z filmu "Miasteczko Twin Peaks". Mimo tego, iż muzyka nie odgrywa tak ważnej roli, jak chociażby w "Mulholland Drive" w odpowiednich momentach potrafi podtrzymać klimat.
Jeśli dodamy do tego dzieła poruszające dialogi ("uderz mnie...") i świetną
reżyserię uhonorowaną Oscarem wychodzi nam obraz filmu doskonałego. I tak w
rzeczywistości jest. Lynch dopilnował, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. I wiecie co? Opłacało się.
Dla kogo przeznaczony jest film? Tak jak pisałem na początku, swoje przeznaczenie znajdzie jedynie wśród wąskiej grupy odbiorców. Jeśli nad myślenie stawiasz sobie efekty, akcje i mordobicia "Blue Velvet" z pewnością ci się nie spodoba. Jeśli jednak lubisz filmy ambitne, przy których trzeba przystanąć i pomyśleć będziesz w siódmym niebie. Powiem tyle: obejrzyj, podziękujesz mi później...
Stawiam w pełni zasłużoną dziesiątkę. Dziś film jest już uważany za kultowy, zaś sam fakt, że po dwudziestu latach od premiery nadal fascynuje i zachwyca jest chyba wystarczającym powodem do wystawienia maksymalnej oceny.
»Ocena:
10/10
»Autor:
|